pultuszczak

Facebook


NIE MOŻNA ROZWIJAĆ MIASTA OD ŚCIANY DO ŚCIANY

2016-05-11 4:43:10

Z Witoldem Saracynem rozmawia Grażyna Maria Dzierżanowska

Ja się żyje z daleka od władzy?
Bardzo dobrze. Do każdego okresu w życiu należy umieć się przygotować. Wiadomo, że człowiek się rodzi, następnie idzie do szkoły – jednej, drugiej, trzeciej, jeśli ma takie potrzeby, potem coś robi, czasami coś osiąga w życiu, no i przychodzi taki czas, kiedy trzeba to życie podsumować, a temu służy odejście na zasłużoną emeryturę.
Przypomnijmy Pana działalność w naszym mieście…
Przez 23 lata, tylko, dyrektorowałem. Od 28. roku życia byłem dyrektorem, wcześniej zastępcą w SZKOLE nr 3. I miałem to szczęście w życiu, że zawsze pracowałem w dobrym gronie – człowiek sam nic nie znaczy, dopiero grupa może go wynieść lub… pogrzebać. Oczywiście, pewnie tę dobrą grupę gdzieś tworzyłem. Zawsze można wybierać takie osoby, które bardzie chcą pracować, bardziej się przejmują tym, co robią, są bardziej przygotowane do tego, co robią, są bardziej kreatywne, dobrze zorganizowane… Grupa złożona z takich ludzi może osiągnąć wiele. Miałem to szczęście!
Pan ma kogoś na myśli? Jakieś nazwiska?
Byłem przez półtorej kadencji przewodniczącym Rady Miasta i Gminy i była to wspaniała Rada. Wspaniali ludzie, chociażby pani Dębska – kierownik biblioteki Lelewela, która zajmowała się szeroko rozumianą kulturą, był pan Wincenty Nalewajk – dobry fizyk, nauczyciel, był pan Milewski – znakomity ekonomista z POLAMU, pan Zygmunt Kozłowski, który miał doświadczenia z różnych dziedzin – wtedy dyrektor PZU, byli inni. Oni funkcjonowali w Radzie. Wtedy na liście inwestycji miejskich, pamiętam je do dzisiaj, mieliśmy 28 inwestycji, większych i mniejszych. Miasto się rozwijało. Pierwszą była oczyszczalnia ścieków, potem budowa domu pogrzebowego, jeszcze potem stacja uzdatniania wody… Jeśli zaś chodzi o starostwo, to problem jest dosyć złożony, ponieważ byłem jedną z osób, która współtworzyła to starostwo. Dane mi było przez dwie kadencje pracować z panem starostą Tadeuszem Nalewajkiem, oczywiście starosta ma priorytet w widzeniu urzędu, ale i ja włożyłem w to widzenie swoje myśli, czyli problematykę edukacyjną szeroko rozumianą. To był też okres tworzenia różnych dokumentów, takim ważnym było opracowanie strategii rozwoju powiatu pułtuskiego. Pracowaliśmy społecznie, wiem, że inne powiaty płaciły ogromne pieniądze za takie programy. Może nasza strategia była słabsza, ale była opracowana całkiem przyzwoicie. Współtworzyli ów program pracownicy, dyrektorzy, jak również przedstawicie wszystkich gmin w powiecie.
Ostatnie Pana czasy to była współpraca ze starostą Edwardem Wroniewskim…
Tak. Każdy ze starostów to była niepowtarzalna osobowość, inna. Trzeba było się w jakiś sposób do niej dostosować. Bardzo mile wspominam tę współpracę, dobrze nam się ona układała. Pan starosta Wroniewski miał swoją wizję funkcjonowania powiatu, ale jak w każdej działalności społecznej trzeba pracować zespołowo. Radni to grupa, z której każdy ma swoje pomysły, ale nie wszystkie mogły być wcielane w życie, stąd takie, a nie inne efekty pracy. Dużo czasu poświęcał służbie zdrowia. Ta tematyka i ta problematyka była bardzo mocno eksponowana. Chcę tu zwrócić uwagę na pewien element… Były w służbie zdrowia bardzo silne związki zawodowe, które skutecznie uniemożliwiały wprowadzenie dobrej zmiany.
Teraz Pan jest radnym… Nawet radnym DYŻURUJĄCYM, będzie Pan pełnił dyżury wraz z Tadeuszem Nalewajkiem i starostą Janem Zalewskim.
Pomysł nie jest nowy. Ja np. miałem taką zasadę, że przyjmowałem ludzi, kiedy przychodzili z jakimiś pilnymi potrzebami. No, ale wówczas byłem na miejscu, w starostwie. Obecnie, kiedy jestem radnym przewodniczącym komisji, uznałem, że trzeba dać możliwość tym, którzy zechcą do mnie przyjść i porozmawiać o różnych problemach – osobistych, które czasami przekładają się na problemy społeczne, jak i o problemach dotyczących w ogóle spraw ludzkich, problemów mieszkańców. Te dyżury to kontynuacja tego, co kiedyś robiłem. Teraz, kiedy przeszedłem na emeryturę, mam przecież mniejszy kontakt i ze starostwem jako takim, i z mieszkańcami.
No i tak zgrabnie przechodzimy do dyżurów w… SLD.
Tak. Wybory w kole miejskim mamy za sobą. Jest zmiana przewodniczącego.
I to kobieta.
Tak, przewodniczącą została kobieta. Jednogłośnie wybrano obecną panią wiceburmistrz, Różę Krasucką. To ona został szefową MIEJSKIEGO SOJUSZU LEWICY DEMOKRATYCZNEJ w Pułtusku. A dyżury… Raz w miesiącu dyżuruje cały zarząd miejski, natomiast od maja będą wyznaczone dyżury cotygodniowe radnych, osób, które zajmują się problematyka społeczną w organizacjach pozarządowych. Będą to dyżury w odpowiednich godzinach.
Oboje znamy powiedzenie świętej pamięci pani Aleksandry Gadomskiej. Spytam więc: jak Pan znajduje pułtuską LEWICĘ? Same dinozaury? A może dopływ świeżej krwi? Pan się ze mną zgodzi, że nasza LEWICA jest mocno uśpiona, nawet w letargu?
Problem z LEWICĄ jest oto taki… Generalnie w skali kraju chciano przemodelować trochę LEWICĘ, rozszerzyć jej działania i myślę, ze dotychczasowe wybory wykazują, że ci radni, którzy wychodzą poza krąg LEWICY, mieli zawsze większe możliwości i uzyskiwali więcej głosów. Hasła lewicowe zostały trochę przewartościowane i osobiście uważam, że powinno się poszerzać krąg takiej prawdziwej LEWICY o innych zwolenników, niekoniecznie członków partii. Hasła lewicowe nowoczesnej partii, wrażliwej na codzienne losy ludzkie, jakoś uciekły. W naszym otoczeniu – w mieście i powiecie – zarówno PRAWICA jak i PSL są dosyć silne, stąd rzeczywiście można mieć wrażenie, że LEWICA jest uśpiona. Tu uwaga, może mało LEWICA stara się eksponować to, co robi. Przecież ludzie istnieją, działają, są w organach przedstawicielskich i myślę, że jest czas po temu, ażeby teraz dać wyraz temu, czym się ci ludzie zajmują, co robią i w jakim kierunku działają.
Pan jest znany w Pułtusku i w powiecie jako człowiek jednej partii. Nigdy nie było zakusów, by zmienił Pan barwy polityczne? Przeszedł na inną stronę? Mógł Pan się usprawiedliwić: jestem człowiekiem wsi i od dziś będę w PSL. Albo w innej partii… Dla ułatwienia życia, dla stanowisk.
Nigdy nie ukrywałem, że pochodzę ze wsi…
Nie o to chodzi, wszyscy w jakiś sposób pochodzimy ze wsi…
Oczywiście, że miałem. W zasadzie przed każdymi wyborami.
Ale nęcił kolor zielony czy inny?
Różne kolory. W polityce kolory są różne, one się zacierają, jeśli ktoś do składu mógłby się przydać… Ale nie miałem takich skłonności. Wydaje mi się, że jeśli człowiek ma – jak ja – chęci pomocy ludziom, to nie chodzi tutaj o politykę, a chodzi o politykę społeczną bardziej, politykę, która zasadza się na tym, że w różnych sprawach, nawet drobnych, można człowiekowi pomóc. Tego uczyłem się przez całe życie, począwszy od studiów, tego nauczyłem się kończąc pedagogikę, potem psychologię, organizację zarządzania. Gdzie można zrobić coś dobrego dla osoby potrzebującej, to warto jej poświęcić swój czas. To czyniłem. Mówi się, że państwo kiedyś nie pomagało potrzebującym, teraz pomaga. To fałsz. W mojej szkole, w JEDYNCE, 200 posiłków było wydawanych za darmo, bo takie były potrzeby. Oczywiście, trzeba było o to zadbać, żeby państwo na to dało pieniądze. Kiedy w województwie ciechanowskim było 23 rodziny zastępcze, to u nas było ich 19! Umiałem to tak zorganizować, że niektóre dzieci, które były zaniedbane, mogły zostać przez babcie zaopiekowane. W okolicach Rynku tych potrzeb było co niemiara. Kiedy byłem członkiem zarządu miasta, przewodniczącym RADY, także wielu osobom udało się pomóc.
OK. Ale co Pan mówił zachęcającym do zmiany partii? Przemyślę to, jeszcze zaczekajmy? Czy może, że przyjdzie taki czas? Czy ucinał Pan sprawę krótkim NIE?
Uczciwie mogę powiedzieć, że czasami rozmowy trochę trwały. Czasami trzeba było porozmawiać, natomiast nigdy nie powiedziałem, że to mi się podoba.
Obecnie PSL ma w polu widzenia i miasto i – wiadomo – powiat. Powinno rosnąć w potęgę, przynajmniej estetyczną, a jakoś tego nie widać. W ogóle nie widać. Nie widać współpracy, nadal są np. ulice nasze i wasze, a niektóre zaniedbane…
Na ten czas jestem bardzo powściągliwy w ocenach, bo to czas bardzo krótki. Nie mniej jednak brakuje mi jednego, czyli opracowania strategii i wizji rozwoju miasta. Nie można rozwijać miasta od ściany do ściany. TAKIE MIASTO JAK PUŁTUSK zasłużyło na kompleksową wizję i strategię rozwoju miasta. Oczywiście wespół z RADĄ. Ja tej strategii nie widzę, chociaż może ona jest.
I się o niej nie mówi!
A jeżeli się mówi, to za mało. Taka wizja musi być wypracowana wspólnie z pułtuszczanami, to działanie MUSI być wspólne. Musi być NASZE. To nie jest takie proste, ale nie niemożliwe do zrobienie. Jeśli ktoś chce realnie, a nie krytykancko podchodzić do problematyki rozwoju miasta, to musi widzieć wieloaspektowość miasta, musi też wiedzieć, w jaki sposób miasto może się rozwijać, np. w jaki sposób można rozwijać zabytkową część miasta, a w jaki sposób turystyczną część miasta. A turystykę powinniśmy oprzeć na rzece Narew. Na razie za wiele tego nie widać.
Na rzece i na kanałach!!! A jak Pan widzi barbarzyńsko ograbiony kanałek. O wierzby mi chodzi!
Kanały płyną (śmiech).
A wierzb Pan żałuje?
(długi namysł)Trochę.
A czym się Pan obecnie zajmuje?
Po 47. latach pracy mogę wreszcie zaplanować sobie czas, pojechać do teatru, do kina… No i odpoczywam, ale jednocześnie oddaję się trzem problemom: szeroko rozumianymi zagadnieniami organizacji i zarządzania zespołów ludzkich – chodzi tu o ocenę ryzyka, po wtóre problematyką ochroną środowiska- współpraca w ramach również oceny ryzyka. Ta współpraca dotyczy kilku działów gospodarki. To są moje ogólne priorytety i zainteresowania, działania bardziej okazjonalne, ale z udziałem w gronie profesorów i gdzie moje zdanie od czasu do czasu też jest ważne. No i polityka senioralna naszej ziemi, o której możemy porozmawiać następnym razem, jeśli pani redaktor zechce.
Dziękuję za zaproszenie do rozmowy. Ale zanim do niej dojdzie, zauważę, że syndromu odejścia od polityki lokalnej po Panu nie widać. I to jest to!
Jestem w bardzo dobrym momencie życia i oby to trwało jak najdłużej!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *