pultuszczak

Facebook


PUŁTUSK WIDZĘ KTO MI SZYŁ, KTO MI DZIERGAŁ

2019-08-21 7:34:46

Naszej Ani Płochockiej, która lubi czytać moje felietony,
Ani świetnie ubranej…


Pułtuszczanka Małgosia Dąbrowska – tak, ta od pięknego, przydomowego ogrodu – spojrzawszy na moje zdjęcie przy śluzie na kanałku (białe podkolanówki z ozdobnym szlaczkiem, przepaska na włosach udziergana przeze mnie z angory, peleryna w kratę w zgaszonych kolorach czerwieni i szarości, uszyta przez mojego kochanego stryja Antka, pantofle na słupku, nosek zaokrąglony, z dekoracyjnymi, kolorowymi paseczkami na przedzie) zrobione przez, najprawdopodobniej, K przed kilkudziesięciu laty, powiedziała: „Myślałam, że to moja siostra. Wyglądała identycznie”
Zawsze dążyłam do tego, żeby wyglądać NIEIDENTYCZNIE, ale moda to moda i jeśli się jakoś jej tam hołdowało, to się przecież wyglądało podobnie.
O jakich czasach mówimy? Ano o latach sześćdziesiątych. Jakże my, dziewczyny tamtych lat, je pamiętamy!
Ja? Ja pamiętam wszystkie moje sukienki, spodniumy, garsonki, garnitury, płaszcze, buty, torebki… No, torebek miałam niedużo, dwie – na długim pasku, nieduże: czarną i białą. I skórkową, bułgarską torebką na kształt torebki na tytoń, KOPCIUCH ze skórkowym, okrągłym denkiem lekko wystającym ku górze (tu naokoło znajdowały się korale). Torebka była nieduża, ściągana rzemykami u góry – rzemyki stanowiły też trzymadełko. Dostałam ją od K i mam ją do dzisiaj, mimo wielu porządkowych tsunami. Kupił ją w warszawskiej Nataszy lub w Chince (na zdjęciu). Acha, miałam jeszcze koszyczek z wikliny, zamykany przykrywką, przywieziony z Cieplic. To prezent od mojego wuja Jana, właściwie od cioci Jadzi, którą niedawno, wraz z jej koleżankami, wypatrzyłam na pięknym zdjęciu na Pułtusk i jego mieszkańcy na starych fotografiach. Chciałabym go mieć dzisiaj, a wykonały go ręce jakiegoś uzdolnionego manualnie więźnia osadzonego w Kamiennej Górze. Ubrania, stroje, czy jak je tam zwał… Te szyłyśmy u zaprzyjaźnionych krawcowych albo zamawiałyśmy u pań, które miały utalentowane ręce i robiły na drutach lub szydełku. Pamiętacie TAMTE dziewczyny? Ja miałam DOBRZE. Szyła mi i to bez żadnego zniecierpliwienia moja Mamusia, wyuczona krawcowa, chociaż za szyciem nie przepadała i dawała temu wyraz śpiewając, przy robocie, smutne piosenki. Szyła mi przemiła pani Stefania Lusowa z Warszawskiej, mama Grażynki, Marylki i Zdzisia, a na drutach dziergała mi, co zamarzyłam, pani Maria Gaszczyńska, też z Warszawskiej (zarazem ekspedientka w sklepie warzywniczo – spożywczym przy alei Wojska Polskiego). Chciałam długi sweter – wykonany na drutach – z szerokim golfem – proszę, zamarzyłam o sukience w poprzeczne pasy, kiszkowatej – bardzo proszę… Chciałam długi blezer w warkocze, proszę! Bo szale, berety, czapki, obszerne swetry z kimonowymi rękawami, letnie garsonki wzorem siatkowym oraz spódnice robiłam sama – na szydełku. Z jedną kreacją zaszalałam tak, że (o tym już pisałam) o mało nie spowodowałam katastrofy w ruchu lądowym. Ubrana w spódnicę i top – wszystko wykonane ściegiem siatkowym, z tzw. zerówki – ruszyłam gorącym przedpołudniem na rynkowy targ. Na nogach miałam białe rzymianki. Byłam wiotka i z burzą długich kręconych włosów… A było to na wysokości ówczesnego szpitala… Chłop mało nie spadł z wozu…
Wełny, zerówki, anilany kupowało się w sklepie sportowym w Rynku, ale też w budce na Daszyńskiego, była taka. Prowadziła ją mamka dwu córek, które też były uczennicami CZWÓRKI. Pamiętam, że miały piękne, kręcone włosy.
Materiały, dziś wydaje mi się, że wcale ładne jak na tamte siermiężne czasy, bo i jedwabie milanowskie i kaszmiry, etaminki i kretoniki, szyfony, muśliny kupowałam w sklepie na Daszyńskiego, dopiero później w PEWEKSIE. No tam to już można było poszaleć, chociaż ja wciąż mam w pamięci te materiały ze ZWYCZAJNYCH sklepów.
Mam w oczach sztruks na garsonkę… Na granatowym tle wiązanki niezapominajek!!! Czuję jego dotyk, łagodno-szorstki. Mam w oczach sukienkę bez rękawów z jedwabiu w kolorze starego złota w brązową deseń, jakby listki… Od karczka rozszerzana, jak na… ciążę… Dół sukienki unosił wiatr, wyglądał jak połówka dojrzałej pomarańczy…
Mam w oczach princeskę w kwietny wzór, w łączkę. Tuba dobrze przed kolana z górą na szelki, a szelki ze sprzączkami…
Mam w oczach szmaciane, białe pantofelki kupione na Trzeciaku (chyba w sklepie pani Ptakowej), na grzybku – grzybek i czubki ze skórki… Czubki i grzybek pomalowałam na czarno, na przód dodałam czarną kokardkę z aksamitki… Nosiłam te butki do sztruksowej garsoneczki w kolorze ciemnego brązu – krótka spódniczka z krótką marynarką, a w uszach miałam… rumianki z Różyca. Klipsy z żółtym środkiem, obsadzonym białymi, materiałowymi płatkami… Zawsze je zestawiam z nowymi kolczykami/klipsami. Ostatnio córka przywiozła mi japońskie perły z zagranicznej podróży… I co? Rzut oka na te piękności i zaraz obraz… rumianków.
Bo od tego, co przeżyliśmy, z czym się zżyliśmy, nie ma odpoczynku, nie ma ucieczki.
Zresztą po co? Tak, Aniu?

GRAża

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *