pultuszczak

Facebook


NIE, TRAUMY NIE MAM

2015-07-14 10:53:34

Z pułtuszczaninem, strażakiem Adamem Pniewskim, o misji w Nepalu, rozmawia Grażyna Maria Dzierżanowska

*Panie Adamie, jest Pan cichym bohaterem, myślałam, że wejdzie mężczyzna dwumetrowy… Ile Pan ma wzrostu?
1,75. To dość dużo w porównaniu z Nepalczykami.

*I jest Pan strażakiem po…

…ukończeniu Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku, po pedagogice. Od dziecka chciałem być strażakiem i zostałem nim właściwie tak… z ulicy. Złożyłem papiery, przeszedłem wszystkie testy: sprawnościowe, psychologiczne i medyczne w Pułtusku i w Warszawie. Tak się złożyło, że Warszawa potrzebowała natychmiast strażaków, więc dostałem się do stolicy, na ulicę Modlińską. PSP kieruje ludzi do szkół, gdzie uczą się podstaw pożarnictwa, potem do szkół podoficerskich, a następnie szkoły aspiranckie, oraz SGSP. Ja ukończyłem Szkołę Aspirantów PSP w Krakowie.

*7,8 w skali Richtera to dużo?

Bardzo dużo, trzęsienie o takiej sile powoduje ogromne zniszczenia. W Nepalu większość budynków zbudowanych jest z cegły, z zaprawą murarską, w której jest dużo więcej piasku niż cementu. To słabe budownictwo. Jeśli ziemia się trzęsie, rozstępuje, pęka, zmienia poziomy, to domy się rozsypują. Jeden wielki gruz…

*Gdzie Pan był w chwili trzęsienia ziemi?

Byłem w domu, w Pułtusku. Telefon z mojej macierzystej jednostki dostałem około godziny 17. Usłyszałem, że było trzęsienie ziemi, to już z mediów wiadomo było, i będzie wylot grupy… Nepal zwrócił się do świata o pomoc i kto mógł, pospieszył z nią. Z tego co wiem, to w ciągu 3 godzin po katastrofie pani minister podpisała odpowiednie dokumenty, aby polska grupa ciężka mogła jak najszybciej polecieć z pomocą do Nepalu.

*To osiemdziesiąt jeden osób. Dlaczego 81? Jest w tym sens?

Jest sens. Tyle osób liczy ciężka grupa poszukiwawczo-ratownicza – USAR Poland, z dowództwem, odpowiednią liczbą ratowników, przewodników z psami poszukiwawczymi, grupą logistyczną, medyczną, rekonesansu.

*Co Pan jeszcze usłyszał podczas tej rozmowy telefonicznej?

Że jestem na liście wyjazdowej i do godz 22.00 mam się stawić w JRG . Nasza warszawska grupa jest jedną z pięciu w Polsce obok gdańskiej, poznańskiej, łódzkiej i nowosądeckiej i razem tworzymy ciężką grupę USAR Poland, która ma certyfikat międzynarodowy INSARAG . My i grupa gdańska mieliśmy w tym czasie dyżur. Byliśmy potencjalnymi ludźmi wyznaczonymi do wyjazdu, gdyby coś się stało na świecie.

*Powiedział Pan do żony: „Kurde, jadę!”. Pan się ucieszył, o ile można tu mówić o radości, czy zasmucił?

Jak tu pani powiedzieć? Człowiek jest podekscytowany. Zdecydowałem się na bycie w tej grupie i wiem, co mnie czeka… To był mój pierwszy wyjazd, który… doszedł do skutku. Na trzęsienie ziemi na Haiti również miałem lecieć, już byłem w samolocie, ale była zbyt duża waga samolotu… Musieliśmy opuścić pokład, bodajże sześciu ratowników i dwa psy…

*No i ten lot…

Wiedziałem, że wylot będzie rano. Zaczęło się pakowanie. Głównie biorę to, co mi się nie popsuje, lubię być zabezpieczony. Owszem, dostajemy jedzenie, tzw. eski, zafoliowane obiady, śniadania i kolacje. Mięsne racje żywieniowe na ciepło, dobre jedzenie, ale może zrobić w żołądku rewolucję. I nie zawsze jest czas, żeby to przygotować. W ferworze walki z żywiołem nie ma czasu, więc co jest dobre? Dobry jest snikers. Żona włożyła do plecaka bardzo dużo słodyczy, kabanosy, chleb…

*I uczyniła znak krzyża podczas pożegnania z Panem?

Tak. To przeżycie dla całej rodziny. Pożegnanie… Mało czasu, na dwudziestą drugą trzeba było się stawić w Warszawie, gdzie już wszystko było spakowane do wylotu. Torby z rzeczami osobistymi, ubrania, umundurowanie i sprzęt…

*Znaliście się ze sobą, ci wyjeżdżający?

Tak, przynajmniej raz w roku mamy wspólne ćwiczenia.

*I są psy.

Dwanaście piesków, przypisanych do odpowiednich opiekunów. Strażak może sobie kupić psa indywidualnie, albo dostaje zwierzę od PSP. Psy są szkolone do poszukiwań ludzi żywych, zdają egzaminy. Są zawsze razem z opiekunem – na służbie i w domu.

*Czas lotu?

Sześć, siedem godzin? Geografię mam obcykaną, wiedziałem, gdzie lecę. Pierwszy obraz to Himalaje. A nad Nepalem lataliśmy półtorej godziny, bo była kolejka do lądowania.

*Nepalczycy wiedzieli, skąd jesteście?

Napis na naszych kombinezonach USAR trochę myli, niektórzy myśleli, że jesteśmy amerykańskimi ratownikami, dopytywali, skąd jesteśmy.

*Nepalczycy orientują się, gdzie leży Polska?

Wbrew pozorom jest tam dużo turystów z naszego kraju. Ludzie wiedzą, gdzie leży Polska, choć oczywiście nie wszyscy.

*Mówią: „Polska – Wałęsa”, czy „Polska – Jan Paweł II”?

Nie, na lotnisku od nepalskich wojskowych usłyszeliśmy: ROBERT LEWANDOWSKI!

*Nie czuliście kompleksów, patrząc na ratowników z innych krajów?

Nie! Polska grupa jest jedną z najlepiej wyposażonych grup na świecie. My musieliśmy pakować sprzęt na dwie ciężarówki a sami jechaliśmy autobusem, Holendrzy zapakowali się ze wszystkim na jedną. Izrael przyjechał chyba w ogóle bez sprzętu.

*Rozgardiasz wśród Nepalczyków był wielki? Kto nimi dowodził?

Dowodziło głównie wojsko i policja. Ludzie koczowali na ulicach w prowizorycznych namiotach, bali się wracać do domów i następnego trzęsienia. Budynki stały opustoszałe. Krzyku nie było…

*Właśnie. Podobno Nepalczycy przeżywali katastrofę i śmierć bliskich bez łez. Podobno ich emocjonalność jest zgoła różna od naszej.

To prawda. Pamiętam, jeszcze nie zdążyliśmy rozbić obozu, a już moja grupa wyjechała do zawalonego budynku. Wówczas podszedł do nas mężczyzna i spokojnie powiedział, że uciekał z tego domu, za nim biegł jego tata i go… nie ma. Był przekonany, że on nie żyje, budynek się złożył, dwa piętra w ziemię… Przeszukaliśmy wszystko – bez rezultatu. Nazajutrz, przy kolejnym zawalonym budynku, również podszedł do nas mężczyzna, powiedział, że w kuchni była żona z córką, a syn przed domem… Zginęli wszyscy, chłopczykowi zbrakło może dwa metry, żeby uciec przed walącą się ścianą. Mężczyzna został sam, razem z nami odkopywał ciała najbliższych.

*Rwania włosów z głowy nie było.

Nie. Oni jakoś tam przygotowują się na śmierć. Widzieliśmy te pogrzeby, ciała poowijane w białą tkaninę… Widzieliśmy płonące stosy przy świątyni, przy nich ludzi, zapewne członkowie rodzin zmarłych. Opowiadano nam, nie wiem ile w tym prawdy, że nie pali się ciał kobiet w ciąży i dzieci. Podobno ich ciała wrzuca się do rzeki. Łez nie było widać. Była wdzięczność dla nas, pokazywali nam kciuki wzniesione do góry, cieszyli się, że pomagamy. Gdzie pojechaliśmy, tam się zaraz robiło zbiegowisko. Ale to naród specyficzny – nie wszyscy pomagali, było tak, że pracowały kobiety i dzieci, a byli i tacy, którzy stali z boku i patrzyli jak inni pracują.

*Tyle wątków tej naszej rozmowy… A my jeszcze nie powiedzieliśmy, czym się Pan zajmował.

Byliśmy podzieleni na dwa zespoły, Alfa i Brawo. Gdy jeden zespół pracował, drugi odpoczywał, a raczej czuwał. Pierwsze cztery dni to była akcja poszukiwawczo-ratownicza żywych osób, wojsko decydowało, gdzie jedziemy i tam szukaliśmy. Podczas działań najważniejsze jest własne bezpieczeństwo, więc ustawialiśmy teodolit, obserwatora, który patrzył, czy budynek się nie osuwa, no i wchodziły pieski. Jeśli coś znalazły, dawały znać szczekaniem, jeśli nie, wówczas wchodziliśmy z kolegą z urządzeniem elektronicznym, a konkretnie z kamerą wziernikową. Zajmowałem się głównie kamerami, mieliśmy ich kilka i były używane bardzo często, na każdym gruzowisku. Był taki moment, że pieski weszły na budynek i zaczęły oznaczać jedno miejsce, trzy psy nie mogły się mylić wskazując to samo miejsce. Byliśmy wszyscy podekscytowani, że znajdziemy kogoś żywego… Dużo było emocji, masa ludzi, każdy podekscytowany… Zaczęliśmy kopać i okazało się, że tam był żywy… baran. Wydaje mi się, że tylko w dwóch strefach znaleziono żywe osoby, a Katmandu podzielone było na siedem. Nasza strefa bez sukcesu. Ale mieliśmy jeszcze taki moment, który pozwalał myśleć, że ten sukces będzie. Pojechaliśmy do małej świątyni, ludzie odrzucali cegły, widać było obmurówkę z kamienia. Znalazłem dziurę i włożyliśmy tam kamerę: dość duża wolna przestrzeń, widzimy głowę, ramię, zrobiliśmy zdjęcie, kopaliśmy, postać była głęboko, skończyliśmy swoje działania, gdyż przyjechała grupa, która nas zmieniała i szukali dalej. I co się okazało? Że to był posążek Buddy. Nepalczycy mimo wszystko byli zadowoleni, że znaleźliśmy taką świętość.

*Panie Adamie, stoi Pan przy przerażającym gruzowisku w dalekim kraju i o czym myśli? Myśli biegną do Polski, czy trwają przy tej przerażającej katastrofie?

Nie ma czasu na myślenie o Polsce podczas działań. Kiedy wracaliśmy z akcji lub w obozie, dopiero włączało się myślenie, co w domu, i były sms-y, telefony.

*Śmialiście się przez te 11 dni czasami?

Oczywiście, normalnie się funkcjonuje i zawsze znajdzie się jakaś dusza towarzystwa, która rozweseli. Spaliśmy 6-7 godzin, potem pobudka, śniadanie – wyjazd… Przy działaniach trudniej o uśmiech.

*Z jaką myślą wyjeżdżał Pan z Katmandu?

Jechaliśmy tam z pomocą i z nadzieją, że odnajdziemy żywych ludzi. Niestety, trafialiśmy na takie budynki, w których nie było już nikogo żywego pod gruzami. Do epicentrum trzęsienia nie było możliwości dotarcia samochodem, wszystkie drogi były zablokowane, popękane, spadały kamienie. Do tych miejsc docierano jedynie helikopterami, lub po długiej pieszej wędrówce. Nasza grupa medyków była w takim miejscu… Wioska w górach, bardzo dużą pracę tam zrobili. Nepal to biedny kraj i zapewne odbudowa zniszczeń potrwa wiele lat. Odjeżdżając, zostawiliśmy miejscowym stację uzdatniania wody oraz namioty, w których spaliśmy. Nadchodziła pora deszczowa, więc na pewno bardzo im się przydały. Myślę, że zrobiliśmy wszystko, co było możliwe i choć trochę pomogliśmy ludziom w tych trudnych chwilach. Ostatniego dnia, kiedy poskładany był już nasz obóz, była chwila na kupienie pamiątek. Kupiłem sobie bransoletkę. Cały czas ją noszę. Trzęsienie ziemi w Nepalu wciąż jest aktualne w mediach, więc mam w pamięci to, co tam zobaczyliśmy i przeżyliśmy. Po powrocie z takich misji rozmawia z nami psycholog… Nie, traumy nie mam. Padło również pytanie, czy się nie bałem… Dopiero wówczas skojarzyłem sobie fakt, że wchodząc pod budynek, który miał złożone dwie kondygnacje (a było podejrzenie, że ktoś tam został), mogliśmy znaleźć się w poważnym niebezpieczeństwie, gdyby było kolejne tąpnięcie wtórne. Moglibyśmy tam zostać. Przypomniałem sobie również wstrząs wtórny, kiedy to pierwszej nocy wyjechaliśmy do działań. Zrobił on na mnie olbrzymie wrażenie – ziemia ucieka spod nóg, buja się, a wszystko to trwało może dwie, trzy sekundy… Wywołało to ogólne poruszenie wśród miejscowej ludności, co świadczyło, jak bardzo boją się powtórnego trzęsienia. Wyjeżdżając pomyślałem, że świat musi pomóc tym biednym ludziom w odbudowie zniszczeń i powrocie do normalnego życia, bo sami będą mieli bardzo ciężko podnieść się po takim ciosie.

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *