pultuszczak

Facebook


Pamiętam

2020-01-26 2:30:05

z cyklu PUŁTUSK WIDZĘ

Pamiętam. Oglądam miasto z wysokości wieży ratuszowej, jestem na samym szczycie, rzucam okiem w stronę BUDY nr 37. Stamtąd przyszłam. Na jedną lekcję, na jedyne 45 minut plus droga. Urwałam się – może z matmy, może z chemii, może z fizyki. No nie wiem. Chowam się przed tą szkolą jak struś, głową w… wieżę.

Jestem sama, samiuteńka. Jakoś nie szukałam kumpelki do ucieczki. Teraz stoję na drżących nogach, bo mam lęk wysokości, dlatego nigdy nie doleciałam pod ŚCIANĘ PŁACZU i nie dolecę. Patrzę na kocie łby, na dzwonnicę, na dachy.

Mój świat widzę z wysoka. Mały. Bo małe miasteczko. Tak małe, że mogę  je przykryć dłonią, która miała trzymać malarską paletę. Mogę je wziąć w garść. A jeśli będzie wystawać Magdalenka albo narożna kamienica u wejścia na Świętojańską, to je zgniotę, aż zapłaczą. Jasne, nie obejmę  zielonej Warszawskiej i cmentarnej Kościuszki, buraczanych Lipnik też nie obejmę ani zanarwiańskich Popław, które przysiadły za rzeką.

Za rzeką widzę zielony pas. Ale to już widok z innego okna wieży. Ten zielony las to Puszcza Biała. Obrosła ze starości starodrzewami, mchem i paprociami. Prawie spod chmur słyszę jej odwieczny szum, widzę sosnowe, eleganckie  igły na rozłożystej piaszczystej polanie i kolki na mchu wokół drzewa. Oczy duszy widzą wszystko i dokładnie.

Pode mną małe miasteczko z olbrzymim rynkiem. Piękne jest, ale najpiękniejsze, kiedy niebo sypie białym pyłem. Najpierw śnieg osiada na dachach i drzewach – tam mu bliżej, potem na chodnikach, a że popękane ze starości, wyglądają jakoby pożyłkowane. Śmiesznie układa się śnieg na bochnach kamieni. Kocie łby wybrzuszają się, rosną razem z białym puchem. Jeśli masz czas, stajesz w zachwycie. Po jednej stronie rynku rząd kamieniczek, po drugiej stronie rząd kamieniczek, domy, niektóre koślawe, niektóre chore od liszai,  przyrośnięte jedne do drugich jak żelazne klamki do drzwi muzeum. A naprzeciwko przysadzistej Magdalenki wysmukła dzwonnica. Jeśli niebo sypie, wszystko białe. Płatki  śniegu wirują w powietrzu. I cisza taka ogromna. Tylko dymy się snują z kominów, a  Arkadia niesie smaki gulaszu i mielonych, przypalanej do rosołu cebuli, w którym potem rozgoszczą się flaki.

Pode mną małe miasteczko z olbrzymim rynkiem.  Piękne jest, ale najpiękniejsze, kiedy z nieba leje się żar, jakby pracowało na niego sto słońc. Mdleją liście drzew w przyzamkowym parku, kwiaty zamykają swoje oczy, otulają płatkami rzęs. Próżno szukać ochłody. Stara fontanna rosi tych, którzy na moment się przy niej zatrzymali. Na moment, bo za chwilę, jak młode psiaki, otrząsnąwszy krople z głów, pospieszą na plażę. Plaża to raj – żółty, miałki piasek, trochę cienia od wierzbowych krzewów i Narew, zapowiedź miękkich fal na młodych, aż do przesady opalonych ciałach.

A na rynku? Na rynku toczy się życie niespieszne, wczoraj był dzień dyszla, więc podwójny spokój. Toczy się życie  kobiet, które już się naopalały do woli, i mężczyzn, którzy już się nawymachiwali ramionami, nazapierali nogami,  pokonując Narew wpław. Szukając cienia, siadają na ławkach przy starych domach, przy ławkach psy – rozwalone, jak nieżywe, tylko boki im chodzą. Ludzie patrzą i patrzą. I gadają. Wiedzą, kto idzie do rzeźnika, kto do piekarni,  kto do fryzjera, a kto pogadać z Bogiem do kolegiaty. Wiedzą, kto słabuje i o pomoc idzie do doktora Omelianowicza albo Brauna. W RYNKU nic się  nie ukryje,  dowiedzieć się tam można wszystkiego i o wszystkich. I zobaczyć wszystkich, a nawet obśmiać, choćby taką  lokalną wariatkę czy  chłopa, co to się z namiętności do przyjezdnej kobiety  nabawił wstydliwej choroby. Czy kiwającego się pijanego szewca aż z Warszawskiej.  „Ale czy to ważne, panie? Wszystkich nas wgniecie ziemia na ŚWIĘTYM KRZYŻU. Przyjdzie taki czas, przyjdzie” – straszy najstarszy z ławkowiczów. „A kto jeszcze żyw, stanie przed okrąglakiem z klepsydrami” – rzuca.

***

aż strach umrzeć

żeby ożyć

na ustach

czytających nekrologi

na rogu stareńkiej Świętojańskiej

i zetlałego Piotra Skargi

śp…wska?

w imię Ojca i Syna

Świętego

to ta wie pani

co zawsze i nigdy

nie chodziła

prostymi drogami

jej matka

latawica co to

z kwiatka na kwiat

z głupim Darkiem ją miała

dla Jarka Kozła porzuciła

lafirynda jedna

bosonoga contessa

co to z łąk gnana

rózgą wierzbową

kryła się za krzakami

drąc w niebogłosy

swoje struny

że co to kochać

się nie można

nad Narwią?

z jej Zbyszkiem?

cisza baby

smarknął fioletowy nos

spod tablicy ostateczności

kurwa wasza mać

wieczny odpoczynek

daj ustom

Panie

 

Grażyna M. Dzierżanowska

Zdjęcie: Okno na świat (tytuł GMD, autor fot.Szymon Drabczyk).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *