pultuszczak

Facebook


PRZYZWYCZAJONY JESTEM DO SZYBKICH DECYZJI

2018-09-17 2:25:24

Z kandydatem na burmistrza, Henrykiem Krzysztofem Krasuckim, rozmawia Grażyna Maria Dzierżanowska
Poniższa rozmowa ma na celu przybliżenie sylwetki byłego komendanta PSP mieszkańcom naszej gminy, wskazanie na jego poglądy, osobowość, nawet hobby

Panie komendancie, larum grają …
Jeżeli w straży pożarnej, to już nie dla mnie. Od ponad dwóch miesięcy jestem emerytem. Skłamałbym mówiąc, że nie słucham sygnałów wozów straży pożarnej jadących do pożaru i nie zastanawiam się, gdzie jest nieszczęście. To poczucie potrzeby pomagania pozostaje w człowieku na zawsze. Ale jestem spokojny. To co pozostawiłem w straży, pozwala na spokój. Koledzy poradzą sobie w każdej sytuacji i nie pozostawią nikogo bez pomocy. A jeżeli to larum w urzędzie miasta, to idę tam, aby też „gasić”.
Tak, miałam na myśli larum dla miasta! Pana pierwsze zetkniecie z naszym miastem… Jaki to obraz?
Pierwsze zetknięcie z miastem to rok 1986. Za co je polubiłem? Nie mówię tutaj o ładnych dziewczynach, a szczególnie o jednej, przez którą wszystko się zaczęło. Jak wszystkich przyjezdnych, najbardziej zadziwił mnie „most bujany” – ta miejscowa atrakcja – wiszący nad urokliwą rzeką. Następnym elementem były różnice wysokości. To upodabniało Pułtusk do Lublina, w którym spędziłem poprzednie sześć lat swojego życia i które jest mi bliskie do dnia dzisiejszego. To też ten sentyment do pagórków sprawił, że polubiłem Pułtusk. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że spędzę w tym mieście nieprzerwanie 30 lat. Kiedy zapadła decyzja o pozostaniu w Pułtusku na stałe, oprócz plusów zobaczyłem minusy – zaniedbane chodniki, duży ruch samochodowy utrudniający życie mieszkańcom, upadający przemysł i ciągłe, niezrealizowane dążenie do miana miasta turystycznego. A jakim minusem był stan budynku straży pożarnej na ulicy Staszica! Tego nie da się opisać.
Jak Pan dzisiaj widzi Pułtusk? Coś w nim Pana zachwyca? A co denerwuje?
Zachwycają, myślę, jak każdego mieszkańca i przyjezdnego, piękne zabytki. Szczególnie kolegiata pułtuska. Niestety, straciliśmy atut Domu Polonii. To niszczejący zabytek. Przeznaczenie go obecnie, praktycznie na wielorodzinny dom mieszkalny dla repatriantów, pozbawiło Dom Polonii atutu cichego, zamkniętego miejsca dla wymagających gości. Zachwyca dzika Narew, a denerwuje, że nie możemy jako miasto wyciągnąć z tego położenia nad piękną rzeką żadnych korzyści. Zachwycają też wspaniali ludzie, z którymi pracowałem. Ludzie, z którymi spotykam się na co dzień. Oczywiście są też tacy, którzy mnie denerwują. To szczególna grupa osób, które widzą w mieście nie jego potencjale tylko swój interes osobisty. Denerwuje również to, co zawarłem w odpowiedzi na poprzednie pytanie. Generalnie niewiele się zmienia na lepsze. Ostatnia ekipa rządząca (i proszę nie brać pod uwagę, że była w niej moja żona) przynajmniej ukwieciła miasto, zrobiła kilka ulic i rozpoczęła serię projektów z udziałem środków unijnych. Trzeba je tylko realizować.
Czy obecny, nie najlepszy stan naszego miasta miał wpływ na podjęcie decyzji o kandydowaniu na burmistrza?
Cieszę się, że i Pani redaktor widzi ten negatywny stan miasta. Oczywiście, że tak. I nie mówię tutaj o stanie wizualnym miasta. To może zmienić praktycznie każdy burmistrz niewielkim kosztem, o ile tylko będzie chciał. Mnie bardziej interesuje głębsza warstwa. To, o czym się mówi nieoficjalnie. O zależnościach, układach, powiązaniach rodzinnych, kto kogo i dlaczego.
Z kim Pan konsultował tę decyzję o kandydowaniu? Kto Pana wspiera w tym postanowieniu?
To jest moja samodzielna decyzja, a była konsekwencją prośby osoby, która poprosiła mnie o przejście na emeryturę. To również konsekwencja tego, co zadziało się na początku roku w naszym mieście i w mojej rodzinie. Nie godzę się na takie działania. Wspiera mnie oczywiście żona Róża, która uświadamia mi, jak trudnego podejmuję się zadania. Ale ja trudne zadania szczególnie lubię.
Jakoś to mnie nie dziwi i nie zaskakuje. A długo Pan rozważał myśl o kandydowaniu na fotel burmistrzowski?
Krótko. Przyzwyczajony jestem, przez długie przebywanie w służbie, do szybkich decyzji. Tam nie było czasu na debaty, narady, konsultacje.
Czy doświadczenie na stanowisku komendanta Państwowej Straży Pożarnej może być przydatne w pracy burmistrza? W jakim stopniu?
Wydaje mi się, że tak. W urzędzie potrzebne są szybkie, niezależne decyzje. Jako Komendant Powiatowy Państwowej Straży Pożarnej wydawałem, jako organ administracji rządowej specjalnej, jednoosobowo decyzje administracyjne. Jako dowódca akcji wydawałem polecenia wykonania określonych zadań dla podległych strażaków. W pracy urzędu miejskiego to na pewno się przyda. Oczywiście we współpracy z Radą Gminy te cechy będą przeszkadzać. Mam tego świadomość. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem konkretny, ale i elastyczny. Potrafię rozważyć propozycje i wybrać te najlepsze dla dobra ogółu. Praca w urzędzie to jedno, a praca wspólnie z radą to drugie. Potrafię się dostosować dla rozwiązania problemu.
Państwo Krasuccy są, przepraszam za takie kulinarne porównanie, jak groszek z marchewką…
O ile znam się na gotowaniu i jedzeniu to komplement. Dziękuję. To połączenie lubię. Ale chociaż groszek i marchewka współgrają, to są inne. Podobnie jest i u nas. Mars i Wenus to jednak inne planety. My się uzupełniamy. Gdybym został burmistrzem, to też chciałbym mieć zastępcę kobietę. Kobieta widzi świat inaczej, a takie uzupełnienie jest też potrzebne do pełnego oglądu sytuacji.
Jak liczna jest strażacka brać w mieście i gminie? Pan absolutnie liczy na ich głosy? Jest między wami strażakami taka silna więź?
Strażaków zawodowych w PSP, mieszkających na terenie gminy, jest około dwudziestu. Strażaków z Ochotniczych Straży Pożarnych jest około 220. Więź między strażakami jest pełna i wyjątkowa w czasie akcji ratowniczo – gaśniczych. Wtedy nikt nie pyta, tylko wykonuje, najlepiej jak potrafi, to co trzeba zrobić. Chciałbym liczyć na wszystkie głosy strażaków, ale będąc realistą wiem, że część zagłosuje na swoje polityczne sympatie. Nie wiem, ilu z nich ma takie sympatie i ilu z nichprzedłoży lojalność do partii nad poparciem niezależnego kandydata oficera. Jeżeli chcą mieć w urzędzie człowieka, który zna ich potrzeby, to na mnie zagłosują.
Weźmy pod lupę „społeczeństwo” pszczół – pszczoły, pszczelarstwo to Pana hobby… Nasze społeczeństwo jest w jakiś sposób podobne do tego pszczelego?
Pszczelarstwo, tak to moje hobby. Hodowlą pszczół zajmuję się już 40 lat. To wciąga. Jak ktoś zacznie, to na pewno dopóki mu sił staczy, nie przestanie. Naukowcy badają zachowanie społeczeństw ludzkich na przykładzie społeczeństwa pszczelego. I wyniki są zaskakująco zbieżne. Oprócz jednej cechy. Każda pszczoła jest altruistką, a u ludzi tylko nieliczni. Każda pszczoła potrafi poświęcić swoje życie dla dobra społeczności, w której żyje. Pracuje dla tej społeczności, ile tylko jej sił starczy, a na koniec ostatkiem sił wylatuje z ula, aby umrzeć poza nim i nie narażać współtowarzyszek na dodatkową pracę przy jej wynoszeniu z ula. I za to wszystko chce tylko odrobiny ciepła i kontaktu z innymi pszczołami. Chciałbym żyć w takim pięknym społeczeństwie.
Rzeczywiście, piękna to, co Pan mówi o „państwie” pszczół… Ale przejdźmy do naszego społeczeństwa. Pan się orientuje, jakie problemy najbardziej dręczą nasze miasto i jego mieszkańców?
Każdy mieszkaniec ma swoje problemy, które według niego powinien rozwiązać burmistrz… Są one bardzo różne. Mnie jako pułtuszczanina denerwuje niezagospodarowanie kanałków, Narwi, wzgórza Abrahama, czy też stanicy wodnej, także stan chodników, dróg, itd. Powtarzającym się w rozmowach, takim prozaicznym, ludzkim problemem, jest brak toalet na większości obszaru miasta. Konieczne jest również uruchomienie monitoringu wizyjnego z całodobowym nadzorem obsługującego system. To działanie dla przyszłego burmistrza, ale nie wszystko da się zrobić natychmiast i w pierwszej kolejności. Po to jest rada miejska, żeby wspólnie ustalić priorytety i je sukcesywnie, w zależności od dostępu do środków finansowych, realizować . Żaden burmistrz nie ma monopolu na jednoosobową i niepodważalną mądrość. Taki jest tylko Bóg.
Najważniejsze wartości w Pana życiu osobistym i w działalności publicznej… One idą ze sobą w parze?
Na pierwszym miejscu postawię uczciwość i lojalność. W życiu te cechy są jak najbardziej wskazane do stosowania. Niestety, doświadczenie, szczególnie ostatnich miesięcy, uczy mnie, że u polityków nie istnieją te cechy. Dlatego, nie chciałbym wchodzić w politykę, tylko jak Pani redaktor ładnie określiła, w działalność publiczną. I uważam, że działalność publiczna może być, a nawet dla czystości działań powinna być, od polityki odłączona. Dla mnie ważną wartością jest też rodzina. Na Lubelszczyźnie pozostała cała moja liczna rodzina. W Pułtusku ta rodzina jest nieliczna – tym bardziej chcę ją doceniać.
Pan lubi stawać w szranki? To stresujące czy mobilizujące?
Nieszczególnie. Jest to dla mnie bardziej stresujące niż mobilizujące. Wolę pokój i pracę od wojny. Wystarczająco już wycierpieliśmy jako naród w tych wojnach, aby dalej walczyć. Na naszym lokalnym podwórku również. Pożądana jest współpraca, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że politycy lubią mącić. Trzeba liczyć na mądrość całego lokalnego społeczeństwa. Politycy to zaledwie kilkanaście osób.
Ktoś mi mówił, że po mieście „chodzą” już hasła wyborcze… To nic nadzwyczajnego w przedwyborczy czas, może Pan zna ich treść?
Jeżeli dotyczy to mojej osoby to tak. Słyszałem je od kilku osób, ale jest troszkę mało eleganckie dla innego kandydata, więc nie przytoczę go.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *