pultuszczak

Facebook


PUŁTUSK WIDZĘ. I CO ZOSTAŁO Z TYCH LAT?

2019-08-14 12:11:06

Tadeuszowi K., temu z Kościuszki, miłemu koledze przez szosę*
Z lat przebrzmiałej młodości? Prócz zmarszczek i efektów przyciągania ziemskiego? Wspomnienia i miejsca, ale te mocno zmienione, już niestety, nie nasze

Bo weźmy taki pomnik przy Daszyńskiego. Był inny. Niektórzy się z niego śmiali, zohydzali jego kamienną estetykę. Co ja na to? Był MÓJ, był NASZ, młodych ludzi z tamtych lat. I nie zastanawialiśmy się, jaki jest. Umawialiśmy się pod nim z chłopakami i z dziewczynami. Tam często czekał na mnie K. Jak ja gnałam na te spotkania, często z Lucynką Przewoźną o włosach jasnych jak len, bo z K czekał też Staś Godlewski z Nasielskiej – Suseł. Obaj ledwie co wyszli z autobusu – obaj byli studentami – Staś POLIBUDY, K AWF-u. A ja? Pamiętam – w spodniach z jedwabiu milanowskiego, lekki róż, w kwiaty, i w GÓRZE z klapami i bez rękawów. Och, jeszcze mam ten strój przed oczami.
A chłopaki? Ci wyłaniali się z dworca, którego wnętrze zatarła moja pamięć. Żadnego obrazu. Chociaż budynek był chyba drewniany i chyba pomalowany na mocną zieleń. Czy mi się śniło? Na pewno nie śniło mi się autobusowe WC. Po cementowej, cuchnącej podłodze chodziły białe robaki, a smród moczu i kału niósł się i z dziur przybytku i z podłogi właśnie.
Pamiętam bufet, gdzie rządziła moja ciocia Zosia, która dobre relacje miała ze wszystkimi niebieskimi ptakami. Ćwierkali do niej: „Pani Zosiu, granata proszę i bułkę”. Bułka to bułka, a granat to mielony, mocno spalony, w ciężkiej obsypce i twardy jak kamień z szosy kościuszkowskiej. Nieraz i mnie ciocia dawała tego granata i mimo, że byłam niejadkiem i porywał mnie wiatr, jadłam go ze smakiem. Pewnie dlatego lubię wszelkie bary.
Tego obrazu już nie ma.
I teraz mamy drugi obraz. Wesoły, pachnący Narwią i… piwem, bo oto idziemy do PETEKU. Siadamy na balkonie otoczonym drewnianą balustradą, brązową. Śmiejemy się, gadamy, sączymy bursztynowy płyn. Wciąż dosiadają się do nas znajomi… Może Krysia Suchodolska, może Czarek Czachorowski – warszawiak – może Andrzejek Bluszko…
Tego obrazu już nie ma.
A jak nam się nie chce iść do PETEKU, to idziemy do ŚWATOWIDU. ŚWIATOWID jest kultowy, znają go nie tylko pułtuszczanie. W lokalu jest oczywiście wyrzeźbiony w ciemnym drewnie ŚWIATOWID. Można się za nim skryć, ale też usiąść przed nim czy z jego boków. Co się tam jadło? Ano przede wszystkim paschę. Oj, niejeden i niejedna mają jej smak na języku. Biała, no może trochę kremowa, twarogowa, z koralami rodzynek i pomarańczową skórką.
Tego obrazu już nie ma.
Nie ma też klimatycznej kawiarenki w łączniku między wieżą ratuszową a ratuszem. Niewielka była, ale miała urok. Kiedy chodziłam do dyrektorki Muzeum Regionalnego Ani Henrykowskiej pogadać o MUZEUM, czułam się jak w tej… kawiarence, która – w półmroku – powraca do mnie w snach. I widzę siebie pijącą smolistą, fusiastą kawę. I widzę siebie jedzącą ciasteczko, może to sernik?
No, a jak przyszły wakacje, to leżeliśmy plackiem na dzikich plażach. Dzikich, bo, jeśli to była plaża z prawej strony przed mostem wyszkowskim, to wśród krów i koni, w bliskiej odległości od krowich placków. Powiecie, brudno było. Otóż nie. Ekologicznie. Woda pod mostem była tak czysta, że rezydowały w niej raki – pod kamieniami. Wieczorem Narew to była wielka balia, w której pułtuszczanie pławili się i myli całymi rodzinami.
Tamże leżeliśmy w towarzystwie Ulki Kazimierkowskiej, Mirka Antonowicza, Stacha wcześniej wymienionego, Lucynki, Marylki Oryszewskiej. Obok Lilki Ciechanowskiej i Mariana Czarneckiego. Bo kto tam nie przychodził? Wszyscy przychodzili!
Druga plaża, też dzikawa, porośnięta krzewami wikliny, rozciągała się (chyba) mniej więcej jak obecna, ta ładna. Tam zażywali słonecznych i wodnych kąpieli ci z RYNKU, z góry miasta. Bo na naszej, koło mostu, bywali ci z Warszawskiej, Nasielskiej, Daszyńskiego, z Mickiewicza, chociaż, wiadomo, nie tylko. Rzadko bywałam na tej drugiej, odległej od mojego domu, plaży. Pamiętam na niej naszą profesorkę od wychowania fizycznego, ze SKARGI, kochana panią Stefanię Symonowiczową. Siedziała pod krzaczkiem wikliny. Podeszłam do niej, żeby się przywitać – byłam już SKOŃCZONĄ wychowanką LO. Gadamy, gadamy, a pani profesor do mnie: „Grażyna, ty już się nie garbisz!” i wymownie zerka w stronę K, studenta Akademii Wykańczania (tak mówił K) Fizycznego.
Tego obrazków też już nie ma.
*Ha, nie mówiliśmy JEZDNIA, mówiliśmy SZOSA (a była wówczas brukowana, więc głośna jak dzwon Zygmunta)
GRAża

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *