pultuszczak

Facebook


Rogaliczki i babeczki z Kazachstanu

2020-03-10 2:04:07

Erwin Kowalczyk jest stałym gościem na pułtuskim zamku, niemal domownikiem i to od wielu lat, a dokładnie odkąd w Domu Polonii zjawili się pierwsi repatrianci ze Wschodu. – Od pierwszej grupy, żeby nasi rodacy mogli się zaadoptować w rzeczywistości polskiej – mówi Erwin. – Dogadaliśmy się z dyrektorem Michałem, że będę tu społecznie pracował. To on, między innymi, pomaga repatriantom w poznaniu Polski, jej zwyczajów, a nawet kuchni polskiej

W niedawną sobotę, kilka pań z obecnej grupy repatrianckiej, pod okiem pana Erwina, piekło rogaliki. TYGODNIK uczestniczył w tym kuchennym spotkaniu  POD JELENIEM. – Co ja tutaj robię? Dyryguję pracą, bo zostałem… dyrektorem – śmieje się Erwin. – Niedawno robiliśmy faworki według mojego przepisu, najlepsze w Pułtusku i na całym świecie. Było wiele osób, także dzieci. Dziś natomiast  pieczemy rogaliki. Tak, mamy tu nieskomplikowane urządzenia kuchenne, za chwilę będziemy trzepać jajo do smarowania tych rogalików. Mąka KURPIOWSKA z polskiej pszenicy, jaja wiejskie. Cukier, zapach śmietankowy, śmietana 18%, dżemik wyrobu mojej żony, borówkowy. No, trzeba się dzielić z ludźmi… – objaśnia.

– Dziś więc pieczemy, ale też pokazuję repatriantom z Kazachstanu najróżniejsze  filmy nagrane z okazji  różnych uroczystości. Pułtusk w pigułce. Panie i panowie dobrze je przyjmują. A poza tym organizujemy takie wieczory gier, czytamy książki, oglądamy filmy, ostatnio pt. „Oskar i pani Róża”, bardzo wzruszający. No i rozmawiamy, cieszymy się sobą. A dlaczego ja to robię? Otóż w `80 roku mnie wyrzucono z pracy, szukałem jej za granicą, znalazłem  w Czechach, w kopalni. Tam obcy ludzie przyjęli mnie bardzo serdecznie. I dlatego teraz odwdzięczam się, na ile umiem, mogę, na ile siły i pomysłów. Chcę, aby ci ludzie dostali wsparcia i doznali  serdeczności ze strony Polaków.

Pan Erwin pisze wiersze, ale jeszcze ich przed repatriantami nie czytał. Dziś nam recytuje fraszkę „O blondynce”. Stanęła blondynka na wadze/I co się okazało?/Blondynka nie waży/To tylko waży jej ciało. Albo taki wierszyk – „O głupim”. On do szkoły miał pod górkę/Zgubił forsę, bo miał dziurkę/On grabiami w łeb dostanie/Gdy nadepnie je przy ścianie/Solą słodził dziś herbatę/Zanim konia, dostał batem/U głupiego tak to bywa/Pies się topi/Łańcuch pływa. Albo taki wierszyk:  Zaraziła Krycha Zdzicha/Zdzicho teraz ciągle kicha/Zdzicho kicha w pracy, w szkole/Zdzicho kicha przy rosole/Zdzicho kicha jak jest mecz/Ty się Zdzichu teraz lecz/Sposób prosty na kichanie/Przez dni siedem na śniadanie/Łyżkę miodu włóż do szklanki/Niech ci żona w ucho krzyknie/Po tygodniu katar zniknie. – Super – mówią panie.

A oto pani Galina, wdowa od ośmiu lat, pięknie śpiewa, członkini zespołu Podolanki: – Jestem z Kazachstanu i jestem Polką, zawsze nią byłam. Przyjechałam do Polski 16 listopada zeszłego roku. Trochę mówiłam po polsku – moje dzieci wszystkie tutaj, sześcioro. Nie żałuję, że tu przyjechałam, tam byłam sama, mieszkałam na wsi. Ładnie tam było – las, step… W maju pięknie… Zimy nie lubiłam, surowe były, uciekałam do Polski, do dzieci. Jak pierwszy raz przyjechałam do Polski, do dzieci, to płakałam, bo tam miałam dom.  Kiedy drugi raz przyjechałam, już nie płakałam. Teraz mam już obywatelstwo polskie. W zamku będę do 12 maja, a potem będę blisko dzieci, na Śląsku, będę opiekować się dzieckiem córki, Paulinką, trzeba pomagać. Co robię? Wcześniej uczestniczyła w lekcjach polskiego, teraz zaczynam kurs zawodowy  – florystykę. Zawsze marzyłam o domu i o kwiatach. Coś takiego…

Pani Natalia, pielęgniarka: – Przyjechałam z córką Sofiją, piętnastolatką z miejscowości położonej blisko stolicy Kazachstanu. Mamę miałam w Polsce, syna tutaj, siostra jest już 20 lat, przyjechała studiować i została, ma męża i troje dzieci. Moi dziadkowie ze strony mamy byli zesłani do Kazachstanu w 1936 roku. Myślę, że marzyli o życiu w Polsce. Tak, rozmyślam o swojej przyszłości, zamieszkam we Wrocławiu, gdzie mieszka syn. Obecnie robię kurs opiekunek.

Pani Jana: – Też przyjechałam z Kazachstanu, z niedużego miasta Pietropawłowska, piękne miasteczko. Mam męża i dwoje dzieci, są ze mną. Synek ma 4 lata, Jegor już  idzie do przedszkola w Rynku, córka Katarzyna ma 12 lat. Uczy się w CZWÓRCE. Ma przyjaciółki. W Pułtusku wszystko mi się podoba – zamek, rzeka…  Za jaką potrawą tęsknię? Za manty. Potrawa robiona jest na parze, w specjalnym garnku. To ciasto, a w nim mielone mięso  z cebulą. Coś na kształt dużych pierogów . Na parze pozostają 50 minut, a podaje się manty z sosem.

Pani Stanisława: – Jestem w Polsce z mamą i synem z rodziną, przyjechaliśmy w sześć osób. Pierwsza przyjechała córka z rodziną, w maju zeszłego roku, my w listopadzie. Mam korzenie polskie ze strony mamy i taty. Nie, w domu nie mówiliśmy o swoich marzeniach związanych z Polską, my cisi, spokojni ludzie. Ale na Wigilię była kapusta, były pierogi, sianko, dzieci śpiewały, potem do kościoła, zimno było…. Jak babcia nam mówiła, tak było.

Pani Inna: – Piękne imię?  Babcia mi je nadała. Pochodzę z Jasnej Polany, a przyjechałam z rodziną, z mężem i trzema synami: Aleksandrem lat 14, Danielem lat 12 i Kiryłem lat trzy. Starsi chłopcy uczą się w CZWÓRCE. Po opuszczeniu zamku pojedziemy do Łomży, gdzie zamieszkamy i gdzie będziemy pracować.  Tam już mieszkają nasi znajomi z Kazachstanu z wcześniejszej grupy repatriantów.

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *