pultuszczak

Facebook


Ulica Kościuszki

2017-09-07 10:39:04

Każdy z nas hoduje w sobie obraz dzieciństwa, świat święty jak pierwsze kochanie. Kiedy burze życia kłębią się nad naszymi głowami, kiedy życie dokuczy aż nadto, wracamy tam, skąd wyszliśmy – do naszych rodzinnych domów, kochanych bliskich, ulic, podwórek, ogrodów…

Ulica Kościuszki… Kościuszki była dla mieszkańców Rubikonem, skąd czyniąc decydujący krok, udawali się w świat, chociaż nieraz niedaleko, ot, na drugą ulicę czy do rynku, a to była już wyprawa. Kościuszki to też Rubikon niemetaforyczny, bo nasza ulica była ulicą ostateczności, pożegnaniem z życiem i na zawsze. Przejściem na cmentarz.
Między pogrzebami trwało normalne życie, takie dziewiętnastowieczne. Ustępy w podwórkach, woda z kranu przy ulicy, świnki w chlewkach, króliki w klatkach, warzywa w ogródkach…
Niewyszukane zabawy dzieci.
Zima prószyła śniegiem, zamarzały okna, iskrzyły się bajkowymi witrażami. Stanęła woda na kanale przy Baltazara, lodem pokrył się wygon, nasz poligon zabaw. Wrzaski dzieci na wygonie to znak, że wyciągnięto z chlewików i schowków sanki i łyżwy. A potem hejże z góry, pojedynczo, po dwoje, wężem… Wygon… Można powiedzieć, że byli tam wszyscy. Bywało gęsto od dzieci i tak głośno, że nie słyszeliśmy wrzasku tych, którzy zboczywszy z toru, wpadali w kolczaste ogrodzenie na samym dole wygonu.
Wiosną i latem za kolczastym drutem, na skraju ogrodu spadającego do wody, pasła się koza. Budziła nasze zainteresowanie na równi z jej właścicielką, wiecznie złośliwą.
Kiedy nadeszła wiosna i spłynęły śniegi, świat Kościuszki zakwilił, zatrikotał, zakląskał ptasią muzyką. Skrzydlaci muzycy skryci w krzewach śnieguliczki, jarzębinie i bzie dawali koncert za koncertem. Wygonem sunęły krowy, konie, za nimi daleko gęsi. Wracały z wypasu. Poganiane przez pastuchów wydawały z siebie muzykę bliska uszom. Ostry zapach wody zmieszany z mułem i rzęsą łączył się krowimi plackami i brązowymi „kłębkami” końskimi. Było coś ekscytującego w wieczornym pędzie zwierząt do domów. My, dzieci, zwoływaliśmy się na ten teatr. „Krowy idą” – darliśmy się. Jak za dnia, widząc czarną chorągiew od 1 Maja, krzyczeliśmy: „Pogrzeb idzie!” Kiedy przeszedł, na kocich łbach leżały kwiaty spadłe w wieńców i wiązanek. Takie pogrzebowe przewodniki teatralne po spektaklu ostateczności.
Wygonem podążaliśmy do kąpieli. Zielonym korytarzem do pierwszej wody, czyli kanałkowej. Potem na zielony podmokły grunt, taką łachę, i znowu do wody. Tę wodę nazywaliśmy już rzeką. Z niej wychodziło się na lekkie wzniesienie, gdzie było trochę pisaku. Najprzykrzej przechodziło się pierwszą wodę, brudną i trochę śmierdzącą. Dno było muliste, wstrętne, zdarzały się szkła i kolczasty drut. Ile trzeba było samozaparcia i umiłowania kąpieli, by ją pokonać…
Jesienią nasz wygon wyścielały różnobarwne liście. Kiedy się nim szło, szeleściły. Chodziliśmy po nich, ciągnąc nogi po ziemi i zgarniając w ten sposób całe kupy listowia tak, że za sobą mieliśmy dwa tory.
Minęły lata… inny jest Pułtusk, inna ulica Kościuszki. Została pamięć po ulicy dzieciństwa. I wygon.
GRAŻA
Zdjęcie (wyższa to autorka felietonu) wprawdzie nie jest zrobione pod jabłonią przy Kościuszki 8, ale w ogrodzie fotografa tuż za drugim wygonem

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *