pultuszczak

Facebook


Znowu 13 grudnia…

2021-12-14 6:57:05

Uświadomiłam sobie jak zacierają się wspomnienia. Więc może warto zapisać, żeby do końca się wszystko nie zatarło w pamięci. Tamtego pamiętnego 13 grudnia `81 – czułam się jeszcze wolnym człowiekiem


Nad ranem obudziło mnie walenie do drzwi w hotelu Heweliusz w Gdańsku, gdzie nocowaliśmy po obradach Solidarności w Stoczni Gdańskiej. Byłam tam jako prasa NZS. Dobijał się do mnie kolega, Bogdan Luft, który krzyczał, żebym natychmiast się zbierała, bo ubecja wyważa drzwi do pokojów i wywleka delegatów – coś niedobrego się dzieje, trzeba uciekać. Bogdan był tłumaczem dziennikarzy francuskich z „Le Point”, którzy też jako prasa zagraniczna byli na stoczni. Zebrałam się błyskawicznie. We czwórkę zjechaliśmy windą na parter – drzwi się otworzyły – a tam czarno od smutnych panów w ciemnych płaszczach. Wszyscy się na nas gapili, ale nikt nas nie zatrzymał. Pozwolili Francuzom zapłacić za hotel i wyszliśmy. Chyba ze 20-30 ich tam stało.
Wskoczyliśmy do samochodu i w drogę – do Warszawy. W samochodzie zaczęliśmy szukać jakichś zagranicznych stacji radiowych, żeby dowiedzieć się co się dzieje. No i się dowiedzieliśmy – o stanie wojennym, o ataku w Warszawie na siedzibę Solidarności, o aresztowaniach. Jadąc, mijaliśmy po drodze kolumny scot-ów jadące w kierunku Warszawy. Francuzi z ukrycia, z naszego jadącego samochodu robili zdjęcia i z tego co wiem, były to pierwsze zdjęcia ze stanu wojennego, które ukazały się w zachodniej prasie.
W Warszawie od razu pobiegłam na Szpitalną, do NZS, ale tam dowiedziałam się, że prawie wszyscy są już na Politechnice, gdzie trwał strajk. A ze Szpitalnej chłopaki wywozili resztki naszej poligrafii, przewozili na Politechnikę, bo tam już organizowała się drukarnia. No to ja też przeniosłam się na Politechnikę.
Mogłabym długo i dużo jeszcze opowiadać o tym, co się wydarzyło, ale nie po to piszę ten tekst. Mam do opowiedzenia krótką historię jednego dnia mojej odsiadki – bo już następnego dnia (14 grudnia) aresztował mnie i mojego kolegę Roberta Czarnotę patrol ZOMO, kiedy ze Szpitalnej próbowaliśmy wynieść jeszcze co się dało.
Trafiłam najpierw na komendę na Waliców, potem do aresztu na Olszynkę Grochowską, bo zostałam oskarżona o próbę obalenia siłą ustroju i miałam proces w trybie doraźnym, z Dekretu o stanie wojennym.
Po jakimś czasie mój adwokat, którym był mecenas Maciej Dubois zaczął się starać, aby wydobyć mnie z aresztu. Uprzedził mnie, że będzie chciał ich przekonać, że ja bardzo źle znoszę więzienie, więc żebym znosiła źle, to może uda się mnie wyciągnąć. Przyznam, że byłam oburzona, że jak to – mam wariatkę udawać czy co? Mowy nie ma. No ale któregoś dnia otworzyła się cela, klawiszka mnie wywołała i powiedziała, że jadę na badania.
Okazało się, że zawieźli mnie w Al. Niepodległości, a badana będę przez wojskowego psychiatrę. Byłam przerażona. W gabinecie był lekarz i pielęgniarka. Lekarz zadawał mi mnóstwo pytań – od dzieciństwa, szkołę, rodziców itp., ale ja – wietrząc podstęp, bo nie wiedziałam jak on taką wiedzę zechce wykorzystać – prawie w ogóle nie odpowiadałam, albo jak najkrócej i jak najnormalniej, żeby nikt mnie nie posądzał, że jakaś nienormalna jestem. Kiedy wreszcie te pytania dobiegły końca i zbierałam się do wyjścia, ten lekarz podszedł do mnie, uścisnął i powiedział – nie martw się dziecko, będzie dobrze – a do tej pielęgniarki – Basiu, wiesz co napisać?
Wyszłam oszołomiona, kompletnie nie wiedziałam co o tym myśleć.
Wożona byłam takim wojskowym gazikiem, a eskortowało mnie dwóch młodych chłopaków – chyba to było WSW. Kiedy wsiadłam do gazika, jeden z tych chłopaków zapytał mnie, gdzie mieszkam. Znowu się zdziwiłam. Jak to gdzie mieszkam, co ich to obchodzi? Ale on nie dawał za wygraną, więc w końcu powiedziałam. Wtedy on zwrócił się do kolegi – no dobra jedziemy. I zawieźli mnie do domu moich rodziców, bo wtedy mieszkałam jeszcze razem z nimi. A nie było to po drodze na Olszynkę, bo rodzice mieszkali na Bielanach. Pech polegał na tym, że nikogo w domu nie zastałam. Wszyscy byliśmy niepocieszeni. Widziałam, że było im bardzo przykro, a ja mimo że nie spotkałam nikogo bliskiego, to i tak czułam się jak w jakiejś nierzeczywistości – że w ogóle coś takiego się zdarzyło.
No ale trzeba było wsiadać do gazika i wracać na Olszynkę. Jednak mój najdziwniejszy dzień w pace jeszcze się nie skończył, bo moje zdumienie było bezbrzeżne, kiedy na Pradze moi strażnicy skręcili w jakąś boczną uliczkę, i wylądowaliśmy pod kawiarnią. Powiedzieli, że zapraszają mnie na kawę i ciastko, że jeszcze mamy trochę czasu. I tak oto, siedząc na Olszynce Grochowskiej w areszcie, piłam kawę i jadłam jakieś ciastko w praskiej kawiarni, zdając sobie już sprawę, jak bardzo oni ryzykują robiąc taki gest. Tam dowiedziałam się, że są studentami, którzy zostali zmobilizowani w stanie wojennym.
Nie pamiętam ich imion, nie wiem nawet czy mi je wtedy podali. Wszyscy byliśmy speszeni całą tą sytuacją. Dopiero kiedy wylądowałam znowu pod celą, dotarło do mnie, co chcieli mi w ten sposób przekazać.
Taki to był dzień, niezapomniany – wszyscy ci spotkani tego jednego dnia ludzie dawali mi swoje wsparcie, mimo że życie postawiło nas teoretycznie po dwóch stronach barykady.
Nigdy o tym dniu nie zapomniałam, więc dorzucam to wspomnienie do wielu innych, żeby zapisane, stało się takim pieniążkiem, wrzucanym na przykład do fontanny – ku pamięci.

Małgorzata Łopińska,
pierwsza redaktor
naczelna To i Owo

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *