pultuszczak

Facebook


ZIMA – LATO – ILE UROKÓW W SOBIE MA

2022-01-13 11:32:41

Zima, zaraz będą ferie, więc rozmyślanie, czym się zająć w wolnym czasie, żeby nie zanudzić się na śmierć. Może zabawami na śniegu i lodzie? Tak się zawsze i niezmiennie bawili młodzi pułtuszczanie. Dziś, dla ocalenia od zapomnienia rozrywek na świeżym powietrzu, zapytaliśmy grupę pułtuszczan, zróżnicowaną wiekowo, o to, jak to się drzewiej bawiono. Ale… Ale przy okazji pytań o zimowe rozrywki, zapytaliśmy również o letnie. I tak, macie przed sobą, DRODZY CZYTELNICY, opowieści dotyczące przeszłości oraz obrazków charakterystycznych dla tej przeszłości. Jakże to były inne czasy niż obecne, jakże inne rozrywki i jakże inne miejsca oblegane przez młodzież i dzieci. Dziś czas na dyr. zamku Michała Kisiela. To już czwarte wejście z tego wspomnieniowego cyklu. A przy okazji, równie pięknie jak bohaterowie naszego cyklu, o zabawach opowiadali „TP” Wojciech Jaworski i Grzegorz Śniadowski. Ich wspomnień szukajcie na www.pultuszczak.pl

MICHAŁ KISIEL

Wychowałem się na Popławach. Mieszkańcy po przeciwnej stronie rzeki, myślę, nie mieli takich „rarytasów” jak my, a to bliskości Narwi i wylewisk różnego rodzaju, w miarę bezpiecznych, chociaż starorzecza były bardzo niebezpieczne
BYŁ LAS, NAPOLEONKA, STAW I BYŁY WYLEWISKA

Dla mnie miejscem docelowym zabaw zimowych był las i była NAPOLEONKA, gdzie można było zjeżdżać na nartach. Niektórzy z nas je mieli, po przodkach z okresu międzywojennego. Mój kolega takie miał i nawet czasem dał zjechać. Na końcu zjazdu mieliśmy taką małą skocznię, a że zaraz za nią rosły sosny, więc trzeba było być bardzo wprawnym, żeby jakiejś sosny nie obejmować za często. Niedaleko NAPOLEONKI mieliśmy jeszcze trzy góry, za dawnym ośrodkiem UNITRA. Zjeżdżaliśmy z nich do późnej nocy, na czym kto miał. Kiedy zapaliliśmy ognisko, a leśniczy nie zobaczył, to siedzieliśmy tam naprawdę do ciemnej nocy, przy rozgwieżdżonym niebie nad nami… Najczęściej używaliśmy sanek i nart, a kiedy byliśmy starsi, to doszła jazda na biegówkach. Wypożyczaliśmy je razem z butami z naszego TECHNIKUM Ruszkowskiego. Teren mieliśmy idealny do jazdy na biegówkach – te „alejki” w lesie, górki i dołki, trochę wspinania, trochę zjeżdżania…

Drugą moją atrakcją była jazda na łyżwach. Mieliśmy kilka takich miejsc do jazdy. Jedno z nich już nie istnieje – staw, to miejsce, gdzie mieszka moja wychowawczyni, pani Godlewska. To na jej podwórku był wykopany, jeszcze przed wojną, na nim wszyscy uczyliśmy się jeździć. Był wielkości boiska do hokeja. Jeździliśmy na łyżwach przykręcanych do butów, hokejówki to kupiłem, kiedy miałem 10 czy 12 lat. Zbierałem butelki, jak większość z nas wtedy, odnosiłem je do punktu skupu, różne prace się wykonywało… Pierwsze hokejówki kupiłem więc za swoje pieniądze – porządne, radzieckie, za kostkę. Kupiłem sobie też hokej, porządny kij, ale był dla … mańkutów, tylko takie były. Jak nie było innych, to i taki był dobry! Jedyny sklep sportowy był przy Daszyńskiego, naprzeciwko dzisiejszej STOKROTKI, gdzie wszystko kupowaliśmy – wędki, żyłki, haczyki, hokejówki, krążki do hokeja. Zanim się te kije pojawiły w sklepie, robiliśmy je z jałowca. Nie niszcząc przyrody, trzeba było wyciąć taką gałąź, która miała odpowiedni kąt zgięcia i z której można było wystrugać trwały kij do hokeja. Takie to były czasy. Rozgrywaliśmy więc mecze na stawie u mojej kochanej wychowawczyni. Później już, kiedy było oświetlenie przy Tartacznej, szaleliśmy na bardzo długim rowie, też do późnej nocy, jednak pełna „rozpusta” dla jazdy na łyżwach to była żwirownia. Duży akwen, głęboki, więc rodzice się obawiali o nasze bezpieczeństwo. Najfajniejsza zaś jazda na łyżwach była na wylewiskach Narwi, pod koniec zimy, kiedy woda w rzece już opadała i zostawał lód na drzewach. Gdzie to było? Tuż za wałem, gdzie starorzecze Narwi. Tam całe tafle lodu wisiały w powietrzu, jeździliśmy po nich, a kiedy tafle lodu się zarywały, to też była zabawa. Wody pod nimi nie było, mróz jeszcze trzymał…

Koledzy? Raczej trzymaliśmy się klasą z naszej podstawówki. Najwięcej czasu spędzałem z Radkiem Pawelczykiem, Mirkiem Roguskim, Zbyszkiem Rutkowskim, Markiem Dąbrowskim… Potem doszli do nas koledzy z drugiej strony rzeki, jak Darek Lasocki… Spora brygada nas była, trudno wymienić wszystkich. Kiedy byliśmy już trochę starsi, mieliśmy swoją siłownię i boisko do siatkówki w lesie. Siłownia znajdowała się na bagnach, tam mieliśmy odlane przez siebie z betonu krążki oraz sztangę i ławeczkę. Nawet pięściarskie rękawice mieliśmy. Sporo tam czasu spędzaliśmy i rozwijaliśmy tężyznę fizyczną.

LATEM TEŻ NIE BRAKOWAŁO ATRAKCJI

Lato podporządkowane było żwirowni. Tam było inaczej niż dzisiaj. Miałem tam nawet swoją superłódkę, przechowywałem ją u pani Żukowskiej całymi latami. A tak się złożyło, że będąc w szkole średniej, zdobyłem uprawnienia ratownika młodszego. Egzamin ratowniczy zdawaliśmy i na KACZYCH DOŁKACH, i na Narwi, i na żwirowni, gdzie była piękna plaża, piaszczysta, z ciepłą wodą przy brzegu, ale i również głęboką, niebezpieczną. Jak sobie przypominam, że stamtąd płynąłem do Grabówca i z powrotem, to mnie ciarki przechodzą. Płynąć nad taką głębiną, z różnymi poziomami wody, z różnymi temperaturami, to niebezpieczne dla serca… Żwirownia była frajdą, miejscem spotkań dzieci i młodzieży, ale KACZE DOŁKI też były fajne, aż do momentu, kiedy tam wdarła się jakaś zaraza. Na żwirowni mieliśmy skocznię, robiła wrażenie, 7-8 m do lustra wody, a mistrzów skoku do wody mieliśmy takich, jak na najprawdziwszych konkursach. Utonięć też tam trochę było! No, a potem pojawiła się plaża miejska i tam też sporo czasu spędzałem jako pomocnik ratownika. Na KACZYCH DOŁKACH, będąc już ratownikiem, to z Piotrem Socharskim, naszym drużynowym w WOPR-ze, przeprowadzaliśmy konkursy, imprezy zachęcające do pływania, do zdobywania karty pływackiej. Corocznie kurs młodszego ratownika kończyło około 20 chłopaków. Utkwiły mi w pamięci pokazy ratownictwa, późną jesienią, kiedy to ja byłem tonącym, a Piotr ratującym. Wtedy to po raz pierwszy piłem herbatę… z prądem. Tak, Piotr przez wiele lat zdominował życie na wodzie.

Pływania postanowiłem się nauczyć, mając w pamięci niefortunne zdarzenie na starej Narwi przy UNITRZE, tam była plaża dla leśnych wczasowiczów. Bawiłem się, jako sześcio- czy siedmiolatek, w wodzie z koleżanką, poza pomostami, nurt nas pociągnął i tak dryfowaliśmy. Życie uratował mi mój sąsiad, pan Krzyżewski, zawsze o tym pamiętam.

Poza tym latem ryby się łowiło, od razu się je piekło na ognisku, w chlebaku była sól, był pieprz, człowiek był samodzielny. I mirabelki były… Nasze dzieciństwo fajne było, bo je sobie sami organizowaliśmy. Rodzice przebywali w pracy, my, w wakacje, sami w domu. No i co było robić? Trzeba było się sobą zająć.

Były i inne zabawy – w chowanego, było obserwowanie przyrody… Na Popławach mamy LAS MELIONA, tak się on nazywa, tam państwo Melion mieszkają, jak to się mówi, od wieków. Ten park to był cały nasz raj na ziemi. Można było domy na drzewach budować, rosło tam wiele różnych krzewów i drzew owocowych, tam był cień w upalne dni. I dwa stawy były, więc mogliśmy obserwować kijanki, żaby, łabędzie, ryby… Albo taki staw ŚWIDER, od nazwiska państwa Świderskich, którzy tu do dzisiaj mieszkają, to staw, który jest starorzeczem i z którego mój brat, ksiądz Dariusz, wyciągnął na spinning… róg mamuta. Nad tym stawem przechodziła przeprawa, na końcu ulicy Popławskiej znajdował się przewoźnik. Z tym terenem też związane jest i moje dzieciństwo, i wielu popławiaków. Przepiękne miejsce, uroczysko. I mnóstwo legend krąży wokół tego stawu.

Na koniec wspomnień wrócę do zimy. Byłem już kilkunastoletnim chłopakiem, był rok `83, stan wojenny. Bieda i nędza pod każdym względem. W sklepach butelki z octem i puste haki. Jest tuż przed Bożym Narodzeniem. Spore mrozy, staw na mojej ulicy wydawał się być zamarznięty. Poszedłem nad ten staw, ciekaw byłem, czy pod taflą lodu zobaczę ryby. Wskakując na taflę, zapadłem się jedną nogą. Usłyszałem bulgotanie powietrza i naraz wyłoniły się spod tej tafli setki ryb. Same szczupaki, które złapała przyducha. Wszystkie były takie do łokcia, za łokieć… Pobiegłem do domu po wiadro, przyniosłem ryby do babci i dziadka, mieszkaliśmy na tym samym podwórku, dwa wiadra szczupaków. Wykorzystaliśmy je na Wigilię, a niewiele by było na stole tego roku. I to jest w moim odczuciu taki cud bożonarodzeniowy. Mało tego, nie tylko ja nabrałem tych ryb, ale cała ulica. Kiedy ludzie zobaczyli, że ja je niosę, ruszyli z durszlakami. Tak zakosztowaliśmy wszyscy pysznych ryb, ciocia Basia Blaźniakowa je przygotowała z pomocą babci, a ja byłem dumny z siebie, że na wigilijny stół dostarczyłem tyle żywności. I tak nasz stół był zastawiony w tych trudnych czasach!

Pod redakcją GMD

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *