pultuszczak

Facebook


Warszawska? Proszę bardzo!

2017-10-06 1:38:40

Z cyklu PUŁTUSK WIDZĘ

Ulice mojego dzieciństwa i mojej młodości mają ze sobą dużo wspólnego, z obiema byłam zaprzyjaźniona długo i boleśnie (przyjaźń wymaga poświęceń), chociaż po „utracie” pierwszej cierpiałam bardziej niż po przymusowym „porzuceniu” drugiej.
Kościuszki… Wyprowadziłam się z niej, będąc siódmoklasistką. Bardzo za nią tęskniłam, chociaż odwiedzałam ją codziennie rypiąc z Warszawskiej na nauki do „czwórki”. Długa droga? Absolutnie – byłam jak wiatr, może gnała mnie miłość do mojej ulicy? Miłość! Na pewno, opłakiwałam nawet kamienie i krzewy bzu, wodę pełną szkieł i kolczastego drutu, mułu, którą trzeba było pokonać, udając się na plażę. Potem ją zdradziłam, tę ulicę, a z tej zdrady zdałam sobie sprawę dopiero dziś, gdy piszę ów felieton. Gdy dużo później opuszczałam Warszawską, jako młoda żona, przenosząc się do innego miasta, mówiłam, że najpiękniej pachnie wiosna i lato właśnie na Warszawskiej.
Kościuszki to kres naszego miasta, Warszawska to jego początek. O ile z Kościuszki nie kojarzę hałasu jezdni, o tyle z Warszawską i owszem. Kiedy przyszła sobota, potem niedziela, od rana „rodowici” warszawianie jechali do rodziców na wieś. Hurgot był od cholery, tym bardziej że mieszkaliśmy tuż przy jezdni.
Te weekendowe niedoskonałości rekompensowały nam prześliczne okoliczności przyrody. I tak znad małej wody, stanęłam nad wielką wodą, nad Narwią. Kiedy skuł ją lód, chłopcy ruszali na łyżwy… Na długie godziny, po świętach z plackiem za pazuchą. Jakże drżały matki chłopców, kiedy ci, po zmroku, jeszcze pruli do Kacic lub w stronę miasta. Dziewczynki? Zdarzało się nam pokonywać tę lodową przestrzeń per pedes, po koćki na drugi brzeg, albo tak dla fasonu. TYLKO przez rzekę, a leciało się nią chwil parę, i już była druga strona miasta, za rzeką. Kiedy tak myślę o naszych eskapadach, drżą mi nogi… Jacyż byliśmy bezmyślni! Lekkomyślni jacy!!!
Kiedy już przyszło lato, leżeliśmy pokotem na nadnarwiańskiej trawie, upstrzonej plamami piasku, w pobliżu wyszkowskiego mostu. Znad wody wracaliśmy do domów przed wieczorem, a nieraz i razem z krowami i końmi…
Kiedy zbiegaliśmy z góry, do której prowadziła droga przez dawny cmentarz, jeszcze z kilkoma wyraźnymi grobami, a i niemieckimi hełmami w krzakach, „warczały” nasze nogi. Oby jak najszybciej do wody. Ale… Ale żeby do niej dotrzeć (najkrótszych dróg było dwie), najpierw trzeba było przywitać się ZE STAWKIEM. Ów STAWEK, wpływały do niego wody Narwi, porośnięty był rzęsą. Cały był szmaragdowo-zielony, z obu jego stron rosły tataraki, też obłędnie pachnące… STAWEK kończył się gdzieś przy ogrodzie pań Królakówien (w stronę miasta). Pływałyśmy po nim łódką z Lucynką Przewoźną dumne, jakbyśmy prowadziły weneckie gondole. Raz po raz nasze ręce sięgały, uzbrojone w durszlak lub inne naczynie, po rzęsę, dla kaczek. Wśród tej zieloności wiły się jakieś czarne nitki wijców. Ale nie był to odrażający widok. Jakże pasowało to ZBIERANIE rzęsy do miejsca, w którym mieszkała Lusia. W bajecznym lasku brzozowym, w domku drewnianym, jakby wyrosłym z ziemi, porośniętym dzikim winem, skrytym w zielonej gęstwinie…
Ach, jakie nad Narwią były zioła, w kierunku Kacic… Kiedy słońce grzało tak, że mdleliśmy z zachwytu, pachniały słodko i gorzko zarazem, cierpko. Krwawnik kładł się na ziemię, rumianki mdlały razem z nami, a podbiał bezwstydnie pokazywał swoje podbrzusze, przechylając się na boki. Między drobnymi kwiatkami, wśród traw, rósł szczaw, kwaśny, o zwartych listkach i krótkich czerwonawych korzonkach.
Tam gnietliśmy trawę, opalając się w gorące dni. Ale częściej koło mostu. Kto? O ludziach z Warszawskiej też będzie.
GRAŻA

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *