pultuszczak

Facebook


PUŁTUSK WIDZĘ. Dyskretny urok second-handu

2019-02-28 11:31:23

Poniższy felieton nigdy nie ujrzał światła dziennego, znaczy nie zagościł w TYGODNIKU, chociaż powstał na moje zamówienie – przed laty

Jego autorką była licealistka SKARGI. Bardzo zdolna dziewczyna, oryginalna, z burzą kręconych ciemnych włosów. Niestety, nie zapamiętałam jej imienia. To ja namówiłam ją do pisania do „TP”. Pisała ciekawie, z nerwem, felietony. Potem wyjechała z Pułtuska, na studia. Pułtuszczanką nie była i do miasta nad Narwią już nie wróciła. Ot, przelotny ptak. Barwny.
Oto jej felieton. Wciąż aktualny.
„Właśnie przeczytałam artykuł o dwóch kobietach, warszawiankach, które jeżdżą po tzw. ciuchciach usytuowanych w podwarszawskich miastach (Piaseczno, Sulejówek, Pułtusk), wynajdują różne ciekawe rzeczy i sprzedają po kilkakrotnie wyższej cenie w sklepie internetowym. Pomysł na biznes przecudowny. Wynajdują naprawdę piękne rzeczy, których nie dość, że nie znajdzie się w `normalnych` sklepach to jeszcze po zawyżonej cenie i tak są tańsze niż te z markowych butików. Babki mają głowę. Jak widać stałym punktem ich podróży są second-handy w Pułtusku. Czyli musi coś w nich być. Zdecydowanie popieram ideę ciuchów z drugiej ręki. O ile są w dobrym stanie, to przysięgam, że nigdzie nie znajdzie się bardziej stylowych, fantazyjnych, oryginalnych i diabli wiedzą co jeszcze, ubrań. Do tego zapłacimy za nie dosłownie grosze.
Dla niektórych przekładanie stosów ubrań w koszach stało się pewnego rodzaju sportem. Wpadają do sklepu, szybko omiatają wzrokiem zaistniałą sytuację i tempem torpedy dopadają do kosza. Rodzą się z tego przedziwne sytuacje typu ciągnięcie dwóch pań za dwa rękawy tej samej bluzki i oczywiście problem, która była pierwsza i czyje to właściwie jest. Co, muszę przyznać, ma też swój kretyński urok. Normalne sklepy serwują nam takie same modele wszystkiego, dyktowane przez aktualną modę, która jak wiadomo wyrocznią nie jest i czasem wręcz zakrawa o bezguście. W ciuchciach znajdziemy (jak ktoś lubi oczywiście) mnóstwo ubrań w stylu vintage, boho, flower power i inne takie dziwactwa. Przy czym cena powoduje absolutny brak żalu w przypadku nieudanej przeróbki, zalania farbą „bo miało być ładniej z czerwonymi łatkami” i innych przypadkowych tragedii.
Bądźmy oryginalni, nie wszyscy musimy nosić jeansowe minispódniczki, białe kozaczki i różowe tipsy (swoją drogą ciekawe od kogo za to dostanę w łeb). A przede wszystkim nie róbmy z siebie idiotów i idąc na fali snobizmu, nie mówmy z poważną miną „ja nie chodzę po ciuchciach!” , podczas gdy dopiero co wyszłyśmy ze sklepu usytuowanego na schodkach w kierunku Skarpy. Nie wiem, czy to będzie przemycanie reklamy, ale fajne miejsce to jest. Ciuchciowi entuzjaści wszystkich krajów, łączmy się!”.
Dużo wody w Narwi przetoczyło się od chwili, kiedy powstał ów tekst. I co? Ano to samo. Sklepów z drugiej ręki jest u nas tyle, że nie liczę ich (w pamięci), bo się pogubię. Jasne, jedne powstają, drugie się zwijają, jeszcze inne wciąż trwają.
Szczęście ma ta poszukiwaczka wszelkich SKARBÓW w second – handach, która umie się zorganizować i nie biegać po wszystkich punktach. Ja, na przykład trzymam się w ryzach, i odwiedzam tylko 3, słownie trzy: dwa przy schodkach z Daszyńskiego na Widok i przy Traugutta, sygnowane logo K&M. Zaprzyjaźniłam się z nimi. Bo zakupy to jedno, a zaprzyjaźnienie to drugie – te pogaduszki z paniami: Moniką, Ilonką, Iwonką, Joasią, Edytką, te opowieści, co kto „znalazł”, te żarty… „Moje” sklepy to też moje skrzynki kontaktowe. Wystarczy powiedzieć: „Pani Moniko, gdyby przyszła pani Wanda, to proszę jej powiedzieć, że…”. I sprawa załatwiona! Taki małomiasteczkowy urok.
No i można się ZRESETOWAĆ. Tak się słyszy: „Przyszłam się zresetować”. RESETOWANIE może zwiększyć WYKOPALISKO, czyli znalezienie SKARBU. I jeszcze za grosik. Wtedy jest… spełnienie.
A że przy okazji uzależnienie? Niestety, wszyscy, którzy chodzimy na ciuszki, jesteśmy w jakimś tam stopniu uzależnieni od przeglądania i przerzucania. W dodatku pamiętamy, gdzie co kupiliśmy i za ile, pamiętamy też, czego sobie pożałowałyśmy i żałujemy tego czegoś do dzisiaj. I chociaż wciąż sobie szepczemy, że DZISIEJSZE ciuchy to już nie to, co przed laty, kiedy to znajdowałyśmy PEREŁKI, to wciąż zaglądamy do naszych sklepów. A ludzi tam tyle, że życzyć każdemu z pułtuskich NORMALNYCH sklepów.
PS Na zdjęciu: RESETUJĘ SIĘ – przymrużcie oczy!
GRAża

Komentarze

1 komentarz

  1. reanatasz odpowiedz

    Ja uzależniona nie jestem, tylko miewam taki przymus, żeby pozwiedzać nasze secon-handy przynajmniej raz na miesiąc :-). Uwielbiam i „grzebanko” i wieszaczki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *