pultuszczak

Facebook


Zakręcone na zwierzaki

2019-10-10 11:54:31

W jeden z sierpniowych weekendów pod moim domem pojawiła się wychudzona średniej wielkości suczka. Śliczna, bardzo przyjazna, ale zabiedzona


Upał był nieziemski, więc zaraz dałam jej wodę i jedzenie. Była wygłodniała i, co mnie bardziej zaniepokoiło, wyglądała jakby całkiem niedawno karmiła szczenięta. Pytałam retorycznie, skąd się tu wzięła i gdzie może być jej potomstwo. Kiedy się najadła i napiła, obserwowałam dokąd pójdzie. Jak się okazało, zmierzała w kierunku baraku strojącego na nieogrodzonej działce sąsiadów. Razem z sąsiadką ustaliłyśmy potem, że pod barakiem ma szczenięta, co najmniej pięć.
Weekend minął i zaraz postanowiłam zgłosić sprawę do Urzędu Miejskiego, wydziału zajmującego się bezdomnymi zwierzętami. Żal nam było psiny, ale zważywszy że ktoś wyrzucił ją tuż przed oszczenieniem albo też z potomstwem, komplikował sprawę. Połączono mnie z Magdaleną Grudzińską – podinspektorem ds. rolnictwa, leśnictwa i gospodarki wodnej w UM. Przebieg tej rozmowy nie napawał optymizmem. Najpierw dostałam reprymendę, że za późno zgłaszam, bo powinnam to zrobić gdy tylko pies pojawił się na mojej posesji. Tłumaczyłam, że to było w dniu, gdy nasza straż miejska nie pracowała. Jak się jednak okazuje, należało wezwać policję, jakby policja ważniejszych spraw, dotyczących często zdrowia i życia ludzi nie miała. Dalej usłyszałam kolejny, w mojej ocenie, absurd. Otóż, jeśli dam bezdomnemu zwierzęciu wodę i jedzenie, to jakby już było moje i gmina nie musi go zabierać. Idąc wiec tym tokiem myślenia, powinnam dać psu kopniaka, przegonić i nie martwić się, że w upale będzie powoli umierało gdzieś obok. Stałoby się tak, gdybyśmy razem z sąsiadką nie dawały jeść i pić karmiącej suce. Po zgłoszeniu w UM przez kilka dni nie działo się bowiem nic. Zwierzę pozostawiono na pastwę losu. Nie dawałyśmy za wygraną. Skontaktowałam się najpierw z zastępcą burmistrza Tomaszem Sobieckim, a potem z komendantem Straży Miejskiej Bogdanem Wiśniewskim, domyślając się że główną przeszkodą i powodem opieszałości w działaniach są tu oczywiście pieniądze. To fakt, że odłowienie i umieszczenie jednego psa w schronisku wiąże się z wyłożeniem kwoty tysiąca złotych, a tu chodziło jeszcze o kilka szczeniąt. Problem jednak w tym, że mówimy tu o żywych, odczuwających istotach. Na szczęście strażnicy miejscy na czele z panem komendantem podeszli do sprawy rzeczowo. Jeszcze tego samego dnia przywieziono dla suczki klatkę, do której wstawiłam jedzenie i rano następnego dnia, gdy przyszła, musiałam ją w tej klatce zamknąć. Sama tylko wiem, ile to mnie kosztowało, ryczałam jak bóbr. Zaraz potem zadzwoniłam, przyjechali panowie strażnicy z weterynarzem, który zabrał również szczenięta. Jak się okazało, było ich aż osiem!
Nie martwcie się jednak drodzy Czytelnicy. Akurat ta historia ma happy end! Poszukując pomocy dla suczki ze szczeniętami, zaalarmowałam o sytuacji również pułtuskie wolontariuszki, którym dobro zwierząt szczególnie leży na sercu. Dzięki nim w ostatnim czasie żaden z kilkunastu odłowionych psów nie trafił do Radys, jak to mówią, „z biletem w jedną stronę”. Nikogo nie trzeba przekonywać, że schronisko to ma złą sławę. Dlaczego gmina je wybiera i czy ma inne, zgodne z przepisami możliwości, dowiecie się już w następnym numerze. Na ten temat rozmawiałam z zastępcą burmistrza Tomaszem Sobieckim i jest to materiał na oddzielny artykuł.
Wróćmy jednak do zakręconych na zwierzaki wolontariuszek, którym chcę podziękować za wspaniałą robotę i wielkie poświęcenie. To panie Ewa Dynak, Grażyna Paczuska, Agnieszka Czarnecka, Ela Strączewska, Ewa Tymińska, Weronika Latoszek, Justyna Szulecka, Marianna Nowak, Agnieszka Ostrowska, Teresa Olszewska i wiele innych osób. Trzy pierwsze wymienione panie są zawsze na tak zwanej linii frontu, czyli bezpośrednio szukają nowych właścicieli dla bezdomniaków – psów i kotów – wyrzuconych przez pseudoopiekunów. Chodzą też na wizyty przedadopcyjne. Współpracując z zastępcą burmstrza Tomaszem Sobieckim i strażnikami miejskimi, którym też należą się słowa uznania, panie czynią cuda. Mają kontakt z fundacjami, znajdują zwierzakom domy stałe i tymczasowe. Najlepiej współpraca układa się z fundacją JUDYTA, do której trafiła również suczka ze szczeniętami, porzucona niedaleko mojego domu. Wspaniali ludzie, ogromnie skuteczni jeśli chodzi o szukanie nowych właścicieli dla bezdomniaków. Psiaki mają tam zapewnioną bardzo dobrą opiekę, godne warunki i o wiele większe szanse na adopcję niż w schronisku, o Radysach nie mówiąc. Najlepszym przykładem jest opisywany przeze mnie przypadek. Suczka odchowuje potomstwo i ma już potencjalnych właścicieli, którzy przyjeżdżają tak zwane wizyty zapoznawcze. Serce rośnie! Do tematu powrócimy za tydzień wskazując również jak każdy z nas może pomóc pułtuskim bezdomniakom.

ED

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *