pultuszczak

Facebook


POSKŁADAĆ SIEBIE NA NOWO

2021-08-12 12:56:26

Zadając te pytania, błądzę, bo nic o Pani nie wiem! Jedynie to, że Pani w przyjaźni z Moniczką Plisecką, że lalka Hersylia, że ciekawy FB, że, no, ba, książka, Pani, o tym, jak uczyć się języka obcego w domu.

Proszę więc pytać! 🙂 Z chęcią opowiem więcej o swoim zwariowanym, przewróconym do góry nogami życiu. Zacznę jednak tak zwyczajnie… Mam 36 lat, ukończyłam Filologię Germańską na UW, a obecnie od 9 lat, z powodu nietypowej choroby, składam swoje życie na nowo, szukając azylu w mojej malutkiej wsi.

Pani Joanno, Joanna Maria to piękny zestaw imion. Ja jestem ze swojego drugiego imienia bardzo zadowolona, córce, też germanistce – jako drugie – dałam Marianna, po babci. Taki wtręcik pytającej, ale Pani nazwisko?

Zawadzka, i jestem z niego bardzo dumna, gdyż to nazwisko mojej mamy. A Marianna to piękne imię, sama nazwałabym tak moją córkę, gdybym ją miała. 🙂 Tak ma na imię również moja ukochana ciocia.

Możemy powiedzieć naszym czytelnikom, dlaczego nie mogłyśmy się spotkać tete -a’-tete?

Oczywiście, możemy powiedzieć. Obecnie nie jest to już żadna tajemnica choć… kiedyś była. Bardzo wstydziłam się swojej choroby, dlatego ukrywałam ją przed znajomymi i generalnie przed całym światem, jak tylko się dało. Dlaczego? Bo dziwna, nietypowa, bo rzadka i nieznana. A jest to wieloczynnikowa nadwrażliwość chemiczna (w oryginale: Multiple Chemical Sensitivity). Jej specyfika polega na tym, że mój organizm nie toleruje absolutnie żadnych szkodliwych substancji chemicznych, nawet w śladowych ilościach. Perfumy, kosmetyki, środki czystości, farby, kleje, lakiery, zanieczyszczenia…to wszystko wywołuje u mnie szereg bardzo nieprzyjemnych dolegliwości. A w obecnym świecie przecież jest to niemal wszędzie – na ludziach i wokół nich! Czyli to, co musiałam zrobić, to „zamknąć się” w swojej wsi. Znaleźć bezpieczny azyl wolny od szkodliwej chemii. Początki były trudne. Załamałam się. Przez izolację, samotność, fakt, że nie mogę już iść nawet do sklepu czy przychodni oraz przez brak zrozumienia ze strony wielu ludzi, w tym lekarzy, ponieważ w Polsce moje schorzenie w dalszym ciągu jest bardzo słabo znane i mało kto o nim słyszał. Ale się podniosłam i nadal tu jestem, z chorobą, ale dużo silniejsza niż kilka lat temu. 🙂

Serdeczna znajomość Pani z panią Moniką, jej literacka twórczość, może być dla Pani inspirująca?

Jasne! Monikę bardzo lubię i cenię, zarówno jej twórczość, jak i ją samą jako osobę. Śledzę z zaciekawieniem jej facebookową stronę „Monika w książki wnika”. A recenzje pisze świetne! I jako że ja po polsku obecnie czytam mało, ponieważ większość mojego czasu przeznaczonego na czytanie przypada na naukę języków obcych, to bardzo chętnie z tych właśnie recenzji korzystam. Poza tym Monika jest zwyczajnie bardzo dobrą, sympatyczną osobą o szczerym sercu. I nietuzinkową. Uwielbiam jej cięte riposty. Choć przy tym wszystkim nie zawsze się zgadzamy i zdarzają się zgrzyty w naszych dyskusjach.

Ta cudowna Hersylia… Ona ma literackie „KOLEŻANKI”?

Literackich nie ma, tak nazwała ją Monika i jest to mój zabawkowy ewenement! Piękne imię dla niej wybrała, prawda? Powstało natomiast ogólnie kilka koleżanek i kolegów Hersylii, tzn. wełnianych lalek, a także lalek z materiału, ale dość szybko zniknęły z mojego domu, by cieszyć swoją obecnością innych ludzi. A ja, poprzez moje zabawki mogę gościć przynajmniej duchem w ich domostwach, to bardzo miłe, zwłaszcza że z powodu choroby nie mogę nikogo odwiedzać.

Podobno robi Pani również takie zabawki, jakie klient sam sobie zażyczy? Prawda to?

Zgadza się, generalnie robię zabawki przede wszystkim spersonalizowane, na życzenie. Staram się spełniać marzenia osób pragnących mieć bardzo konkretną zabawkę, możliwie najdokładniej odtworzyć ich wyobrażenia. Czasem jest to dla mnie pewne wyzwanie, bo okazuje się, że na przykład w ogóle nie słyszałam o danej postaci z bajki i kompletnie nie wiem, jak ona wygląda! Na szczęście wystarczy mi kilka grafik w Internecie i już wiem, co i jak mam robić. Zdarza się, że robię też zabawki w postaci zwierzęcych pupili. Wtedy bardzo przydatne i pomocne okazują się ich zdjęcia. Jestem w stanie zrobić każdą zabawkę, jeśli tylko będę wiedzieć, jak ma ona wyglądać.

Pani LALKA nie ma zbyt wiele z…lalki, mimo to jest niezwykle ciekawa. Z czego wynika taki właśnie zamysł estetyczny?

Od początku chciałam, żeby moje zabawki czymś się wyróżniały, przykuwały sobą wzrok innych ludzi. Żeby były trochę inne, nietuzinkowe, oryginalne, ale przy tym niekoniecznie standardowo piękne i perfekcyjne. Chciałam, żeby miały coś ze mnie – może były piękne inaczej? Przez całe życie czułam, że w jakiś sposób odstaję od innych. Może z moimi zabawkami jest mi w ten sposób raźniej? Traktuję je trochę jak takie moje dzieci… Tworzenie zabawek stało się moją pasją i sposobem na odreagowanie napięć i stresów związanych z moją sytuacją życiową – izolacją spowodowaną chorobą. Dzięki temu znów poczułam, że jeszcze coś potrafię, jestem coś warta. Odkąd jestem chora, stałam się zupełnie inną osobą. Moje życie na początku choroby rozsypało się w drobny mak. Byłam niczym bardzo potłuczone lustro. Ale musiałam, i przede wszystkim chciałam, poskładać siebie na nowo, kawałeczek po kawałeczku. A tworzenie zabawek bardzo mi w tym pomogło.

W ogóle, ile Pani ZRODZIŁA tych lal. Albo innych zabawek? Od kiedy Pani tworzy, no i jak to się zaczęło?

Zabawki tworzę od grudnia 2020, czyli nieco ponad pół roku. To dość krótki okres i mimo to ciężko mi je policzyć, nie wiem, ile ich już powstało! A zaczęło się od bożonarodzeniowych bałwanków. Postanowiłam zrobić dla samej siebie jakąś przedświąteczną ozdobę, wybór padł na bałwanka w zimowej czapie i szaliku, całkiem nieźle mi to wyszło, więc stwierdziłam, że zrobię ich więcej, wrzuciłam zdjęcia na Facebooka i dalej to już jakoś samo poszło… Spodobały się ludziom. Pomyślałam więc, że może mogłabym się zająć robieniem jakichś innych zabawek? I tym sposobem uszyłam później wielkanocne zające, zrobiłam kurczaczki z wełny, misie z filcu, materiałowe lale… Aż w końcu przez zupełny przypadek trafiłam na kanał na youtube, na którym pokazywane były zabawki zrobione z wełny czesankowej metodą filcowania na sucho. Szalenie mi się to spodobało i choć jeszcze nie wiedziałam, jak to się robi, to od razu zapragnęłam spróbować!! Spróbowałam!! I wiedziałam już, że tworzenie zabawek tą metodą zostanie ze mną na dłużej. Jestem w stanie właściwie stworzyć każdą figurkę z wełny – robię nie tylko lalki, ale też różne zwierzęta, postacie z bajek, pojazdy. Co kto sobie zażyczy. Najwięcej z moich rąk wychodzi przeróżnych zwierzaków! Psy, koty, kury, niedźwiadki, tygryski, słonie, pandy… I bajkowych postaci. O, taki Minionek na przykład. Albo Świnka Peppa z rodzinką czy Kubuś Puchatek z Tygryskiem. Zdarzają się też pojazdy takie jak na przykład samochód sportowy lub rakieta. Powoli rozszerzam swój wełniany asortyment, tworząc m. in. wełniane breloczki, obrazy 2D i 3D, planuję też robić wełniane zakładki do książek.

No to ja już jestem gotowa na swoją lalę, powieszę ją na ścianie, by patrzeć na…siebie. Chciałabym, żeby była z wełny czesankowej, taka HERSYLIOWATA, a zdjęcia swoje nadeślę, może coś w nich Panią zainspiruje: może coś w twarzy, może kolor ubrań, jakiś uśmiech… Już się cieszę! A tymczasem na Pani ciekawym FB wyczytałam, że nie lubi się Pani rozstawać ze swoimi dawnymi ciuszkami. Może wykorzystuje Pani niektóre ubrania na strojenie lal? Tu proszę nam opowiedzieć, jak powstaje lala, na przykład HERSYLIA – jak się rodziła? Z czego?

Zgadza się, nie lubię pozbywać się swoich ubrań i jest to absolutny wyjątek w moim minimalistycznym obecnie stylu życia. Może dlatego, że wciąż się w nie mieszczę i szkoda mi je wyrzucać? Natomiast nie wykorzystuję moich ciuszków do tworzenia ubranek dla zabawek, ponieważ w całości powstają one z wełny! Również ubranka dla nich. Potrzebna jest jedynie wełna (ja używam czesankowej) oraz specjalna igła, bardzo ostra, o czym nie raz już przekonały się moje palce. Przy tworzeniu zabawek tą metodą jestem rzeźbiarką, tyle że zamiast gliny czy drewna mam wełnę, a dłuto zastępuje mi igła. Zbijam wełnę za pomocą igły w odpowiednie kształty, a następnie również igłą poprzez kłucie pracuję nad szczegółami danej zabawki. Jest to robota dość żmudna, wymagająca cierpliwości, czasochłonna, ale przy tym dla mnie osobiście bardzo relaksująca! Trzeba tylko uważać na palce. 🙂

Znam tę wełnę, uczestniczyłam nawet w warsztatach tworzenia obrazu, bo ja proszę Pani, miałam być malarką, mam zdolności manualne – więc widzi Pani, troszkę jesteśmy podobne, poza tym obie piszemy… A na Pani FB znalazłam również świetny tekst zaczynający się od słów: „Kiedy kupujesz od Artysty, Rękodzielnika czy Twórcy, kupujesz więcej niż przedmiot”. ŻYWA prawda, która jeszcze długo nie dotrze do zjadacza chleba. Bo weźmy taki pierścionek, ręcznie robiony, od artysty, on ma swoją cenę, bo ma swoją wartość. I związany jest ze wszystkim tym, o czym jest na Facebooku. A w supermarkecie w stoisku z biżuterią, za pierścionek płaci się śmieszną cenę… I tak ludzie dokonują schematycznych uogólnień…

To prawda, ludzie nie zdają sobie często sprawy z tego, ile pracy, czasu, energii poświęca rękodzielnik tworząc COŚ. I dziwią się, że to coś jest drogie w porównaniu z pozornie podobną rzeczą, którą można kupić za grosze w zwykłym sklepie. A przecież kupując jakieś rękodzieło, otrzymujemy jednocześnie kawałek serca danej osoby, jakąś część jej duszy, wyrażonej właśnie poprzez kupowaną rzecz. Wiele osób nie jest świadomych również tego, że tworzenie rękodzieł wiąże się i z wieloma łzami, porażkami, frustracjami, godzinami lub dniami, a czasem i tygodniami spędzanymi nad ich udoskonalaniem metodą prób i błędów… Bardzo lubię lepić z modeliny i pamiętam sytuację, kiedy robiłam z niej różne figurki zwierzaków, wyszły pięknie, więc byłam z siebie bardzo zadowolona. Aby figurki były trwałe, trzeba je jednak później ugotować lub upiec w piekarniku. Niestety, coś przy tym moim gotowaniu poszło nie tak i wszystkie figurki popękały. Tyle czasu poświęconego na ich tworzenie… I wszystko trzeba było zaczynać od początku.

Coś wiem o tych niepowodzeniach w pracy artystycznej, zdarzają się każdemu artyście – moja córka Atessa też tworzy – biżuterię, maluje…Ale jeszcze o Pani FB. Przeglądając go, doszłam do tytułu „Język obcy w czterech ścianach”!!! A na okładce Pani imię i nazwisko!!! Ekscytujące…

Owszem! Języki obce to kolejna moja pasja. Obecnie posługuję się językiem angielskim, niemieckim oraz hiszpańskim. Ostatnio rozpoczęłam też samodzielną naukę chorwackiego, choć z powodu różnych zawirowań w moim życiu zmuszona byłam tymczasowo ją zawiesić. Kiedy przez moją chorobę bardzo się załamałam i każdy dzień był taki sam, pragnęłam znaleźć cokolwiek, co choć trochę wyciągnie mnie z tego stanu niebytu i wegetacji. I znalazłam! Zaczęłam na własną rękę od podstaw uczyć się sama języka hiszpańskiego. Zgłębiałam przy tym różne techniki efektywnej nauki języków obcych. A gdy się już tego hiszpańskiego nauczyłam, to stwierdziłam: czemu by nie spróbować pomóc innym, którzy chcą się jakiegoś języka nauczyć, ale z jakichś względów im to nie idzie lub nie wierzą, że im się uda? Może moje wskazówki, doświadczenia w jakiś sposób okażą się dla nich użyteczne? I w ten właśnie sposób narodził się pomysł napisania (nie)poradnika „Język obcy w czterech ścianach”. Jestem osobą upartą i kiedy sobie coś postanowię i czegoś bardzo chcę, to po prostu zaczynam to robić. Książkę więc napisałam i wydałam!

Podziwiam Panią! A powstaną jeszcze jakieś książki?

Pewnie! Już jedna powstała! Tym razem jest to jednak książka o zupełnie innej tematyce, a mianowicie psychologicznej. „Żegnaj tyranie, witaj przyjacielu!”, to książka o destrukcyjnym perfekcjonizmie, jego niszczącym wpływie na nasze życie, pokazująca jednocześnie, że można się z niego uwolnić i być szczęśliwym oraz dumnym z samego siebie. Napisałam ją na podstawie własnych doświadczeń, ponieważ od dzieciństwa zmagałam się z perfekcjonizmem, który w znacznym stopniu utrudniał mi codzienne funkcjonowanie. I w dużej mierze udało mi się z nim uporać! Obecnie zamierzam szukać wydawcy, co nie jest wcale takie proste dla początkowego pisarza, jeśli nie jest on w stanie zaoferować żadnego własnego wkładu finansowego. A od czasu choroby, nie ukrywam, że często ledwo wiążę koniec z końcem. Tak więc jeśli ktoś chciałby pomóc mi wydać moją drugą książkę, to sponsorzy poszukiwani i bardzo mile widziani. 🙂

Pani i czas w golądkowskiej szkole?

Piękny i trudny!! Piękny, gdyż poznałam tam wiele wspaniałych osób, zarówno wśród uczniów, jak i nauczycieli. Trudny, bo okazało się, że ekonomia i wiążące się z nią sprawy kompletnie mnie nie interesują!! Oj, męczyłam się strasznie przy zagłębianiu się w ekonomię i inne przedmioty zawodowe, takie jak statystyka, rachunkowość, bankowość i wiele innych… Ale jako, że mój perfekcjonizm wyraźnie dawał już wówczas o sobie znać, to oczywiście dawałam z siebie wszystko albo jeszcze więcej, by uzyskać jak najlepsze wyniki w nauce.

Czytanie w Pani życiu? Jaka literatura? Jacy pisarze i dlaczego oni?

Już jako mała dziewczynka uwielbiałam czytać. Przede wszystkim bajki, książki przygodowe i fantastyczne, ponieważ pozwalały mi one przenieść się na chwilę w inny świat. Przyznam, że obecnie mój czas przeznaczony na czytanie zdominowały praktycznie całkowicie języki obce, więc większość książek, jakie czytam, dotyczy języków, których się uczę. W dużej mierze książki zamieniłam też na audiobooki, przede wszystkim ze względu na mój bardzo słaby wzrok, który utrudnia mi czytanie. Co lubię czytać… Preferuję publikacje psychologiczne, podróżnicze oraz związane z medycyną naturalną, gdyż bardzo interesują mnie wszystkie te trzy dziedziny. Nie mam konkretnych ulubionych pisarzy. To, co czytam dobieram raczej pod względem konkretnie interesujących mnie tematów, a nie autorów. Zaś ostatnią książką, jaką przeczytałam była „Czuła przewodniczka” Natalii de Barbaro, którą pożyczyła mi przyjaciółka, polecam!

Tak pytam… Mam na uwadze Pani chorobę, i chcę natchnąć otuchą cierpiących w różny sposób, powiedzieć im, że MOŻNA CIESZYĆ SIĘ ŻYCIEM MIMO WSZYSTKO… Nie mylę się?

Sto procent prawda. Choć na początku człowiek ma wrażenie, że zawalił mu się cały świat, że nie jest w stanie się już podnieść. Trzeba to jednak przeczekać, dać sobie trochę czasu na płacz, złość, współczucie samej sobie, może nawet poużalanie się nad sobą. A potem otrzeć łzy i wstać. Zawalczyć o siebie i swoje szczęście. Jestem zdania, że dopóki żyjemy, to wszystko może się jeszcze wydarzyć, nigdy nie wiadomo, kiedy zły los się odmieni. Dawniej, jako perfekcjonistka, żyłam zgodnie z zasadą: wszystko albo nic. Kiedy zachorowałam, musiałam zamknąć się w swojej wsi, odizolować się od ludzi i straciłam możliwość wykonywania stałej, zwyczajnej pracy to myślałam, że nie zostało mi już nic, jestem zerem. Ale potem, wraz z upływem czasu zobaczyłam, że można żyć i przeżywać chwile szczęścia nawet przy wielu „pomimo”. Bardzo ważne są w tym wszystkim nasze pasje, zainteresowania, coś, co odciąga nas choć trochę od trudów, smutków i smętów codziennego życia. Nie ukrywam, że bardzo pomogli mi również dobrzy, życzliwi ludzie, którzy okazali mi wiele serca, oferowali wsparcie, zainteresowanie. Człowiek potrzebuje innych ludzi. Nawet introwertyk. Samotność oraz izolacja potrafią czasem niszczyć bardziej niż sama choroba. Dlatego w tym miejscu pragnę gorąco podziękować wszystkim tym, którzy mnie wspierali i dalej to robią, na których mogę liczyć, którzy są ze mną duchem w mojej chorobie. Serdeczne dzięki, Kochani!!!

I za co Pani sięgnie dzisiaj, a może jutro? Co Pani pomyśli: Może coś poczytam? Może pójdę na rower? Chyba wezmę się za nową lalkę. Napiszę dla „Tygodnika Pułtuskiego” tekst: Jak żyć z niedogodnościami…

Na pewno w dalszym ciągu będę pisać mojego bloga „Kreatywny Świat Asi” (strona internetowa: www.5fe5adaf5acb1.site123.me/). Pozostanę w kontakcie z językami obcymi, które znam i wrócę do nauki chorwackiego. Bardzo chciałabym, żeby udało mi się puścić w świat moją drugą książkę, tę o perfekcjonizmie, tzn. wydać ją. Planuję też napisać trzecią! – na temat mojej choroby, wieloczynnikowej nadwrażliwości chemicznej, ponieważ pragnę, by ludzie dowiedzieli się w ogóle o istnieniu takiego schorzenia i o tym, jak się z taką chorobą żyje i funkcjonuje na co dzień. I oczywiście będę dalej tworzyć moje zabawki! A jazda na rowerze i kręcenie hula hop w dalszym ciągu będą pomagały mi odreagować i wyciszyć różne trudne emocje.

Jakże się cieszę Pani zgodą na wywiad i treści, które on niesie!

Z tomiku Ż Y J !

STRACH 

Pewnego deszczowego dnia 

szłam cicho szarym chodnikiem, 

a za mną strach. 

Przyspieszyłam kroku, 

nie oglądając się nawet za siebie, 

bo serce waliło mi młotem. 

Strach także szedł szybciej, 

depcząc mi ciągle po piętach. 

Zaczęłam biec, 

dysząc i próbując uciec. 

On jednak był coraz bliżej mnie. 

Nie miałam siły uciekać. 

Nie chciałam. 

Zatrzymałam się nagle 

i odwróciłam, patrząc mu prosto w oczy. 

Na to strach spojrzał na mnie 

i rozczarowanym głosem powiedział: 

„Jednak nie pasujemy do siebie”. 

Odwrócił się na pięcie i odszedł. 

Joanna Maria Zawadzka




Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *