pultuszczak

Facebook


PUŁTUSK WIDZĘ. ZRÓB SOBIE KORALE ALBO CO TAM CHCESZ

2019-11-29 12:42:37

Popatrzyliście kiedyś na swoją biżuterię w … niebiżuteryjny sposób? Pytacie jak?

Ano tak, żeby dany przedmiot przemówił do was opowieścią, obrazem – wspomnieniem. I nie mówcie, że nie pamiętacie. Ja pamiętam: bransoletę (tę z bursztynem w formie kwiatu ze  srebrną roślinnością), która do dzisiaj rwie oczy; kolczyki, które wciąż zapierają mój estetyczny dech (prezent z Włoch za użeranie się z szalonymi kotkami) czy wisior w formie miodnej róży, z bursztynu, w połączeniu z zielenią liści z półszlachetnych kamieni;  te prawdziwe  korale z perłami, które gdyby się dało, koleżanki ściągnęłyby mi z szyi…

Dziwne – nie pamiętam, co miałam kupić w osiedlowym sklepiku, w OLI, ale cenę, miejsce zakupu i kształt ulubionej biżuterii pamiętam wyrwana ze snu.

Przed laty, kiedy w kraju było goło i wesoło, biżuterię kupowałyśmy w pułtuskiej CEPELII, w sklepiku PLATERÓW w Rynku, podczas naszych rodzimych DNI PUŁTUSKA czy PIKNIKU ARCHEOLOGICZNEGO… Też podczas wakacyjnych wyjazdów w góry (np. parzenice) i nad morze (bursztyny). Kiedy zaś ruszałyśmy za granicę, tę bliską, do Czechosłowacji, to rzucałyśmy się na jablonex, a potem to już hulaj dusza – Włochy z dyskretnym złotem w towarzystwie pereł i korali, to już Anglia z targami starych przedmiotów i starymi ozdobami, ale też jarmarki staroci w Kiermusach, na przykład, skąd przywiozłam biżuterię patriotyczną – kameę z gipsu w kolorze biało-czarnym i srebrnego orła w koronie, zawieszkę…

Ale… Nie byłabym sobą, gdybym nie dołożyła ręki do swojej własnej biżuterii, do tych gotowców, najczęściej korali i kolczyków, zawieszek, które kupuję też na pułtuskich jarmarkach i na stoiskach ze starymi przedmiotami na Rynku. Bo oto widzę, tuż przy ratuszu, nieregularne korale, korale robione na…korale… Kupuję je, sama jeszcze nie wiem, dlaczego. Wiem za to, że nosić ich nie będę, bo są bez wyrazu, znaczy nic nie wyrażają. Biorę nożyczki, ciach, i koraliki już  leżą w koszyczku. Łączę je z hodowlanymi perłami z bransoletki kupionej w ciuszkach przy schodkach na Widok. Perły też nieregularne, wielkie jak duża fasola. Z zasobów wyciągam, też kupione w moim ulubionych sklepach  z drugiej ręki (Daszyńskiego, Traugutta), bransoletkę ułożoną ze srebrnych, niecienkich kółek z motywami roślinnymi. Przeplatam nimi korale i perły. Ale wciąż mi mało – dodaję dużą, w jajowatym kształcie zawieszkę z mielonego korala, otoczonego srebrem. Wyraźnie się odróżnia od reszty materiału… Wciągam na szyję przez głowę, mogę ją okręcić dwa razy!

Albo… Taki słoneczny dzień, wakacje. Gdańsk. Odbieram telefon od Agatki Kołakowskiej, wesoła rozmowa… Na Jarmarku Dominikańskim też wesoło i gwarnie. Kupuję ręcznie wytwarzane kule rożnego kształtu z ceramiki, przekłute. W różnym kolorze. Połączę je z kamieniami półszlachetnymi z naszyjnika nabytego w ciuszkach przy Traugutta. Kolorystycznie grają. Dodaję kulki, też ciuchowe – jakoby grawerowane… egzotyczne nasiona. I jeszcze kwiat z kaboszonów wykonanych przez K metodą witrażową. Nanizuję  na rzemyk, oddzielając supełkiem kamień od kamienia. Zamiast zapięcia dodaję szylkretową, małą… klamerkę. Całość układam na szyi  podwójnym sznurem.

Mam to szczęście, że BIŻU robi dla mnie K i Ata. Ale Ata, taka wypracowująca piękne szczegóły biżuteryjne, mówi: „Mamo, ja bym nigdy nie wpadła na takie połączenia! Jak ci się to wszystko trzyma estetycznie! Zrobisz mi coś takiego?”. No i dodam: taki mamy w ogóle trend biżuteryjny – misz masz (patrzcie Magda Gessler).

Ta biżuteria… Czasem macie chęć, by rzucała się w (cudze) oczy, żeby rwała wzrok, a czasami chcecie być z nią w absolutnej… spokojności. Jako ten piękny kamień, surowy, leżący na polnej drodze wśród traw i rumianków, niby widziany, ale nie do końca… Te kamienie… Zbieraliśmy je w Parku Słowińskim, na nabrzeżu morskim, nad wydmami. Jeździliśmy tam na obozy sportowe, tenisowe z K i z kolonistami Sławka Krysiaka, pułtuszczanami. To piękne kamienie, płaszczaki, z kolorowymi żyłkami. Gdy nie mogliśmy jechać do PARKU, przywoziła nam te płaszczaki Grażka Paczuska. Z tych skarbów K robił zawieszki – kwiaty. Cudne, ze środkami z bursztynu – bardzo pasowały te środki  – kamień osiadał przy kamieniu. Zawieszkę wieszałam na rzemyku pełnym supełków i supłów albo krańcowo inaczej, na czarnej aksamitce, dla zróżnicowania materii, nawet estetycznej kontrowersji.

Ta biżuteria… W sklepiku ze srebrem przy 3 Maja, pod górką, poprosiłam o wykonanie długiego łańcucha, o dużych okach, zapinanego na haczyk. Pan pięknie wykonał pracę, a ja łańcuch nosiłam na krótko, wtedy część łańcucha dyndała mi na plecach („Rozpiął się pani łańcuszek” – słyszałam. „Oj, dziękuję” – mówiłam z uśmiechem), albo otaczał szyję kilka razy. I co ja z nim zrobiłam? Ano doczepiłam (ręce Aty) piękne kolczyki z soplami bursztynu oprawionymi w ozdobne srebro (wyrób córki), serce z bursztynu od niepełnosprawnego  wytwórcy bursztynowej biżuterii Grzesia, z którym się zaprzyjaźniliśmy, z przecudnej urody różą z bursztynu, zakupioną u rzemieślnika w Chałupach.

Powiecie: A co z tego wszystkiego wynika? Ano to wynika, że mam swoją własną biżuterię i że biorąc ją w ręce, zaraz przenoszę się w różne miejsca, przywodzę na myśl fajnych ludzi, czuję lipcowy i  sierpniowy skwar, nadmorską bryzę, nawet smak ryby w Kątach Rybackich… A gdy ciemne chmury przewalają się nad Pułtuskiem, to nawet lęk czający się w… obozie koncentracyjnym w Stutthofie. Bo tam, niedaleko, nad morzem, też zbierałam bursztyny…

GRAża

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *