pultuszczak

Facebook


Pułtuski Krajobraz Pamięci

2019-07-24 6:23:22

Oto niezwykle ciekawa praca literacka pani JADWIGI KAŹMIERCZAK, pułtuszczanki, nagrodzona pierwszą lokatą w konkursie Pułtuski Krajobraz Pamięci, zorganizowanym przez Muzeum Regionalne w Pułtusku i Pułtuskie Stowarzyszenie Dialogu MOST. Wyróżnienia otrzymały Marta i Monika Gralewskie (wręczenie nagród we wrześniu 2019 roku)
„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” – Adam Mickiewicz

Kwiecień 1979 r – wielka powódź w Pułtusku. Mój Ojciec, Jerzy Korsak, bardzo ją przeżył. Stacja Wodociągów na Rybitwi, gdzie pracował, została zalana wodą. Miał w tym czasie dyżur, czuł się jak na wyspie. Dzwonił do mnie, a ja uspokajałam go, że go uratują i alarmowałam sztab kryzysowy. Po jakim czasie przyjechała amfibia z żołnierzami i go uratowała.

Mama zmarła w marcu 1978 r. Był w tym czasie bardzo załamany i bardzo samotny, a tu jeszcze takie przeżycia. Ogromnie bałam się o jego zdrowie.

Mieszkaliśmy w kamienicy na ul. Rynek 29. To było nędzne jednopokojowe mieszkanie na kukawce.

Pewnego letniego dnia do drzwi mojego rodzinnego domu zapukała pani Janina Pych z Muszyny Dolnej. Powiedziała, że wraca z USA i dostała zadanie od kolegi ojca z dzieciństwa -Martina Ginsberga, który żyje, wspomina i serdecznie pozdrawia. Zobaczył w telewizji film o pułtuskiej powodzi i zapragnął odnaleźć dawnego kolegę i pomóc mu w potrzebie.

Ginsbergowie mieszkali na ulicy Szkolnej w domu moich dziadków Łępickich. Była to biedna rodzina. Ojciec ich pracował prawdopodobnie jako stolarz. Jego dziećmi byli Rene (siostra), Aron – Robert i Martin ( bracia).

Zostali oni wypędzeni z Pułtuska 22 września 1939 roku, razem ze wszystkimi mieszkańcami pochodzenia żydowskiego.

Tata miał wówczas 12 lat, wszystko widział ukryty w krzakach nad Narwią. Jego wspomnienie opisałam w książce pod tytułem „Żyli wśród nas… Wspomnienia Polaków i Żydów nadesłane na konkurs pamięci polsko-żydowskiej o nagrodę imienia Dawida Benguriona” , Płońsk 2001.

Dwaj koledzy, Martin Ginsberg i Jerzy Korsak

Ojciec nie przypuszczał, że ta rodzina przeżyła, tym bardziej, że on sam został wywieziony do Niemiec na roboty przymusowe. Po wojnie, wracając do domu podczas nalotów na Drezno, zaginęły moja babka i prababka. Mimo poszukiwań przez Czerwony Krzyż nie zostały odnalezione.

Wielka radość i zaskoczenie, wreszcie coś miłego – pani Janina Pych wzięła adres ojca i w niedługim czasie miała wrócić do USA do państwa Ginsbergów, gdzie pracowała. Mówiła, że to dobrzy ludzie.

No i rozpoczęła się trwająca wiele lat, przerwana przez wojnę, wieloletnia przyjaźń, którą przerwała śmierć obydwu przyjaciół. Martin przesyłał listy, paczki z odzieżą, słodyczami, kawą, no i aspiryną amerykańską – w tamtych czasach panaceum na wszystkie choroby. Tata dzielił się tymi smakołykami z rodziną.

Po powodzi w 1979 roku dla Pułtuska przychodziła pomoc z całego świata. Rozdawaniem żywności zajmowało się PCK i Kościół.

W liście z 1980 roku Martin Ginsberg zapytał, czy może nas odwiedzić w Pułtusku. Oczy tacie się „zaświeciły” z radości. Martwił się jednak, że w jego mieszkaniu będzie im niewygodnie. Uspokajałam go, że oddam im swoje lokum na ulicy Traugutta, a ja na czas wizyty przeniosę się z rodziną do niego. Przed przyjazdem gości odbyły się wielkie porządki: malowanie, sprzątanie… Ale co oni będą jedli? W sklepach nic nie było, ocet na półkach, z ryb ostrobok.

Oni jedzą tylko koszerne. Ojciec miał znajomego rybaka, pana Milewskiego. Będą jeść ryby- kupiłam książkę o kuchni żydowskiej i postanowiłam sama gotować.

Martin mówił bardzo dobrze po polsku, więc nie mieliśmy kłopotów z porozumiewaniem się. Gdy przyjechali, urządziłam przyjęcie w moim domu, zaprosiłam na nie państwa Ginsbergów i swoją rodzinę. Potrawy w moim wykonaniu bardzo im smakowały. Śmieli się, że tak dobrego karpia po żydowsku i kotletów rybnych jeszcze nie jedli. Podziękowania przesłali w liście.

Martin pierwszy raz przyjechał z żoną Manią. Po kilku dniach pobytu pojechali do Belgii, gdzie mieszkali jej przybrani rodzice, bo prawdziwi zostali zamordowani w Oświęcimiu.

W czasie pierwszego pobytu byliśmy z nimi w Warszawie: w Łazienkach Królewskich, w synagodze im. Zelmana i Rywki małżonków Nożyków na ulicy Twardej 6. Uczestniczyliśmy w uroczystościach religijnych. Pierwszy raz widziałam na oczy Torę i modlących się Żydów. Nie każdy mógł uczestniczyć w tych uroczystościach, Martin uzyskał dla nas pozwolenia. Potem zaproszono nas na poczęstunek do budynku parterowego, który mieścił się za synagogą.

Z atrakcji, które nas spotkały, zapamiętałam zaproszenie na obiad do restauracji koszernej. Jedzenie było przepyszne i tam dowiedziałam się, że rzeźnik na ubój mięsa koszernego przylatuje aż z USA.

Za drugim razem Martin przyjechał do Pułtuska z piękną córką Nancy, mieszkali w Domu Polonii i byli zaskoczeni, że taki piękny hotel jest w Pułtusku.

Za trzecim razem przyjechał z żoną Manią. Pojechaliśmy z nimi do Krakowa, Oświęcimia, Stanowej Woli i Mielca. Podróżowaliśmy naszym polonezem, a kierowcą był mój mąż. Cały czas gdzieś jechaliśmy. Nie zapomnę jak Martin wołał „O, Srock” mając na myśli Serock, w którym mieszkało przed wojną wielu Żydów. Takimi miastami były także: Maków, Wyszków, Płońsk, Ciechanów, Ostrołęka i wiele innych.

Martin na moje pytanie, czy wróciłby do Pułtuska, powiedział: „Nie, w Ameryce jest mój dom, praca no i rodzina”. Po powrocie napisał, że jest ciężko chory i jak wyzdrowieje, to zaprosi ojca do Ameryki. Kiedy poczuł się lepiej, zaprosił. Zaczęłam przygotowywać tatę do wielkiej podróży za wielką wodę. Starania o paszport w Ciechanowie, wizę, zakup dolarów na podróż, skromnie prezenty w Cepelii. Podróż opłacił w obie strony Martin Ginsberg. Do USA ojciec wyjechał w 1985 roku – był stan wojenny. Na lotnisku pełno ludzi i wojska z bronią. Ogrodzenie, w którym ludzie powydłubywali dziurki, przez które oglądali odlatujących. Trauma, jak on sobie da radę w obcym kraju, nie znając języka, kto go odbierze na lotnisku, czy się nie zgubi. „Wszystko w porządku, Jadwiga” – zadzwonił Martin – „Jest ok”. Tata zamieszkał w jego domu i został zaproszony do jego stołu. Przyjaciel dał mu legalną pracę i powiedział: „Jerzy, możesz tutaj być, dokąd chcesz”. Wytrzymał tylko 2 miesiące, bardzo tęsknił za krajem i Solidarnością, za którą poszedłby w ogień. Wrócił 1986 roku w wielki mróz. Całkiem inny, odmłodzony, jakiś amerykański – w nowych pięknych strojach zakupionych przez przyjaciela.

W niedługim czasie zachorował na zawał serca. Długo trwała rekonwalescencja, ale na szczęście wyzdrowiał. Korespondencja nadal trwała, niestety w 1994 roku mój tata zmarł. Zawiadomiłam Martina o jego śmierci. Bardzo był zmartwiony i wyraził wielkie współczucie. Mówił, że jego ciężka choroba też powróciła. Mieszkanie po ojcu oddaliśmy do Urzędu Miasta. Chodziłam długo oglądać skrzynkę na listy, ale była pusta.

Z artykułów pani Grażyny Dzierżanowskiej z „Tygodnika Pułtuskiego” dowiedziałam się, że działa w naszym mieście „Pułtuskie Stowarzyszenie Dialogu Most”, które prowadzi pani Aneta Szymańska. Spotkałyśmy się i opowiedziałam jej swoją historię. Chciałam się od niej dowiedzieć, czy może ktoś o nazwisku Ginsberg odwiedza Pułtusk, bo chciałabym nawiązać z nim kontakt. Moje poszukiwania jak dotąd nie przyniosły rezultatu. Wiem, że niektórzy Żydzi wracają do swoich korzeni, do miejsc, gdzie żyli ich przodkowie. Przyjeżdżają do Pułtuska, piszą swoje wspomnienia.

Może kiedyś doczekam się, że ktoś z rodziny Ginsbergów zapuka do moich drzwi, a ja zaproszę go do mojego domu.

Jadwiga Kaźmierczak

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *