pultuszczak

Facebook


PLANUJĘ TAM WRÓCIĆ

2018-09-13 7:44:52

Z Tomaszem Komstą, absolwentem szkoły golądkowskiej (technikiem żywienia i usług gastronomicznych), o pracy w Hiszpanii, rozmawia Grażyna Maria Dzierżanowska

Niedawno zamieściliśmy w „TP” twoje zdjęcie z transparencikiem PUŁTUSK…
To była flaga z herbem Pułtuska wykonana przez moich rodziców, którą zabrałem ze sobą do Hiszpanii, do Andaluzji, miejscowość Cordoba. Zdjęcie w Cordobie zrobił mój kolega, Tomasz Sadziak, który wraz ze mną brał udział w projekcie, to projekt golądkowski …

Cóż to był za projekt?
Szkoła w Golądkowie wzięła udział w projekcie Erasmus +, na mocy którego mogliśmy wyjechać do Hiszpanii. Wyjechało nas 16 osób, od klasy pierwszej do czwartej. Miesiąc pobytu w Hiszpanii.

I?
I miałem do wyboru dwie opcje – z dobrą znajomością angielskiego i słabszą. Ja testy kwalifikacyjne do projektu zdałem bardzo dobrze, dlatego dostałem przydział, jak Tomek, do najlepszej restauracji w projekcie, czyli w Cordobie. I tu mieliśmy do wyboru – obsługę sali – gości, albo pracę w kuchni. Pierwszy tydzień pobytu tam to był okres próbny. Rozpatrzyłem się i doszedłem do wniosku, że tam mniej przywiązuje się uwagę do obsługi gości. Mam tu na myśli platery na stole, kelnera pod muszką, w koszuli, itd. W Hiszpanii kelnerzy ubrani są w t-shirty, białe lub czarne – firmowe.
I ty sobie pomyślałeś, że wiedzy o obsłudze restauracyjnych gości nie poszerzysz.
Tak, bo na zamku, na sali i od pana dyrektora, i od kierowników sal nauczyłem się baaardzo dużo.

Powiedzmy, Tomasz, że ty już pracujesz i to nie od dzisiaj…
Pracuję już od dwóch lat, na zamku, czasami łapię zlecenia w Warszawie czy w hotelach jak Warszawianka, czy Narvilu…

Łapiesz zlecenia, bo…
… bo chcę się nauczyć jak najwięcej, chcę zdobyć jak najwięcej doświadczenia w obsłudze gości. Chcę doszlifować tę sztukę kelnerską, aby w przyszłości mieć czy własną restaurację czy nawet hotel.

Wracamy do Hiszpanii – wybrałeś pracę w kuchni.
Tak, miałem praktyki na kuchni, bez rozczarowania. Byłem pozytywnie zaskoczony – pracownicy bardzo mili. Tu zaznaczę, że ta restauracja jest bardzo znana w Cordobie i w całej Hiszpanii.

Z czym się tam gastronomicznie zetknąłeś?
Z mięsem z lamy. W pierwszym dniu drugiego tygodnia rzucono mi tuszę mięsa – małą lamę. Musiałem ją poddać obróbce – to trudna sztuka – otworzyć klatkę piersiową i powycinać wartościowe narządy. Później musiałem połamać kości, wyjąć je… W momencie, kiedy to robiłem, pomyślałem, czy nie zostać… wegetarianinem. Po czterech dniach dostałem głowę tuńczyka, musiałem wyciąć skrzela, oczy, dwa razy większe niż u człowieka… Pozbyłem się z głowy resztek krwi… Tłumaczono mi, co mam robić, co wyciąć, co przyciąć…

Dlaczego ty mi opowiadasz o tej lamie i tej głowie tuńczyka?
Bo te rozbiórki pozostawiły we mnie duże wrażenie.

Ty tam gotujesz, czy podajesz, przynosisz i zamiatasz?
Pierwszy tydzień taki właśnie był. Oni nam się przyglądali pod kątem, co my potrafimy. I z każdym dniem dawali nam coraz trudniejsze zadania. I dawaliśmy radę. Menager i szef kuchni to przyjemni ludzie, wiele nam tłumaczyli, wiele nauczyli. Uczestniczyłem w przygotowaniu wielu różnych potraw, co ciekawe, nie tanich. Pamiętam deser – truskawki z syropem, z kruszonymi herbatnikami i bitą śmietaną. Deser zrobiłem, wydałem, kelnerzy chwalili.

I to dobre było? Czy tylko słodkie?
Bardzo dobre i kosztowało 6,50 euro. Do tej restauracji przychodzą sławni piłkarze, aktorzy, celebryci…

Tamtejsze dania?
Nie są tak rozbudowane jak w Polsce. Króluje tapas, małe zakąski. Dania nie są tak wielogramowe jak u nas. To kuchnia minimalistyczna, potrawy małe.

Karta dań w „twojej” restauracji?
Niech policzę, dwanaście dań do zamówienia. I tam nie ma tak, że jest zupa, drugie danie i deser. Tylko danie główne i desery. Ale ilość dań zależy od restauracji. Tu jako ciekawostkę podam, że tam jest taka mania pakowania próżniowego i gotowania w woreczkach próżniowych. Wszystko jest pakowane próżniowo i gotowanie w wodzie przez długi czas w niskiej temperaturze. Dalej to już inwencja twórcza kucharza. Można to podsmażyć, podlać sosem…

Przywiozłeś z sobą jakiś certyfikat?
Tak. Oto on – tu jest napisane, że zdobyłem nowe kompetencje i doświadczenie. Co ciekawe – w momencie, kiedy zacząłem opowiadać, gdzie pracuję, pokazałem pułtuski zamek, to oni się zachwycili. W takich zamkach i z taką obsługą gości to u nich mieszczą się cztero-pięciogwiazdkowe restauracje, ekskluzywne. W Hiszpanii wyznacznikiem jakości restauracji są złote sztućce – łyżeczka, nóż, widelec, widelczyk, umieszczone w specjalnym miejscu, np. wyeksponowane na ścianie. Restauracja, w której byłem, miała takie sztućce.

No i ten pułtuski zamek…
Tak się im spodobał, że wszyscy oni, pracownicy, chcą przyjechać do Pułtuska, zobaczyć zamek, Pułtusk i Polskę. To jest bardzo realne – bilet, samolot i już.

A że pan Kisiel bardzo gościnny…
… to ugości i wszystko pokaże i opowie.

Rozmawiałeś już z naszym dyrektorem Kisielem?
Jeszcze nie. Ale powiem pani, że oni chcieli, żebym został. Miałbym pracę i lokum. Zarobki są bardzo dobre, jeżeli nie bardzo bardzo dobre. No i warunki pracy są bardzo dobre, sześć godzin pracy na dniówkę, a dniówka dla kelnera to 130 euro. Tak mi powiedział kelner z „naszej” restauracji.

To dlaczego ty tam nie zostałeś?
No właśnie, pytanie zasadnicze. Muszę się nauczyć języka hiszpańskiego, tego wymaga codzienne życie.

I co?
Planuję tam wrócić, za dwa-trzy lata. W Hiszpanii podoba mi się to, że warto jest BYĆ, niż MIEĆ. Wszyscy ludzie są mili, życzliwi, otwarci na wszelkie mniejszości, są tolerancyjni. Do Hiszpanii wrócę na pewno!

Zdjęcie: Tomek Komsta wśród hiszpańskich kucharzy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *