pultuszczak

Facebook


POŻEGNANIE ARTURA

2020-01-08 11:32:11

Artur Miler. Dobry CZŁOWIEK. Szlachetny.

Nie umiem napisać, że umarł… Jedynie, że nagle odszedł na moment… Że nagle zamilkł  na chwilę…

Odbierałam telefon i słyszałam: „Grażynko, i co tam słychać? Co ludzie mówią?”. Odpowiadałam: „Artur, przecież to ty jesteś radnym, jesteś w RATUSZU, ja tylko koło niego”. Ale zawsze jakiś tam polityczny, lokalny temat podejmowaliśmy.

Najwięcej gadaliśmy o życiu w ogóle. Gadaliśmy, jeżdżąc samochodem Artura. Mówił: „Zawiozę cię do ludzi, których bliscy  przechowywali Żydów”. Do Żydów zamieszkujących nasze miasto i powiat miał głęboki sentyment. Albo mówił: „Pojedziemy w miejsce, gdzie stoi krzyż. Opowiem ci historię z nim związaną”.  Albo „Umówiłem się z moją uczennicą, opowie ci o swoim sukcesie w konkursie muzycznym”.

Ileż ON odkrył talentów muzyczno-pieśniarskich, ile uczennic doprowadził do sukcesów festiwalowych…

 Albo mówił:  „Opowiem ci o swojej kolekcji okaryn”. I opowiadał, a muzyczną wiedzę miał ogromną. Albo „Jadę do Myszyńca z zespołem z WSH, pojedziesz z nami?”.

Ileż to razy  umawialiśmy  się – w terenie, u ludzi, którzy nas gościli, w mieszkaniu Artura na Żwirki i Wigury… Ileż wywiadów z nim przeprowadziłam. Nie zliczę. Zawsze je chwalił. Słyszałam: „Dziękuję, pięknie to zrobiłaś, Grażynko”. A mówił niespiesznie, spokojnie, często robił przerwy, zastanawiał się nad słowem. Tak… zawieszał się w mowie,  wzdychał i mówił: „No tak, Grażynko, no tak”. Jego spokój trochę mnie zadziwiał, nieraz drażnił.  Chociaż, jak mi mówiono, gniew nie był mu obcy.

Znaliśmy się od dawna, jeszcze ze szkoły społecznej, w której oboje uczyliśmy. Ale nigdy nie był wścibski, nie pytał o mojego męża, o córkę… Nawet kiedy podwoził mnie do bramy, nie był ciekawy, jak mi się mieszka w nowym domu…

Ale o sobie mi opowiadał. O kobiecie, którą poznał, o jej dobroci i szlachetności, o skromności… To ta pani, która została jego drugą żoną. Poznał ją ze mną. O swoim tacie… 

Umiał walczyć o sprawy swojej wiejskiej społeczności. Zapraszał mnie na sołeckie spotkania. Ileż nerwów zjadł w związku z płocochowskim śmieciowiskiem, ile się nadenerwował w sprawie przystanków autobusowych, rozjeżdżonych spowalniaczy  na jezdni… 

Był bardzo wrażliwy i przez tę wrażliwość jakby trochę zagubiony, nie umiał walczyć o swoje… W ostatnich wyborach samorządowych niemal do ostatniej chwili nie wiedział, czy znajdzie się  na liście kandydatów Pułtuskiego  Forum Samorządowego. To ja spytałam o to szefa FORUM, Łukasza Skarżyńskiego, przypadkiem spotkawszy go przed domem, kiedy wychodziłam z samochodu Artura. „Artur, jesteś!” – zawołałam z uciechą.

Nie pamiętam, żeby źle się o kimś wyrażał. Nieraz narzekał, że nie ma pracy, ale chętnie uczestniczył w kulturalnych spotkaniach – gdzie GO zaproszono, tam przychodził, z instrumentem.

Tuż po wyborach samorządowych, kiedy nie został radnym, pytałam Anetę, czy nie jest załamany psychicznie…

W mojej pamięci pozostanie jako akordeonista  na przyjęciu u Anety, w zamku. Grał bez uśmiechu. Tak właściwie to nie znałam JEGO szerokiego uśmiechu, znałam raczej półuśmiech… Półuśmiech MU wystarczał. 

Może teraz się śmieje, kto to wie…
Wspominała Grażyna M. Dzierżanowska

To ostatnie zdjęcie, jakie zrobiłam Arturowi (w środku) – podczas otwarcia świetlicy w Grabówcu.

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *