pultuszczak

Facebook


Swój rower sprzedałem, pożyczony oddałem

2017-11-15 11:59:49

Rozmowa z Pawłem Górskim, który odbył pielgrzymkę rowerem do Fatimy

Jak długo jest Pan zaprzyjaźniony z rowerem?
Zacząłem jeździć, jak miałem 14 lat. W szesnastym roku życia wybrałem się w góry, dwa lata później pojechałem do Rzymu, z kolegą, Dawidem Romanowskim z Tychów, poznałem go dzięki internetowi, to było 2 i pół tysiąca kilometrów – przez Czechy, Austrię, Słowację, Węgry, Chorwację, Słowenię, Włochy – San Marino, Watykan. Po tej pielgrzymce czułem się taki nie do końca spełniony i postanowiliśmy pojechać do Fatimy. Zrobiliśmy sobie rok przerwy – na naukę, na zebranie pieniędzy. I za dwa lata wybraliśmy się do Fatimy.
Był Pan wtedy uczniem?
Zacząłem studiować, kiedy przyszedł czas wyjazdu do Fatimy.
Rower?
Trekkingowy, nie wyścigowy. U siebie trenują na wyścigowym, z bagażnikiem, na który mocujemy 30 kg sakw, podróżny rower.
Sakwy… Co się bierze w taką podróż?
Tylko to, co jest niezbędne. Kilka par spodenek, kilka par koszulek, jakieś witaminy. Jedzenie? Kupowaliśmy. Na dwa miesiące nie da się zrobić zapasów. Spaliśmy, gdzie się dało właściwie. Zamysł był taki, żeby nasz wyjazd był pielgrzymką. Wziąłem więc od księdza proboszcza z parafii Winnica Zbigniewa Pawła Maciejewskiego pisma w pięciu językach, że jesteśmy godni zaufania i dzięki temu ludzie otwierali nam drzwi do kościołów. Spaliśmy w kościołach, w salkach sportowych, u gospodarzy, na plażach, kiedy już nie mieliśmy możliwości. Wybieraliśmy małe plaże, np. w pobliżu Malagi. Szczęśliwie nie mieliśmy dramatycznych zdarzeń, np. w Barcelonie był zamach, a my byliśmy tam trzy dni wcześniej.
Rodzice dawali rady i przestrogi?
Odczuwali niepokój, na pewno, ale po pielgrzymce do Rzymu mama mi już ufała. Wiedziała, że jestem rozsądny. Czuliśmy w sercu, że wszystko będzie w porządku.
To była pielgrzymka. Dużo czasu poświęcaliście modlitwie?
Szczerze powiedziawszy, nie ma możliwości uczestniczenia w mszach, w krajach, które odwiedzaliśmy, nie jest tak, że na parafiach jest po dwóch księży… Trafić na mszę w kościele jest ciężko. W dodatku kończyliśmy jazdę po 19 godzinie, zmęczeni… Dla mnie sam fakt, że pielgrzymkuję, że ponoszę trud i go komuś ofiarowuję i wiozę intencje ludzi, był już rodzajem modlitwy…
A co jedliście?
To zależy, kiedy mieliśmy nocleg, to najczęściej również śniadanie, z herbatką, kawką. A obiady? Zależało, w jakim kraju byliśmy. We Francji, gdzie drogo, jedliśmy głownie na sucho. We Włoszech był nocleg, była pizza, czasami zabierał na nią ksiądz, a w Hiszpanii wiedzieliśmy, że będziemy spać na podłodze… We Włoszech kochają kolarzy, zazwyczaj było rewelacyjnie.
Namiot mieliście?
Tak, ale nie można go rozbijać, w Portugalii 5 km od zabudowań można, w krajach, przez które jechaliśmy, nie można rozbijać. Jedynie płachta i kontrola policji.
Języki?
Angielski, przydawał się, ale we Włoszech znają go słabo, w Hiszpanii słabo, w Portugalii świetnie władają angielskim…
Ile trwała podróż do Rzymu?
26 dni. Był 12 lipca. Było szczęście, że się to zdarzyło. Zwiedziliśmy ważne historycznie miejsca, oczywiście Colosseum, i dostaliśmy się do Watykanu. Turysta ma możliwość wejścia do bazyliki i wyjścia z niej. To wszystko.
Byliście przed grobem naszego PAPIEŻA?
Byliśmy, robi wrażenie! To się czuje w środku, we wnętrzu. Niestety, papieża Franciszka nie widzieliśmy, nie mieliśmy tego szczęścia.
Żeby tam dojechać, trzeba było trenować!
Porządnie trenowałem, chociaż planu treningowego nie miałem. Po prostu jeździłem. 100 km, do 200 dziennie, ze Starego Bulkowa do Ciechanowa, dalej. Jeździłem też po górach, żeby złapać technikę, żeby zdobyć pewność siebie. Po pielgrzymce do Rzymu moje treningi były delikatniejsze, potem ich zaprzestałem i udałem się do Fatimy. W nogach miałem już wyrobioną formę fundamentalną, znaczy, że po tygodniu jazdy znowu byłem w szczycie formy…
Ciekawy jestem, jak reaguje na rowerzystów Polska, a jak zagranica?
Zupełnie odwrotnie, u nas zostawiają dla rowerzysty 15 cm jezdni, za granicą mam półtora pasa własnego. Duża kultura jazdy. W Czechach są drogi rowerowe, rewelacja, we Włoszech kochają kolarzy, można jechać nawet pod prąd, kierowca auta zaczeka i jeszcze machnie ręką, pozdrowi, we Francji było w porządku, w Hiszpanii świetna kultura, a w Portugalii słabsze drogi i trzeba było uważać.
Fatima!
Wyruszyliśmy 10 lipca, 31 sierpnia dotarliśmy na miejsce. Dlaczego Fatima? Chcieliśmy pojechać dalej niż poprzednio i koniecznie w ciepłe kraje. Pomyśleliśmy: czemu nie Portugalia, a jak nie Portugalia, to Fatima.
Fatima?
Spodziewałem się więcej ludzi, bo to okres wakacyjny, okres objawień. Nocleg jest tam za darmo, trzy dni. Pieszo można przejść całą Fatimę, domki pastuszków zwiedzić za darmo i jeszcze zjeść za małe pieniądze. W Portugalii są tanie hotele i tanie jest jedzenie. 5875 km do Fatimy, potem jeszcze do Lizbony, więc wyszło 6035 km… Co mnie zadziwiło? Kiedy jechaliśmy do Rzymu, wszystko mnie zadziwiało – góry, morze, wybrzeże, byłem pierwszy raz za granicą, natomiast trasa do Fatimy była najbardziej widokowa, jaką można było zrobić. Alpy rewelacja, Lazurowe Wybrzeże, Gibraltar, Ocean Atlantycki… Tu dodam, że wyprawa do Rzymu była rozgrzewką przed Fatimą. Potem było nakładające się zmęczenie.
Upały?
Owszem, ale ja kocham upały. Na DOLE Hiszpanii było 50 stopni Celsjusza, temperatura jak w rozgrzanym piekarniku. Ale w Austrii, pod Alpami, było strasznie zimno, mieliśmy tam dzień przerwy.
A Gibraltar? Małpy?
Okradły nas z bułek. Oparłem rower o parkan, małpa hyc z drzewa i z sakwy bułki wykradała. Zjadła pół paczki na moich oczach. Ludzi dużo, ale najwięcej w Katalonii, z całego świata. Portugalia trochę mnie rozczarowała, zimno było.
Nie mówiliśmy o sponsorach, a ci bardzo ważni przy takich wyprawach.
Klub Lider Winnica, Fitness Klub PALLADIUM w Pułtusku, Świat Solny w Tychach. Merytorycznie wspierał nas ksiądz proboszcza z Winnicy i Regionalne Centrum Wolontariatu w Katowicach.
To drogie wyprawy?
Drogie, jechaliśmy przez miejsca turystyczne, ceny wyższe, euro, pieniądze mieliśmy na karcie.
Co przed Panem, jaka wyprawa?
Zakończyłem karierę podróżnika na rowerze. Już nie pojadę na rowerze, musiałbym jechać jeszcze dalej, a to byłoby niebezpieczne i niezdrowe. Mój organizm jeszcze się rozwija, a przemęczenie codzienne jest olbrzymie, odżywianie było fatalne… Będę podróżował, mam plan lecieć do Stanów Zjednoczonych i tam jakąś wyprawę zrobić.
Piesze wędrówki?
Nienawidzę. Nie cierpię, męczy mnie chodzenie – psychicznie.
Przyjazd do Polski?
Szczęście rodziców i gratulacje ludzi. Dotarłem w najdalszy punkt Europy, spełniłem marzenie.
Pan jest silny psychicznie? Odporny?
Żebym był słaby, to bym tych podróży nie odbył, ciężko było, ale trzeba było jechać naprzód. Powiem wprost, gdybym był słaby, nie wyruszyłbym w tę daleką podróż. Po powrocie swój rower sprzedałam, a pożyczony od brata, oddałem.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *