pultuszczak

Facebook


To sąsiedzkie łobuzerstwo!

2018-03-03 6:23:53

Wywiad z dyrektorem makowskiego szpitala Jerzym Wielgolewskim, który ukazał się w jednej z lokalnych gazet, stał się okazją do kolejnej konferencji prasowej w szpitalu. Do nie naszego artykułu i dziennikarza odnosić się nie zamierzamy, publikujemy natomiast wystąpienie Roberta Gajdy we fragmentach odnoszących się jedynie do szpitali – pułtuskiego i makowskiego oraz osoby dyrektora Wielgolewskiego. Dodamy tylko, że tomograf, o którego awariach również jest mowa, w dniu konferencji, czyli w ubiegły czwartek, był sprawny. Działał też rentgen w szpitalu

Jeżeli mówimy o szpitalu pułtuskim i makowskim to są to szpitale konkurencyjne. Jesteśmy sąsiadami ale konkurentami, rywalizujemy o pacjenta, o pieniądze, o wysokość kontraktu. Jeśli dostaje pieniądze jeden szpital, to raczej nie dostaje drugi. Od kiedy dyrektor Wielgolewski pracuje w szpitalu makowskim, a jest to od 2010 roku, nie przybyło tam szczególnie niczego. forma finansowania szpitala makowskiego to zasługi Dariusza Hajdukiewicza, poprzedniego dyrektora. Kiedy dyrektor Hajdukiewicz rozwijał szpital makowski, to my byliśmy ulokowani w 140 letnim szpitalu na ulicy 3 Maja. Przypomnę również, że dyrektor Wielgolewski odszedł z Pułtuska w 2006 roku, w świetle skandalu ze zwolnieniem ordynatora i ogólnym buntem lekarzy, którzy nie akceptowali jego metod postępowania. Gdyby nie odszedł w tamtym czasie, na tyle ile pamiętam, groził wtedy bunt lekarzy i wstrzymanie pracy szpitala. Nie będę wchodził w szczegóły, ale dyrektor Wielgolewski, konkretnie nasz szpital, przegrał odszkodowanie z jedną z pań ordynator, którą trzeba było przywrócić do pracy i wypłacić odszkodowanie.
Pacjenci z Pułtuska leczą się w Makowie Mazowieckim i odwrotnie. Kobiety z Makowa rodzą u nas, co nie najlepiej świadczy o porodówce w Makowie. Dziś po reformie, kiedy kontrakty wyrabiane są przez wszystkie oddziały i poradnie, nie da się nic nie robić. Te kontrakty nadal trzeba wyrabiać. Tłumaczenie dyrektora Wielgolewskiego, że przyjmuje pacjentów, a wolałby ich nie przyjmować, bo trzeba wydać pieniądze, jest niedorzeczne, bo tak czy inaczej trzeba wyrabiać kontrakty. W przeciwnym wypadku je się potraci. Każdy z lekarzy makowskich czy pułtuskich doskonale wie, ze Pułtusk leży w bardzo ważnym miejscu komunikacyjnym i geograficznym i że praca w szpitalu pułtuskim jest nieporównywalnie gorsza, trudniejsza niż w szpitalu makowskim. Obsługujemy nie tylko pacjentów z Pułtuska, ale też z Legionowa, Serocka, Warszawy, turystów którzy przez ten teren przejeżdżają. Nie wybrzydzamy, którego pacjenta przyjmiemy, a którego nie.
Jeśli chodzi o wydarzenie z 7 lutego (śmierć kobiety, o której pisaliśmy w jednym z poprzednich numerów. Karetka pogotowia z Makowa Maz. przywiozła ją do pułtuskiego szpitala, który odmówił przyjęcia – dop. red.), to na miejscu dyrektora Wielgolewskiego, wcale nie byłbym taki spokojny. Są wyniki sekcji zwłok. Pacjentka nawet w warunkach szpitala warszawskiego miała bardzo niewielkie szanse na przeżycie, w przypadku szpitala pułtuskiego po prostu zerowe. Z tą jednostką chorobową, z tętniakiem rozwarstwiającym tętnicy piersiowej. Pytanie jest jednak takie. Czemu karetka z Makowa, której właścicielem jest dyrektor Wielgolewski, jechała do nas aż godzinę? Ja biegnę godzinę z Makowa do Pułtuska a na rowerze trochę mniej. Samochodem jedzie się 7 – 8 minut. Jeśli dyrektor Wielgolewski zapyta co robiła karetka pułtuska, to ja powiem tak, że nie jest to karetka pułtuska. To jest karetka z Meditransu i do jest pytanie do nich. Dlaczego makowska karetka S, bardzo dobrze wyposażona, która może przeprowadzić te same czynności reanimacyjne co szpital, przywiozła pacjenta do szpitala pułtuskiego, mimo ze rodzina została poinformowana, że pojadą do szpitala bródnowskiego i tam przez dłuższy czas czekała? My nie byliśmy w tym momencie ani szpitalem referencyjnym do udzielenia takiej pomocy, ani też nie byliśmy do tego przygotowani. Tomograf komputerowy w tym czasie był u nas popsuty. Jest kłamstwem, to co powiedział dyrektor Wielgolewski, że instytucje nie zostały o tym powiadomione. Przekażę wydruki świadczące o tym, że informowaliśmy stosowne instytucje, czyli Mazowiecki Urząd Wojewódzki Wydział Zdrowia i lekarza koordynatora ratownictwa medycznego. Niezależnie od tego informacje na temat awarii tomografu umieściliśmy na portalu Szpitale województwa mazowieckiego, do którego obowiązek wglądu mają wszystkie szpitale i koordynatorzy ratownictwa medycznego z województwa. Nie jest zatem możliwe, żeby nie wiedziało o tym pogotowie w Makowie Mazowieckim lub też pogotowie w Ostrołęce (…).
Tomograf komputerowy jest sprzętem kupionym za środki unijne i do końca września tego roku nie jesteśmy w stanie tego aparatu wycofać z użytkowania, gdyż nie zakończył się pięcioletni projekt od zakupu tego sprzętu. Generalnie jest to tomograf dobry, ze względu na klasę, ale rzeczywiście się psuje.
Fakt, że dyrektor Wielgolewski donosi do wszystkich instytucji w koło, jest dowodem na to, że nie tylko nie istnieje współpraca, ale jest to też zwykłe sąsiedzkie łobuzerstwo (…). Kiedy dyrektor Wielgolewski był dyrektorem w Pułtusku, dość skutecznie naśladował moje działania a Gajda medzie i to chyba było głównym powodem zwiększenia kontaktów w zakresie specjalistyki, co się przełożyło korzystnie na wszystkich pacjentów z terenu powiatu pułtuskiego.
Nie wierzę, że do szpitala makowskiego wpływały bardzo liczne oświadczenia pacjentów o odmowach przyjęcia do naszego szpitala. Pytanie też z jakich oddziałów? Nie wierzę, że odmawiano pacjentom na internie, na ginekologii, na położnictwie, na pediatrii. Może tak było na ortopedii, ale szpital makowski ma gigantyczny kontrakt ortopedyczny, jeden z większych w województwie mazowieckim, natomiast szpital pułtuski ma liliputa, skarnie malutki kontrakt. Szpital makowski w zeszłym roku dostał miliony na protezy i to spowodowało napływ pacjentów, którzy chcieli się tam operować. Ja bym bardzo chętnie wziął i te pieniądze i tych pacjentów i te problemy, które tak bardzo przeszkadzają panu dyrektorowi Wielgolewskiemu.
Nie jest prawdą, że dyrektor Wielgolewski kiedykolwiek informował mnie o pacjentach którzy jeżdżą do jego szpitala, natomiast wielokrotnie rozmawialiśmy na różne tematy szczególnie przy okazji kontraktowania. W 2015 roku, kiedy przejmowałem szpital zadłużony na 24 miliony, pół roku po tym jak zarząd szpitala pułtuskiego w grudniu 2014 roku złożył wniosek o jego upadłość do starostwa, miałem bardzo długą rozmowę z dyrektorem Wielgolewskim, który przekonywał mnie, że biorę kupę złomu, z powodu samych awarii, złej konstrukcji, złego wykonania, nie jest w stanie funkcjonować, a koszty napraw będą tak gigantyczne, że zrujnują mnie, a na pewno zrujnowałyby szpital makowski. Zdziwiła mnie troska pana dyrektora Wielgolewskiego o moje środki, ale nie skomentowałem tego, natomiast teraz zdziwiła mnie jego wypowiedź w tym artykule, w której twierdzi, że już za czasów starosty Doleckiego powstał pomysł połączenia obu szpitali, czyli tak naprawdę oddania szpitala pułtuskiego Makowowi. Pytanie, dlaczego pan dyrektor Wielgolewski z panem starostą Doleckim tego nie zrealizowali. Skoro pan dyrektor Wielgolewski tak chciał szpital pułtuski. to dlaczego wtedy kiedy pan starosta Jan Zalewski w akcie desperacji w grudniu 2014 roku wystąpił do szpitala makowskiego i starosty makowskiego o przejęcie szpitala pułtuskiego, ten nie wyraził zgody twierdząc w skrócie, że sytuacja szpitala pułtuskiego jest beznadziejna i zagroziłaby upadkiem szpitala makowskiego (…). Starosta Zalewski prosił o pomoc na każdych warunkach, niestety panowie nie wyrazili zgody (…).
Drogi kolego Jurku, mijasz się z prawdą w kolejnych wypowiedziach. Mieszkałem w Makowie przez 20 lat, znam wielu radnych i mieszkańców. W tamtym czasie jedyna propozycja jaka mogła być rozważana przez Maków, to przejąć sprzęt i personel pułtuski, zamknąć szpital żeby zejść z kosztów. Niestety problem był z tym nieszczęsnym sprzętem unijnym który musiał być do dziś użytkowany i nie dało się obejść tematu w krótki sposób (…). Prawda jest taka że dyrektor Wielgolewski nienawidzi Pułtuska, czuje się skrzywdzony i nie jest w stanie znieść, że Pułtusk ma się dobrze. To że w 2015 roku dzielono już skórę na niedźwiedziu i kontrakt pułtuski dzielono między Makowem i Wyszkowem, jest powszechnie znane we wszystkich środowiskach. Miało nas nie być, ale jesteśmy. Mamy najmniejszy kontrakt w Polsce, kilkakrotnie razy mniejszy niż Maków i Wyszków. Dwa lata temu wpłaciłem trzy miliony złotych w ramach umowy konsolidacyjnej z grupy Gajda med na odblokowanie usług dla szpitala, który umożliwił mu dalsze finansowanie. To były podstawowe rachunki za gaz prąd i tysiąc innych rzeczy. W międzyczasie wpakowałem kolejne pieniądze, żeby funkcjonował płynnie i rozwijał się. Nie pozwolę, żeby ktoś ze złamanym sercem i mściwą duszą, kto się nie sprawdził jako menadżer w Pułtusku (…) robił reformę w tym szpitalu albo mówił, jak to ma funkcjonować. Przy kontrakcie jaki ma Maków, trzeba być ostatnią niedołęgą, żeby tego nie poprowadzić, żeby wyprowadzić pułtuski szpital, trzeba włożyć dużo serca, pracy, pieniędzy z własnej kieszeni, by w ogóle funkcjonował. A my dalej inwestujemy i mamy się dobrze. Nie udało się zlikwidować pułtuskiego szpitala w 2015 roku i wiele osób nie może tego przeżyć. Trudno, mają przewlekły ból z tego powodu, z okresami zaostrzeń. Nie damy nic przeciwbólowego, wręcz przeciwnie, rozjątrzymy rany nienawiści i zazdrości kolejnymi inwestycjami i kontraktami. Opowiadając na pytanie, czy jestem gotowy przejąc szpital makowski, z jego kontraktem, sprzętem i zasobami ludzkimi, odpowiadam TAK. Jestem gotowy zrobić to natychmiast. Zamkniemy Maków, stworzymy pułtuski szpital większy od ciechanowskiego, a pacjenci z Makowa będą witani w progu z kwiatami.

Oświadczenie w sprawie miejsca lądowiska dla helikopterów przy Szpitalu Powiatowym Gajda-Med
Głównym celem działalności Szpitala Gajda-Med jest dbanie o dobro, komfort i profesjonalną obsługę pacjentów. I taki cel przyświecał nam przy tworzeniu projektu lądowiska dla helikopterów w 2017 roku. Było ono potrzebne dla pacjentów, aby poprawić dostęp pacjenta do szpitala w krytycznych sytuacjach, kiedy liczy się czas. Nie jest ono wymogiem dla szpitali bez SOR-u, ale bez wątpienia znacznie podnosi bezpieczeństwo i jakość świadczonych usług.
Historycznie patrząc, już w momencie powstawania i budowy szpitala, a potem w momencie przejmowania szpitala przez Grupę Gajda-Med istniała ustalona lokalizacja lądowiska dla LPR. Wiedza ta była znana wszystkim instytucjom administrującym danym terenem.
Już na etapie przygotowywania przez nas projektu lądowiska okazało się, iż istnieją przeszkody lotnicze na drodze podejścia do lądowania i startów helikopterów ratunkowych. Mówimy o drzewach, i co ważniejsze, o linii średniego napięcia przebiegającej wzdłuż ul. Granicznej.
O ile drzewa nie są elementem trudnym do usunięcia (mamy uzgodnienia z właścicielem działki pozwalające na wycinkę) ale możliwym, o tyle potężnym problemem jest trakcja elektryczna, która według naszej wiedzy została wybudowana bez zgody właściciela działek. Istniejąca linia przebiega bowiem po terenach prywatnych. Od około 8 lat toczy się sprawa sądowa pomiędzy właścicielem działki a zakładem energetycznym.
Niezależnie od tego faktu, nieoficjalnie wiemy, iż koszt usunięcia tej przeszkody to około 400 tys. złotych plus VAT (czytaj: pól miliona zł).
Powstaje pytanie: dlaczego dziś szpital miałby ponosić koszt przebudowy trakcji elektrycznej powstałej w kolizji z prawem i planowanym od lat lądowiskiem (lądowisko w planach szpitala było tam od zawsze)? Mamy nadzieję, iż wyrok w sprawie pozwoli na to, aby operator usunął linię średniego napięcia z terenu ul. Granicznej na własny koszt. Liczymy na poparcie Starostwa w tym temacie.
W tym prawnym stanie rzeczy projekt lądowiska, za który zapłaciliśmy z własnych środków, nie mógł zostać złożony, bo warunkiem przyjęcia go i zezwolenia na budowę było usuniecie przeszkód lotniczych. Ponieważ wizja akceptacji planu budowlanego stała się niemal nierealna, podjęliśmy próbę nowego podejścia do rozwiązania problemu w sposób zgodny z prawem, który umożliwiłby lądowania helikopterów z LPR przy szpitalu. Bez naruszania prawa budowlanego, ale zgodnie z wytycznymi z planu, przygotowaliśmy miejsce dla lądowania helikopterów licząc, że stosowne instytucje wykreślą stadion miejski, który był dotychczasowym miejscem gminnym lądowania helikopterów LPR i zastąpią go miejscem przy szpitalu. I to stało się najważniejszą rzeczą dla nas!!! Zamienić stadion miejski, który nie jest nawet utwardzoną płytą na dobre, bezpieczniejsze miejsce na tych samych warunkach. W sprawę zaangażował się Urząd Miasta. Niestety, bez efektu. Instytucje odpowiedzialne za zmianę miejsca gminnego ze stadionu na obszar przy szpitalu nie były zainteresowane taką prośbą. Pismami przepychaliśmy się od czerwca ubiegłego roku do stycznia br. Bez efektu.
Biorąc pod uwagę istniejący stan rzeczy, podjęliśmy ostatnią próbę rejestracji miejsca do startów i lądowań śmigłowców ratunkowych w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego, mając na uwadze wyższe dobro społeczne. Mamy nadzieję, że ostatecznie Urząd Lotnictwa Cywilnego zaakceptuje możliwość lądowania na terenie przyszpitalnym bez zmiany warunków terenu co wiemy, że jest możliwe a sprawa jest w toku. Chcę dodać, że na lądowisku – które z punktu widzenia prawa budowlanego jest utwardzonym miejscem dla lądowania helikopterów – lądowało około 8-9 różnych helikopterów i każdorazowo piloci określali teren jako świetnie przygotowany do tego celu a przeszkody wymienione w planie budowlanym w praktyce nie są żadnymi przeszkodami dla helikopterów. Lądowały już helikoptery z prywatnymi pacjentami na zabiegi ortopedyczne bez najmniejszych przeszkód. Problem jest wyłącznie z LPR, które ma określone z góry zasady co szanujemy i próbujemy rozwiązać w sposób zgodny z przepisami. Wszelkie koszty związane z tą inwestycją są oczywiście kosztami własnymi Grupy Gajda-Med. Osobiście helikopterem latałem jako pasażer dziesiątki razy, a Grupa Gajda-Med w celach biznesowych korzysta z tego typu transportu od dawna i nie mam wątpliwości, że helikoptery lądują i startują w nieporównywalnie gorszych terenach bez najmniejszych przeszkód. W aspekcie prezentu jaki dostaliśmy w postaci wspomnianej samowoli budowlanej trakcji elektrycznej wzdłuż granicy terenu szpitala, która jest zasadniczą przeszkodą w przejściu procedury budowlanej i rejestrowej uważam, że wybraliśmy jedynie słuszną drogę.
Cały czas idziemy do przodu w naszych staraniach wierząc, iż uda nam się przezwyciężyć wszystkie problemy. Na tym etapie należy zadać pytanie, dlaczego w przeszłości wydano decyzje, które aktualnie uniemożliwiają złożenie projektu budowlanego do starostwa może na bardzo długie lata, a mianowicie:
1. Dlaczego wydano decyzję na postawienie lamp oświetlenia ulicznego wzdłuż ulicy Teofila Kwiatkowskiego wiedząc o planowanym od lat lądowisku przyszpitalnym?
2. Dlaczego wyrażono zgodę na budowę sieci elektroenergetycznej, która koliduje z planowanym od lat lądowiskiem bez sprawdzenia statusu prawnego i legalności budowy linii średniego napięcia biegnącej wzdłuż ul. Granicznej?
3. W czyim interesie tak naprawdę jest utrudnianie powstania lądowiska ratującego życie ludzkie?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *