pultuszczak

Facebook


Pewnie już się nie dowiem, czyli z mojego archiwum III

2017-05-10 4:01:41

Kilka mejli z prośbą o dalszy ciąg Z mojego archiwum spowodowało, że… piszę trzecią część. U jego źródła – owszem – są ludzie, ale i nasz kochany Pułtusk (zauważyłam, że im jesteśmy starsi, tym bardziej kochamy rodzinne miasteczko). Więc zaczynam…

Kiedy byliśmy w ogólniaku (tak się mówiło – w ogólniaku) profesor Antoni Gorczyński, nasz cudowny Antek, wywiózł nas pociągiem z Warszawy do Mińska Mazowieckiego na obóz przysposobienia wojskowego. PW. Byłam wówczas sucha jak drzazga, no, obozowe dziecko (babcia mówiła, że wyglądam jak suchotnica), co doszło do mnie podczas grzebania w domowym archiwum. Oto siedzę na oparciu ławki, właśnie SUCHA, i z wysoka… obejmuję siedzącego niżej Kazia Skrzydlaka, który to dowoził nam do Mińska domowe wałówki. Był wówczas w stosunkach uczuciowych z Ulcią Piotrowską, która też była obozowiczką. Jak Ulka Kaźmierkowska i Krysia Gregorczyk czy Basia Wyrzykowska (kto jeszcze?). Wydaje mi się, że Kazio przyjechał do nas wówczas motocyklem. Ubrana jestem w spodnie, które lubię do dzisiaj, na włosach mam przepaskę – przepaski były wówczas na czasie, czyli w trendach, pamiętacie TAMTE dziewczyny? Na tym obozie panował istny terror. Czwórkami na posiłki, z pieśnią na ustach, w mundurach, apel wieczorny z rozdawaniem korespondencji i połajankami, sprawdzanie czystości pokojów, zakaz kładzenie się na łóżkach podczas dnia, wydawanie przepustek na miasto… Gdyby nie Jurek Kurant, który nas rozśmieszał, podczas dyżurów – w dwu osobnych budynkach koszarowych – na łącznicy polowej (nie wiem, jak to wytłumaczyć), to byśmy sczezły. Jako osoba trudno poddająca się wszelkim reżimom i zakazom, powiedziałam koleżankom, że p… i udałam chorą na wyrostek robaczkowy. Szefostwo oddelegowało mnie do pokoju, gdzie tak się wynudziłam, że cudownie ozdrowiałam. Kiedy pojawił się nasz ANTEK, by nas z obozu odebrać, odetchnęliśmy z ulgą. Pamiętam, jak go witało obozowe dostojeństwo: „Panie rotmistrzu!, Panie rotmistrzu”, a my durni: „Antek przyjechał!”.
Wiele w moich zasobach zdjęć moich uczniów – tych z Bobów, ze szkoły społecznej, z „jedynki” i z „czwórki”, także ze szkoły średniej w Makowie Mazowieckim, ale te już nas, pułtuszczan, mniej interesują. Jeśli chodzi o uczniów z „czwórki”, to często fotografowałam ich na tle saloniku literackiego, w którym to zgromadziliśmy meble i liczne bibeloty – dary od uczniów i ich rodziców oraz moje. Ciekawy był, zupełnie niespotykany – gościliśmy w nim Irenę Szewińską, poetę Stefana Żagla, dziennikarza Mariusza Szczygła czy NASZEGO Edwarda Malinowskiego. A jak uczniowie to i nauczyciele – ci podczas wycieczek po kraju i Europie, także podczas towarzyskich spotkań. Właśnie przede mną zdjęcie z Isią de domo Bocheńską – jej ciocia Stanisława Bochenkówna była moją polonistką w podstawówce (z zainteresowaniem patrzymy na danie z owocami morza, w Belgii). Pani Bochenkówna, pamiętam, nazywała niesfornego Tadka Mroziewicz Tadzikiem. A Tadzik na to: „Ja nie dzik, ja nie dzik”. Taki wspominkowy żarcik. I kolejne fotki, z Jolą Stasiak pod Łukiem Triumfalnym, z Anią Ponikiewską i Zosią Uliczną, z Leną – polonistkami z „jedynki” przy zastawionym stole.
Są zdjęcia z cmentarzy, także z Pere-Lachaise – ja przy grobach Jima Morrisona, ja przy grobie Fryderyka Szopena… Jeśli tylko K. wyraża zgodę, zwiedzanie miast zaczynamy od cmentarzy właśnie. Cmentarze wiele mówią o… życiu. Najpiękniej te zabytkowe – na Rossie, łyczakowski, powązkowski, rakowicki, na Pęksowym Brzyzku, w Płocku (najstarsza polska nekropolia)…
Są zdjęcia ze studniówek, te czarnobiałe i w kolorze. To, które stanowi dopełnienie dzisiejszego felietonu, przedstawia maturzystów SKARGI, dziś to panowie i panie po czterdziestce. Z wychowawczynią B. Mazurek – Luśtyk, polonistką, także moją, mojego męża i naszej córki oczywiście. Tu na tle palmy, prawdziwej, ale na innych zdjęciach na tle maskującej siatki wojskowej, wśród papierowych palm. No, jak w piosence – gną się palmy, wieje halny. Jakże to różni maturzyści od dzisiejszych… Tu wspomnienie mojej studniówkowej sukienki (też mam ją na zdjęciu), uszytej przez panią Stefanię Lusową z Warszawskiej… Piękna była, mała granatowa, skromniutka, z fantazyjnie wszytymi paseczkami, wziętymi w mały supełek na przodzie stroju…
Na zdjęciu z 1979 roku pułtuscy piłkarze z LKS Nadnarwianka – z trenerem Kazimierzem Dzierżanowskim. ” Krzysiu Jaszczułt, Czarek Kozłowski, Stasiu Prusiński, Andrzej Zieliński, Włodek Foltyn, Mariusz Wotawa, Mirek Ciok, Kowalski, Mossakowski, Milczarczyk” –wylicza trener Dzierżanowski.
Wiele fotografii zrujnowanego Pułtuska – dostałam je od męża pani Basi Burawskiej, burmistrzanki (Sklepkowskiej), u której w domu, w RYNKU, byłam serdecznie przyjmowana. Na odwrocie napis „1946 Pułtusk – prawa strona ul. Piotra Skargi”… Wielkie ruiny. I przedwojenne obrazy. Jedno ze zdjęć, piękne, uwidacznia TRZYNASTAKÓW w pułtuskich koszarach. Na odwrocie odręczny, kaligraficzny napis: „inspektor szkolny A. Duszczyk, ppłk. Józef Kobyłecki, starosta powiatowy, biskup, prałat przed obeliskiem honorowym podczas pożegnania podpułkownika J. Kobyłeckiego”.
Wszystkie te zdjęcia niosą z sobą duży ładunek emocjonalny, obrazują historię miasta i ludzi, powodują wspomnienia… Ciekawią – zarówno awersem jak i rewersem. Bo na przykład czarnobiałe zdjęcie ukazujące panie w słusznym wieku, przy długich stolach, gęsto usadzone… Na jego odwrocie zagadkowy napis „Do obejrzenia. Zjazd klaudynek rok ostatni” Kto mi je dał? Pani Janeczka Turek? A może pani Alina Podgórska – Jonczy, pułtuszczanka ze Śląska? Pewnie już się nie dowiem…

GRAŻA

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *