pultuszczak

Facebook


ŻYJEMY W ŚWIECIE KULTU PERFEKCJONIZMU

2021-09-16 10:30:15

Z JOANNĄ ZAWADZKĄ, O PERFEKCJONIZMIE I NIE TYLKO, ROZMAWIA GRAŻYNA MARIA DZIERŻANOWSKA

Z JOANNĄ ZAWADZKĄ, O PERFEKCJONIZMIE I NIE TYLKO, ROZMAWIA GRAŻYNA MARIA DZIERŻANOWSKA

Już już i wyjdzie Pani druga książka, o ciekawym i intrygującym tytule – „Żegnaj tyranie, witaj przyjacielu!”. A jej bohaterem – negatywnym? – jest… perfekcjonizm. Dobrze myślę? Perfekcjonizm jest niszczący? Rujnuje nasze życie? Ktoś powie: „Niesłychane!”.

Owszem! Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to jeszcze przed Bożym Narodzeniem książka ukaże się w księgarniach w całej Polsce. A nawiązując do perfekcjonizmu – rzeczywiście może być on dla nas często wyczerpujący i rujnować nasze zadowolenie z życia lub w ogóle życie! Granica między dobrym a niszczącym perfekcjonizmem jest dość cienka, ale jednocześnie wyraźna – kiedy powinności stają się dla nas przymusem oraz gdy w dążeniu do doskonałości i unikaniu błędów za wszelką cenę nie potrafimy powiedzieć DOŚĆ mimo frustracji i ogólnego wyczerpania, to możemy podejrzewać, że gnębi nas destrukcyjny perfekcjonizm.

Książka powstała na podstawie Pani doznań i przemyśleń, więc spytam o to, jak się u Pani przejawiał ów perfekcjonizm i kiedy Pani zdała sobie sprawę z tego, że to tyran?

Zalążki perfekcjonizmu pojawiły się u mnie, gdy byłam dzieckiem. Już wtedy nie mogłam znieść sytuacji, gdy popełniałam błędy i czegoś nie potrafiłam, zwłaszcza gdy mogłam być porównana z innymi dziećmi. Czułam się wówczas nic nie warta, gorsza, karałam się za popełnione błędy. Były to trudne uczucia dla dziecka, gdyż wtedy oczywiście tego w ogóle nie rozumiałam. Kiedy zaczęłam dorastać, zdałam sobie sprawę, że ta moja chęć, a właściwie przymus robienia wszystkiego idealnie i unikania błędów za wszelką cenę zaczyna wymykać mi się spod kontroli i jestem z nim nieszczęśliwa. Ale brnęłam w to dalej.

Przebudzenie i dążenie do zmiany nastąpiło natomiast, gdy zachorowałam na Wieloczynnikową Nadwrażliwość Chemiczną (MCS). Wówczas wiele się zmieniło w moim postrzeganiu siebie.

Od tyrana do przyjaciela… Jak to rozumieć? Kiedy tyran stał się przyjacielem?

Miałam tu na myśli nas samych, czyli ludzi – uwikłanych w destrukcyjny perfekcjonizm, wówczas bowiem stajemy się sami dla siebie tyranami i ostrymi treserami, oraz sytuację, kiedy możemy się od tego perfekcjonizmu uwolnić – stać się dla siebie samych przyjaciółmi – pełnymi zrozumienia, łagodności.

Jakich sfer życia dotyczył Pani perfekcjonizm?

Przede wszystkim osiągnięć naukowych oraz wszelkich aktywności, w których trzeba było z kimś konkurować, być porównywanym.

Znane są przyczyny perfekcjonizmu? Skąd się on bierze?

Przyczyny perfekcjonizmu są obecnie dość dobrze znane. Tą główną są nasze doświadczenia zbierane w dzieciństwie, to co się dzieje z nami i wokół nas oraz wpływ osób bliskich, z którymi mamy częsty kontakt, głównie członków rodziny, ponieważ za ich sprawą następuje programowanie w naszej głowie określonych schematów myślenia, odczuwania i zachowań. Nierzadko przyczyną jest także jakaś trauma, urazy psychiczne, które sprawiają, że za żadne skarby nie chcemy, by dana sytuacja powtórzyła się, np. zwolnienie z pracy, rozwód, gwałt, znęcanie się nad nami, choroba nasza lub kogoś bliskiego itd.

Spotykała Pani na swojej drodze życiowej perfekcjonistów? Pytam, bo przeczytałam, że psychologowie uważają to zjawisko za problem społeczny.

Zgadza się, spotykałam i jest to problem częstszy niż może nam się to wydawać, ponieważ żyjemy obecnie w świecie kultu perfekcjonizmu. Niemal każdy z nas chce być perfekcyjny w zawodzie, który wykonuje, być perfekcyjną żoną czy perfekcyjnym mężem, idealnym rodzicem, mieć perfekcyjną sylwetkę i nieskazitelne ciało…

I czytałam, że perfekcjonizm jest dwupoziomowy – zdrowy i chory. Prawda to czy fałsz? A przykłady?

Prawda! Perfekcjonizm nie zawsze musi być czymś negatywnym. Podstawową różnicą między zdrowym a chorym perfekcjonizmem jest to, że ten zdrowy napędza nas do rozwoju, a drugi skupia się na unikaniu błędów za wszelką cenę. Perfekcjonizm może być dobry, jeśli przynosi nam jakieś realne korzyści, poprawia jakość naszego życia i odczuwamy z tego satysfakcję. Natomiast może nam on podcinać skrzydła, kiedy odczuwamy przymus wykonywania różnych czynności bezbłędnie za wszelką cenę i nie potrafimy pogodzić się z porażką. Kiedy w życiu staramy się uniknąć błędów bez względu na cenę. To z kolei powoduje przykre dla nas konsekwencje.

Pani perfekcjonizm miał coś wspólnego z nauką języków obcych? Zna ich pani kilka, jakich? Tym pytaniem nawiązuję też do pierwszej Pani książki. Jej tytuł?

Na pewno związany był z nim sposób, w jaki się języków uczyłam dawniej. Skupiałam się bowiem na niepopełnianiu błędów, wkuwaniu słówek na pamięć, koncentrowaniu się na gramatyce. Unikałam kontaktu z tzw. „żywym” językiem. Później to się oczywiście zmieniło. Obecnie władam językiem niemieckim, hiszpańskim oraz angielskim. Zaczęłam uczyć się języka chorwackiego. A marzy mi się kiedyś rosyjski i włoski… Moja książka dotycząca skutecznej nauki języków samodzielnie nosi tytuł „Język obcy w czterech ścianach”. Jeśli ktoś chciałby mieć mój autorski egzemplarz – zapraszam do kontaktu (joanna_zawadzka@o2.pl).

OK, dziękuję, to ważna informacja dla uczących się języków. A jakim kluczem kierowała się Pani ucząc się języków? I jaki będzie kolejny na tapecie? Bo raczej jestem tego pewna…

Moim zdaniem kluczem do opanowania języków jest przede wszystkim określenie konkretnego celu, dla którego chcemy się ich nauczyć oraz znalezienie w tej nauce przyjemności – czegoś, co nas zainteresuje, wciągnie – może zdobywanie informacji o ulubionym aktorze czy piosenkarzu, może pogłębianie wiedzy psychologicznej, zgłębianie sztuki kulinarnej…. Połączenie uczenia się języka z jakimś naszym hobby, żeby nie była to jedynie nauka dla samej nauki. I kolejna ważna sprawa – codzienny kontakt z językiem! Poprzez słuchanie, czytanie, oglądanie – choćby kilkanaście minut, ale codziennie.

Jeszcze jedno. Myślała Pani o książce do… czytania? Beletrystycznej? Biorąc pod uwagę Pani piękny język i obrazowość, także dwie książki już napisane, zachęcam, będę pierwszą jej czytelniczką.

Tak, przyznam, że myślałam… I właściwie to zaczęłam już pisać kolejne książki, a jedna z nich to właśnie beletrystyczna. Będzie to książka przygodowa dla starszych dzieci i nastolatków. Zobaczę, co z tego wyjdzie.

Moim priorytetowym celem jest bowiem obecnie inna książka – poświęcona mojej chorobie, która jest rzadka i wciąż nieznana w Polsce. O tym, jak się z tą chorobą funkcjonuje w życiu codziennym, jakie trudności się napotyka i jak sobie z nią radzić, również psychicznie.

To absolutnie doskonały pomysł. Ja już trochę wiem o Pani chorobie, o życiowych trudach i odosobnieniu… Oj, to mało powiedziane! Ale też wiem o tym, że jest Pani silną, chociaż filigranową babeczką. No i z licznymi talentami.

Po długiej przerwie…
Witam Was nadal letnio Kochani, w ten jakże nieletni dzień…

Po długiej przerwie. Aż jestem na siebie zła. Bo to nie w moim stylu. W przeróżnych sferach mojego życia lubię regularność, rutynę i byłam przyzwyczajona do tego, że co najmniej raz w tygodniu zaglądam tu i piszę choć kilka słów, by opowiedzieć Wam co u mnie i pokazać, czym się aktualnie zajmuję, a tu taki zonk!! Przepraszam, obiecuję poprawę i wracam do pisania na moim blogu. 🙂

A co u mnie… Może dziś napiszę trochę znów o mojej codzienności z wieloczynnikową nadwrażliwością chemiczną, bo niestety wciąż spotykam na swojej drodze osoby, które nawet nie słyszały o takim schorzeniu i… co gorsza, uważają, że jego źródło tkwi w problemie z psychiką, co oczywiście nie jest prawdą i trąbią już o tym lekarze na całym świecie. Wczoraj musiałam pojechać do miasta. 10 km ode mnie, niby niedaleko. A miasto nieduże. Uwierzycie, że ostatni raz byłam w mieście w listopadzie 2020? I jak zawsze mocno to przeżyłam. Dlatego jeśli nie jest to absolutnie konieczne to nie opuszczam mojej wiejskiej czystej okolicy.

No ale niestety, wczoraj musiałam tam pojechać. Do banku. I powiem Wam, że to było bardzo ciężkie dla mnie doświadczenie i nadal odczuwam skutki pobytu tam. Ale od początku. Jak to zwykle w banku bywa – są kolejki. Miałam zaklepaną i czekałam na dworze. Więc mogłoby się wydawać, że problem mojej nadwrażliwości na chemię będzie pod kontrolą. A no niestety nie. Czułam zewsząd spaliny, gdzieś niedaleko świeżo malowane oznaczenia na jezdni, pełno ludzi wokół mnie pachnących perfumami, kosmetykami, proszkami do prania… Po pierwszym szoku z niepokojem stwierdziłam, że nie mogę oddychać, moje ciało automatycznie wstrzymuje oddech, bo nie może wdychać tego świństwa. Pojawił się charakterystyczny ból głowy, otępienie, mgła umysłowa, a jednocześnie dziwna agresja i nadpobudliwość. Tak jak to ma miejsce przy podduszaniu, gdy organizmowi zaczyna brakować tlenu. Czułam, że w moim organizmie jest go coraz mniej i zaczyna mi „siadać” krążenie – blado-sine ręce, lewa ręka jak z kamienia, niewładna, drętwienie połowy twarzy, języka. Przy tym pojawił się refluks i charakterystyczny gorzki smak w buzi. Po chwili z nosa sączyła się krew spływając po tylnej ścianie gardła. Miałam wrażenie, że za chwilę oszaleję jeśli mi ktoś nie poda jakiejś maski tlenowej.

Ukucnęłam na chodniku. Stojąca nieopodal pani podeszła do mnie i zaczęła pytać czy ja się na pewno dobrze czuję. Kiwnęłam tylko głową, że w porządku, nie miałam jej siły tłumaczyć, co się ze mną dzieje. No ale musiałam wytrzymać, skoro już tu przyjechałam to przecież nie zrezygnuję. Piłam dużo wody, którą zawsze mam ze sobą gdziekolwiek jadę. Najczęściej wpuszczam do niej kilka kropli stabilizowanego tlenu, jeśli wiem, że będę mieć kontakt z chemią, ale jak na złość tym razem zapomniałam.

Na szczęście wkrótce nadeszła moja kolej przy bankowym okienku. Wpadłam do środka i załatwiłam wszystko tak szybko jak się dało z przerażeniem stwierdzając, że nie czuję już wcale mojej lewej ręki i połowy twarzy, ciężko mi było nawet poruszać okiem. Krążenie słabło mi coraz bardziej. Oby szybciej do samochodu i jak najszybciej z tego miejskiego piekła!!! W samochodzie rozcierałam rękę, nie mogłam w niej nic utrzymać, była jak z drewna. Ale kiedy wdychałam czystsze powietrze, zaczęła nabierać normalnego kolorytu, podobnie jak moje całe ciało.

Po powrocie do domu łyknęłam detoksykatory, czyli to, co pomaga mojemu ciału oczyszczać się z toksyn – Enterosgel, po jakimś czasie również czarny węgiel. I piłam wodę z tlenem, który przy wieloczynnikowej nadwrażliwości chemicznej jest nieoceniony. Po każdym kontakcie ze szkodliwymi substancjami chemicznymi jestem dziwnie nakręcona, nie śpię całą noc. Tak było i tym razem. Siedziałam więc i myślałam, co z tym wszystkim zrobić, kiedy to się skończy…

Brakuje mi sił Kochani. Przede wszystkim psychicznych. Czuję się samotna. Z chorobą, ale i w ogóle. No bo ileż można spędzać dzień za dniem w swoim tylko towarzystwie??? To boli, zniechęca i ciągnie w dół. Jestem człowiekiem, mam uczucia… Nie jestem robotem, choć często tak właśnie się czuję – chowam łzy, żale do kieszeni, wstaję, ubieram się i wykonuję normalnie codzienne czynności.

Wiele osób uważa mnie za osobą bardzo silną i dzielną. Jaka jest prawda? Taka, że trzymam się dzięki temu, że gram taką przed samą sobą. W rzeczywistości bardzo często się załamuję i nie mam siły, motywacji. Ale wiem, że jeśli pozwolę sobie teraz na moment, w którym się poddam to pewnie się już z tego nie podniosę. Dlatego staram się mimo wszystko cieszyć najdrobniejszymi rzeczami, odwracać swoje smutki i bezradność czynnościami, które sprawiają mi choć trochę radości.

Najgorsza jest samotność. Nawet gorsza niż sam brak dostępu do normalnego świata. Ale w końcu powinnam do tego przywyknąć przez 9 lat? Niestety, nadal nie przywykłam.

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *