pultuszczak

Facebook


OPOWIEM TROCHĘ O PERU

2019-04-10 11:09:43

Małgosia Białczak, charyzmatyczna młoda kobieta, pułtuszczanka, przez rok przebywała w odległym od kraju Peru. Niedawno spotkała się z pułtuszczanami, na zamku, gdzie ze swadą opowiedziała o swojej peruwiańskiej misji. Było co posłuchać, a i zobaczyć

Zawsze chciałam bardzo jechać na misję. Myślę, że już w wieku 14-15-16 lat… Kiedy cały świat stoi przed nami otworem, największym problemem są jednak… rodzice. Zawsze, kiedy kłóciłam się z mamą, myślałam „Zobaczysz, jak ci wyjadę na misję…”. I zawsze sobie myślałam, że jak tylko ukończę 18 lat i się od nich w końcu uniezależnię, na tę misję pojadę. Tak się stało – 28 urodziny obchodziłam już w Peru na misji. Pod koniec studiów zaczęłam szukać informacji o możliwości wyjazdu na misję. Napotkałam stronę Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie. Jeszcze w czasie studiów przeczytałam, jakie są wymogi na ten wyjazd. Nie pamiętałam nic z tego, co tam jest napisane, poza dwoma rzeczami – pierwsza, że niezależnie od wieku, wymagana jest … zgoda rodziców, a druga to taka, że trzeba opłacić przelot plus szczepienia. Postanowiłam iść do pracy, rzuciłam się w jej wir, wszystko było fajnie, ale ta myśl o misji była pierwszą, która towarzyszyła mi po przebudzeniu i tak naprawdę ostatnią przed zaśnięciem. Rok później postanowiłam zgłosić się do tego OŚRODKA MISYJNEGO. Jeszcze wtedy myślałam, że pójdę i powiem, że „tu są moje pieniądze”, wybiorę kraj z listy i pojadę. Okazało się, że tak to nie wygląda, ponieważ trzeba przejść formację, która trwa cały rok. Przesiew był duży. Jako jedna chciałam jechać do Kazachstanu i jako jedna pojechałam do… Peru. 18 października 2017 wyleciałam do Peru. Rodzice płakali na lotnisku.

W Limie podjęłam swoją misyjną pracę. Pierwsze wrażenie? Przeogromny brud. Śmieci na każdym kroku. Korki! Mój wzrost!!! Peruwiańczycy są bardzo niscy, metr pięćdziesiąt to już jest naprawdę wielkolud. I trudno było mi wykalkulować, ile kto ma lat. I wszechobecny hałas – w Peru hałas uliczny jest fatalny, tam się trąbi. I wszechobecna muzyka.

Gdzie pracowałam? Pracowałam w DOMU KSIĘDZA BOSCO, w salezjańskim DOMU, a takich jest w Peru aż dziesięć. Nasz był jednym z największych. Przewijało się przez niego bardzo dużo ludzi – telewizja, rektorzy Politechniki Poznańskiej, Magda Gessler… Trochę się natrudziłam nad rozpoznaniem, kto w tym DOMU mieszka, a kto jest tylko na przychodne. Potocznie DOM ks. Bosco był nazywany DOMEM DLA CHŁOPCÓW ULICY. Dla takich chłopców powstał nasz DOM. W Peru jest około 31 milionów ludzi, 10 milionów mieszka w samej Limie. Ludzie przyjeżdżają tu w poszukiwaniu lepszego życia, którego nie znajdują. Wokół Limy, na wszystkich wzgórzach, rosną dzielnice biedy. DOM stworzył ksiądz Polak, 25 lat temu – ks. Piotr Dąbrowski. Księża tam nie chodzą w koloratkach ani w sutannach… W DOMU mieszkało od 60 do 80 chłopców w wieku 13-21-22 lata. Byli to chłopcy bardzo różni i często bardzo trudni. Byli tacy, którzy pochodzili z głębokiej dżungli. W DOMU wszystko było przeszklone. Miało to swój sens – mówimy przecież o chłopcach bardzo trudnych… Jedzenie? Pani kucharka przychodziła robić obiady i śniadania, a kolacje przygotowywali chłopcy, bądź odgrzewali, co zostało. Warunki? Całkiem w porządku – ja miałam pokój z łazienką, woda, prąd – wszystko było. A chłopcy? Młodsi mieli dwa pokoje piętnastoosobowe, łóżko, szafka dla każdego. Między tymi pokojami była łazienka, oczywiście otwarta. Starsi chłopcy mieli 3-4 -5 -osobowe pokoje. Młodsi uczęszczali do szkoły, coś jak nasze gimnazjum, ale chodzili do niej wieczorowo, na 18. Cały dzień byli w DOMU i od godz. 8 do 14 uczyli się w jednej wielkiej klasie. Wyzwaniem było, żeby siedzieli na swoich miejscach. I cicho. Bardzo często nie potrafili się uczyć. Chłopcy mieli swoją salę komputerową, telewizyjną … Mieli też zajęcia manualne – wyrabianie biżuterii, kolczyków, breloczków, różańców – potem było to sprzedawane albo rozdawane darczyńcom. Mieli też zajęcia malarskie i muzyczne. No i sport, najbardziej ulubione zajęcie przez chłopców zaraz po telewizji. Mieliśmy też siłownię.

Chłopcy w DOMU mieszkali za darmo, ale musieli go utrzymać w czystości. Mieliśmy piekarnię, w której chłopcy robili ciasta, które w niedzielę sprzedawali pod kościołem. Uczyli się też stolarstwa. W szkole pracowali na stołówce. DOM utrzymywał się z pracy chłopców i datków od ludzi dobrych serc.

Na czym polegała moja praca? Jak bym miała się wypowiedzieć, co tam robiłam, to rzekłabym, że byłam tam mamą, jedyną kobietą w DOMU mieszkającą na stałe i robiłam wszystko, co było potrzeba. Najważniejszym moim zadaniem było towarzyszenie chłopcom. Każdego dnia – w zabawie i w chorobie, w sprzątaniu i we wszystkim. Byłam z nimi 24 godziny na dobę i przez 7 dni w tygodniu. Odpowiedzialna byłam też za kuchnię, ale sama nie musiałam gotować, bo nie jestem zbyt dobrą kucharką. Robiłam zakupy, rozliczałam ekonomicznie kuchnię, pilnowałam, żeby nic się nie marnowało. Trzy razy w tygodniu chłopcy jeździli po supermarketach i zbierali, co one chciały wywalić. Często były to warzywa, owoce troszeczkę gnijące… Często dzieliliśmy się darami z ulicą, żeby nic się nie marnowało… Jak donacje, to też coś, czego nie znosiłam, czyli donacja ryb albo kurczaków, często śmierdzących trochę. Ja generalnie brzydzę się ryb…

Chodziłam na targ. Na początku pobytu w Limie schudłam 5 kg, bo się wszystkiego brzydziłam… Jak zobaczyłam te kury do góry nogami wiszące i łapkę pani, która odganiała te muchy… Przygotowywałam też imprezy i to też było bardzo trudne. Raz w tygodniu były…

Rozdzielałam też donacje między chłopaków, ubrania… Miałam możliwość przygotowywania chłopców do pierwszej spowiedzi. Było to bardzo fajne doświadczenie. Moim obowiązkiem było też sprawdzanie zeszytów szkolnych, a tych trochę było. Zajmowało mi to cały dzień, bo nie potrafiłam dobrze czytać po hiszpańsku i nie wiedziałam, co oni mają w tych zeszytach. Ogarnęłam jednak, który z chłopców jest dobry i po prostu porównywałam zeszyty innych chłopców z tym wybranym. Kazałam uzupełniać…

Robiłam z chłopakami prania. Oni wszystko prali w ręku – to element ich wychowania. Też sprzątaliśmy DOM, łącznie z dachem. BHP przy takim sprzątaniu nie istniało.

Raz w tygodniu przygotowywaliśmy kakao bądź kawę, braliśmy chleb, który nam zbywał, i szliśmy – po godzinie 23-24 – na ulicę rozdawać to żyjącym na ulicy. Ksiądz o tym nie wiedział, a jak się dowiedział, to nas skrzyczał, że to bardzo niebezpieczne. A ja na ulicy poznawałam język, to było dla mnie cenne.

Zaczynałam pracę o szóstej, kończyłam o 23, z godzinną przerwą. Gdy chłopcy szli na sport, ja miałam godzinkę dla siebie. W środy uciekałam poza DOM, najczęściej to było wybrzeże, szłam sobie nad OCEAN, siadałam na plaży, oglądałam fale…

Wakacje trwają tam od połowy grudnia do marca. W każdy czwartek chodziłam z chłopcami na plażę. Takie wyjście wiązało się dla mnie z dużą odpowiedzialnością – trzeba było przygotować coś do jedzenia.
Powrót. Oczywiście, nie obyło się bez łez i przemówień. Chłopcy przygotowali jakieś prezenty. Były torty z pobliskiej cukierni, za bardzo słodkie. Tańce. Problemem było spakowanie się i powrót. O ile trudno było mi wyjechać, o tyle trudniej było mi wrócić. Jak już wróciłam do Polski, jeszcze długo pozostawałam tam myślami. Nawet mama się ze mnie śmiała, że wstaję i o 13, gdy mniej więcej budzi się Peru, siedzę na telefonie i rozmawiam. Ciężko było wrócić. Tęsknię za moimi chłopakami, za moimi łobuzami, za czasem z nimi spędzonym, za zwykłymi z nimi rozmowami. Za tą radością, która była związana i z pracą z nimi, i z czasem wolnym. Za trudem, który wkładało się w tę pracę, trudną, ale wdzięczną. Nie czułam się nigdy zagrożona przez samych chłopców, nawet chodząc z nimi ulicami czułam się bezpiecznie. Ja się tych chłopców do końca nie bałam… Publikowany tu tekst, ze względu na obszerność zebranego materiału, nie stanowi ciągu wypowiedzi Małgosi.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *