pultuszczak

Facebook


TRYPTYK PUŁTUSKI – Wygon, spacerniak, cmentarz

2016-05-19 11:54:09

Tryptyk pułtuski
Publikując TYGODNIKOWE felietony, poświęcone Pułtuskowi , mamy nadzieję na wypowiedzi naszych Czytelników w kwestii swojego kraju lat dziecięcych. Opisując nasze miasto, przekażemy obrazy Pułtuska, których nie ma, a które pozostały w pamięci pułtuszczan. TP podążył śladami – właściwie – jednego miejskiego ciągu – ulicą 3 Maja (1Maja) – spacerniak i Kościuszki (wygon, cmentarz żołnierzy radzieckich). Do „zagospodarowania” jest więc… całe miasto. Koszary, Kotlarska, Rynek, Piotra Skargi, Baltazara, Daszyńskiego… Bardzo ciekawe miejsca… Na Państwa OBRAZY czekamy z niecierpliwością

Wygon Eli Sobieraj
Ten bliższy miastu, tzw. pierwszy wygon, był użytkowany przez bydło i… uczniów. Podobieństwo między bydłem a uczniami, owszem, było… Nasi czwórkowi nauczyciele, nie radząc sobie z przerośniętymi uczniakami, diabłami wcielonymi, nazywali nas… bydłem. Nasz PAN nieraz krzyczał: „Co to za bydło! Bydło, pod ławki, bydło, spod ławek” – musztrował naszą klasę, kiedy nerwy miał w rozsypce. Nasze panie, skądinąd miłe, doprowadzone do ostateczności niekumatowością uczennic nazywały nas cielętami. Oczywiście nikt się nie obrażał, mamusi nie donosił, a nawet rozumiał, że ten, że ta, że ci, którzy nie kumają, to cielęta. No i bydło.

Bydło, cielęta i inni dwunożni szaleńcy kochali swój wygon. Zimą szaleli na nim na sankach, rzadko na łyżwach, a częściej na butach… Zdarzało się, że lód był jak masełko i z łatwością można było zjechać od Kościuszki, czyli szczytu wygonu, aż na Baltazara, a i dalej – nad samą wodę. Trzeba się tylko było mocno trzymać ziemi, znaczy lodu, i balansując ciałem sunąc w dół, na nogach. Na sankach najczęściej zjeżdżaliśmy na wuefie. Wrzasku było co niemiara, wyścigów, wjazdów w bok, w płot…

Tak było zimą. A kiedy przyszło ciepło, jeszcze przed wakacjami, chłopaki z Rynku pokonywali kanałek, poruszając się po jego dnie per pedes. Woda nie była głęboka, najwyżej można sobie było zamoczyć krótkie… gacie. Szło się do tej wody, brudnej i pełnej szkieł, szczególnie przy ścieku, wąwozem jak z pięknego snu, zielonym, pełnym bzu, nawet tureckiego, i czarnego, tego z baldachimami owoców… Od strony ogrodu doktora Jankowskiego, który rankami bryczką podążał do zakaźnika, był wprost czarny – od drzew, liściastych i iglastych, od krzewów… To był tajemniczy ogród.

Kocie łby nam nie przeszkadzały, tylko matki się bały, przestrzegały: „Nie biegaj tak, bo aż ci łeb odskakuje, żeby jakiego nieszczęścia nie było”.

W ostatni dzień roku szkolnego wygon zamieniał się w… biały tunel. Jak to możliwe, spytacie? Otóż biel stanowiły podarte na kawałeczki zeszyty szkolne. Chyba rwali je chłopcy, bo nie dziewczynki… Tak wyładowywali złość na szkole, za te złe słowa. Za dwóje, za łapy, za klęczki przy tablicy, za naderwane uszy, za kopniaki w dupę…

Wieczorem, kiedy dzieci z Rynku i innych okolic byli już na swoich podwórkach, na naszym wygonie trwał zwierzęcy spektakl. Oto z łąk za wodą szły krowy, konie, gęsi. (Gęsi hodował pan Edward Jarząbek – przypomniała mi Ela Sobieraj, dziś Strusińska Witkowa). „Krowy idą!” – darliśmy się, zwołując. Kocie łby robiły się mokre, parowała skóra zwierząt, niósł się zwierzęcy zapach, pomieszany z zapachem wody i roślin (lubiłam go). Ale nie tylko… Krowy co rusz zadzierały ogony i spod nich pacały na bruk krowie placki…

Piękny był nasz wygon, prawie jak pierwsze… kochanie. Piękna była nasza szkoła, CZWÓRKA…

PS A czy Ela (a i Ania Własiuk) – z koszyczkiem płatków kwiatowych do sypania – podążała do kościoła wygonem czy Trzeciakiem, nie pamiętam…

Na RUSEK
Jakeśmy się już wylatali, wyszaleli na wygonach, nad wodą, za wodą, w spacerniaku na Trzeciaku i nawet budka pana Kiersza na Żwirki i Wigury nas już nie nęciła, biegliśmy na Rusek. Rusek to był Rusek, cmentarz żołnierzy radzieckich. Cmentarz, a w ogóle się go nie baliśmy, jak dwu wcześniejszych – pierwszego i drugiego. Rusek traktowaliśmy jak park, jak poligon do penetracji.

Biegliśmy do niego ulicą Kościuszki, nieraz posuwaliśmy na rowerach, kto miał, ale bywało, że per pedes szliśmy od strony Baltazarki, potem przy drugim cmentarzu i łąkami do RUSKA. Jak biegliśmy od dołu, tośmy się wspinali, jak z góry, od szosy, tośmy schodzili w dół.

Jeśli wypad był mocno jesienny i kiedy kolorowiły się liście, albo wręcz opadały, olbrzymie, płaskie owoce róży przy parkanie od jezdni stawały się słodko-kwaskowe i mięciutkie. Można było smakować ich miąższ, ale bez zbytniego pośpiechu, wszak w owocach rezydowały owłosione nasionka, niezbyt przyjemne w zetknięciu z językiem. Jeśli wpadaliśmy na cmentarz wiosną, tak w kwietniu/maju, szukaliśmy fioletowych fiołków, żółto kwitnących kluczyków i białych konwalii. Na kwiaty zapuszczaliśmy się w dół cmentarnej góry, od strony łąk i Narwi oczywiście. Wśród wymienionych już kwiatów można było znaleźć jeszcze zupełnie inne, mam je przed oczyma, ich kształty i kolory, ale nie znam ich nazw.

Bywało, że – my dzieci – byliśmy wysyłani na RUSEK po rośliny lecznicze. Pamiętam, że raz – na zamówienie pewnej babci – wyruszyliśmy NA GÓRKI (tak mówiliśmy) po babkę lancetowatą. Zamówienie zostało dostarczone, a babcia leczyła babką jakiś wyprysk czy krostę, chyba mówiła, że wrzodziak. Lepką stronę liścia przykładała do bolącego/chorego miejsca. Bywało, że zdrowiała.

Wracając do domów, objadaliśmy się lubaszkami i ulęgałkami. Zabieraliśmy je na PÓŹNIEJ, wkładając owoce za bluzki i koszulki. Tak wracaliśmy z RUSKA… W nozdrzach mieliśmy jeszcze zapach mdlejącej łąki, na językach szczawiowy kwas. Wszystko zależało od pory roku, od wiosny, od lata, od jesieni…

Bo zimą to już był wygon, o którym już było.

Spacerniak

Spacerniak był jak w kleszczach – z jednej strony (od góry) to ulica 3 Maja (kiedyś 1 Maja), z drugiej – od dołu – Baltazara. Można więc było do niego dotrzeć od tzw. Baltazarki i od Trzeciaka (nazwa przedwojenna, używana np. przez świętej pamięci panią Janeczkę Turek). Spacerniak (rzadko kiedy mówiliśmy PARK) był oazą dzieciaków z Wojska Polskiego, z Trzeciaka właśnie, Kościuszki i Baltazara. Przechodzili przez niego, podążając do i ze szkoły, rynkowcy. Ładny nigdy nie był, był dziki, ale w naszej pamięci pozostał NAJPIERWSZY jak pierwsze kochanie. Ale gdzie mu tam było do przyzamkowego parku! Gdzieniegdzie drewniane ławki, bez oparcia, drzewa, nawet gruszki ulęgałki i… koniczyna, którą rwali całymi garściami ci, którzy hodowali króliki. Aha, i pokrzyw było dużo. Ostów i… rzepów. Traw no i tej koniczny kwitnącej na biało…

Nikt z nas nie używał nazwy „Wzgórze Abrahama”, nie znaliśmy jej po prostu.

Podziemia – od strony Baltazara, zwane przez nas tunelami, jak dzisiaj, były zaniedbane. Zaglądaliśmy do nich z lękiem przez szpary, potem całkiem już duże dziury… Ciemność wnętrz budziła w nas lęk.

Z zainteresowaniem przyglądaliśmy się kolegiacie za kanałkiem, ale i wysokiemu domowi z czerwonej cegły, stojącemu do dziś poza spacerniakowym terenem, od strony Baltazara.

Od mało wtedy ruchliwej ulicy prowadzącej na cmentarze, od Trzeciaka, na górce, znajdował się bunkier. Wdrapywaliśmy się na jego ostry w dotyku GRZBIET, zaokrąglony po bokach. GRUZIOŁKOWATY, więc nieprzyjazny dla kolan, które nie raz krwawiły po próbach wejścia na sam szczyt bunkra. Stamtąd spoglądaliśmy na spacerniak jak Wellington ze wzgórza Waterloo.

O amfiteatrze jeszcze nikomu się nie śniło (chociaż wierzby nad kanałem były, jak były przedtem i były potem, aż do MOMENTU GROZY) , więc z góry na dół hasaliśmy do woli.

Największą frajdę mieliśmy, kiedy w „zakrzaczach i innych przykrych miejscach” (zapamiętane z przedwojennej publikacji sportowej) wypatrzyliśmy… parę. A tę stanowili żołnierze na przepustce z niedalekiej Jednostki Wojskowej i pułtuszczanki. Kiedy zwoływaliśmy się na spacerniak, mówiliśmy, że „idziemy na parki”. Jakże „uprzyjemnialiśmy” randki tym PARKOM. Podchodziliśmy do nich po cichutku i rzucaliśmy kulami zrobionymi z główek rzepów. Niestety, trafialiśmy. Więc był wrzask, ale i prośby, żebyśmy sobie poszli. Jakieś przekupstwa nawet. Nie korzystaliśmy z nich – baliśmy się złapania nas przy odbiorze – swego rodzaju – bonusu. Zmęczone naszym podglądactwem pary odchodziły z naszego pola widzenia, za płot, w głąb ogrodu ciągnącego się nad czerwonym, ceglastym domem… O ich niedawnej obecności świadczyły mocno wygniecione trawy, układające się w kształt ludzki.

Takie były zabawy, psikusy w one lata.

Dziś (jak dobrze, że pułtuszczanie nie chcą tam pomnika smoleńskiego) wielu osobom marzy się park z prawdziwego zdarzenia. I dobrze, wreszcie byłoby tam tak, jak powinno być. Ludzie (pułtuszczanie!) są mądrzy!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *