pultuszczak

Facebook


WSZYSCY TO SAMO

2020-03-04 2:00:21

Z Marzeną Estkowską – Lechowicz, artystką – rękodzielniczką, kobietą o złotych rękach i ciekawych pomysłach, rozmawia Grażyna Maria Dzierżanowska

Pani, jak widzę, to również artystka z wyglądu: oryginalnie ubrana, długie włosy w artystycznym nieładzie, swoboda w zachowaniu… Bluzeczkę sama Pani zrobiła?

Nie, kupiłam w sklepie, którego już nie ma. Weszłam i fajna ekspedientka mówi: „Proszę pani, mam dla pani coś”. Też taka artystka była…

Pani jest pułtuszczanką?

W Pułtusku zjawiłam się w marcu zeszłego roku, z Rostek za Szelkowem. Tam prowadzimy firmę, a ja tutaj dodatkowo stworzyłam coś dla siebie.

COŚ PIĘKNEGO!

Najpierw był sklep ANIELSKIE SZYCIE. Od ubiegłego września jestem na Daszyńskiego z COŚ PIĘKNEGO, tu więcej ludzi. Tam więcej dzieci przechodziło, uczniów, dzieci wiecznie „wisiały” na mojej witrynie.

No bo rzeczywiście to było  bajkowe okno.

A w środku wiele dla dzieci, ale nie tylko. Oczywiście okno ja  zaprojektowałam. I nazwę sklepu też wymyśliłam.

I te przedmioty w COŚ PIĘKNEGO   to wszystkie wytwory Pani rąk?

Wszystkie! Oprócz obrazka, który przyniósł mi pan Marcin. Ludzie zaczynają mi przynosić swoje prace, rękodzieła.

To Pani jest po prostu niesamowity pracuś!

Lubię te ręczne prace! Ale i na maszynie. Tu jest SINGER, maszyna hafciarka. Haftuję na niej oczka lal i zwierząt, imiona na poduszkach i innych przedmiotach. Bo tu jest także moja pracownia.

Tych wysmakowanych, artystycznych przedmiotów mamy setki. A dokładnie co?

Kosze na zabawki, poduszki z różnymi napisami, ot, mam też poduszki dydaktyczne – z tabliczką mnożenia, z alfabetem, z tablicą Mendelejewa, z napisami,  np.: „Księżniczka babci i dziadka” „Córeczka tatusia”, „Do Ciebie, Boże, rączki składam”, z modlitwą  „Aniele Boże Stróżu mój…”, dla zakochanych „Jesteś moją pierwszą myślą na DZIEŃ DOBRY i ostatnią na DOBRANOC, a wszystkie teksty na tle grafik. Mamy kokony dla niemowląt, zamiast becików, fajne, mamy szydełkowe  serwety, zabawki, pledziki, nawet kwiaty do wazonu. Torebki i koszyczki dla dziewczynek, lalki szyte i wykonane na szydełku, zwierzątka. Są łapacze snów, bardzo popularne w dziecięcych pokojach. Poszewki, torebki na zakupy z lnu, woreczki na chleb, na susz. Jest nawet parasolka, która wygląda jakby chroniła od słońca, a chroni od deszczu… Taka w starym stylu.

A wszystko szczegółowo wypracowane. Artystyczne. Jaki piękny konik!

Wyszedł mi niechcący! (śmiech). Nieraz kawałek materiału narzuca formę zabawki. A pomysły? Trochę z głowy, trochę z Internetu – trochę pożyłam, trochę widziałam… Ale najczęściej pomył narzuca  mi tkanina. Ona podpowiada, co ma z niej być.

W COŚ PIĘKNEGO  jest jak w domu. Można przysiąść na kanapie, pogadać…

Nazwa pochodzi od pułtuszczanek. To one wchodząc do mnie mówiły: „Coś pięknego!”.  Pomyślałam, że jak tak mówią, to tak ma być. A wystawa… Ja staram się mieć na niej jak najmniej przedmiotów, chociaż ludzie patrzą na wystawę. Okno wystawowe powinno być jedynie zapowiedzią tego, co w środku, inaczej wzrok tego wszystkiego nie obejmie.

Święta prawda. Ale ja jestem ciekawa, jak się zaczęła Pani przygoda z igłą i nitką.

Chodziłam do bardzo dobrej szkoły, mieliśmy fajne zajęcia praktyczno-techniczne. Mieliśmy pracownię, chłopcy pracowali w metalu, my szyłyśmy, a przede wszystkim robiłyśmy serwety na szydełku i coś na drutach. I dziś robię na szydełku, wymyślam wzory lub łączę te znane. Ale pierwszy fartuszek uszyła mi moja ciocia (śmiech), na ocenę dla mnie. Chciałam uszyć, ale jeszcze nie umiałam. Pierwsza samodzielna praca to czas pierwszej klasy liceum. Dostałam po znajomości czerwoną tkaninę, płótno, i uszyłam sobie kombinezon.

Toż to niezwykle trudne szycie!

Tu  suwak, tu suwak, kieszenie na suwaki, na rękawach suwaki, taka była chyba suwakowa moda. I uszyłam, chodziłam w nim, no, szok był. Pewnie były tam jakieś niedoróbki… Potem z cienkiego granatowego sztruksu uszyłam sobie spodnie i to z lampasem, bo to nie mogło być byle co. Nie chciałam tego, co mieli wszyscy. Chodziłam w nich, ale nie byłam do końca zadowolona z tych spodni. Suknie? Do ślubu uszyła mi ciotka. W ogóle dwie moje ciotki są po szkołach krawieckich, po krawiectwie ciężkim, szyły spodnie. Moja mama szyła, robiła na drutach, to działało na nią uspokajająco, babcia szyła i dziergała. Chyba mam talent  po babci. A dziadek mój był rzeźbiarzem, a po wojnie robił pieczątki dla urzędów. Dziadek przede wszystkim rzeźbił żołnierzy, partyzantów, świątki, malował je. Co ciekawe… Jego styl był rozpoznawalny, rzeźbił zbyt długie paluszki, duże dłonie…

Pani myślała  o szkole artystycznej?

Nie, skończyłam studia ekonomiczno – informatyczne, więc przy okazji jestem grafikiem. I zostałam księgową, kadrową byłam. Po pracy sobie szyłam, chłopcom szyłam, oni nic nie mieli kupionego, bo nic nie można było kupić. Robiłam na szydełku, na drutach.  W młodości trochę też myślałam o fotografii, myślałam o szkole fotograficznej, nawet załatwiłam sobie praktyki.

Czy przychodzą do pani klientki i mówią, że jeszcze nie ma pani tego czy owego? Proszą o coś?

Tak, jedna z klientek prosiła o czapeczkę szydełkową na noc dla dziewięćdziesięciodwuletniej babci. Na zamówienie mogłabym  ją wykonać, bo ile osób będzie chciało coś takiego?

Co lubią pułtuszczanie z tych rękodzielniczych wytworów?

Łapacze snów, bardzo. U mnie też wisi, malutki, nad łóżkiem. Moja ciotka, ta która najlepiej szyje, powiedziała, patrząc na łapacz: „O Boże, to dlatego tak dobrze mi się tu spało”. Łapacz wyłapuje złe sny, wyczyszcza powietrze i jest ozdobą pokoju. Całe firanki robią panie z tych łapaczy. Pięknie to wygląda.

Jest zainteresowanie przedmiotami wytwarzanymi ręcznie?

Jest, chociaż nie każdy szuka czegoś innego, osobliwego. Ale są ludzie, którzy nie chcą otaczać się rzeczami, które wszyscy mają albo  ma je co drugi człowiek. Ostatnio słyszałam, że kiedy nauczycielka poprosiła dzieci o przyniesienie swoich zabawek, to dzieci przyniosły, pani zgadnie, co…

… lalki Barbie?

Nie, a skąd, ŚWIEŻAKI z Biedronki. No, załamanie. Wszyscy to samo! Naokoło to samo!

A jak jest u Pani w domu?

Kolorowo. W oknach jest… makaron, takie białe nitki, kwiatów mam miliony, poduszki są, niekiedy z falbaneczką.  Apropo`s kolorów – ja uwielbiam żółty.

Tak sobie myślę, że do COŚ PIĘKNEGO mogłaby się wkraść nuta odpustowa, jarmarczna, tyle tu przecież przedmiotów, ale nic takiego, na szczęście, się nie zadziało.

Nie lubię tej jarmarcznej nuty, jak pani mówi. Ale odpust to co innego, to dzień – często  – z przedmiotami tak brzydkimi, że aż pięknymi, przerysowanymi, przekolorowanymi.

Jakieś niezwykle zamówienia?

Owszem, były, na przykład maskotka Flowey Omega z gry  Undertale.  To było duże zadanie. Robiłam też słonia w trampkach, olbrzymiego SMERFA, żabę … A w ogóle to rzeczy przyciągają ludzi. Mam na to przykłady. Ktoś wchodzi, ogląda coś, wychodzi i… przychodzi po to coś. Kiedyś przyszła jakaś pani, zobaczyła aniołka, pomacała, zapytała, ile kosztuje i pojechała. Za 10 minut weszła po niego, powiedziała: „On do mnie mówił”. Ciekawe, że rzadko do mnie przychodzą mężczyźni. Jeśli wchodzą z dzieckiem, to od razu pytają: „No i które to ma być?”. Ale tu dodam, że na samym rękodziele nie zarobimy na chleb.

Zdarzyło się Pani wyprodukować bubel?

Zdarzyło, zaraz się go pozbywam, niszczę.

Córka odziedziczyła zdolności manualne po mamie?

Moja córka? Chodzi do SKARGI, Rysuje i maluje, zamierza studiować na ASP.

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *