pultuszczak

Facebook


Nasz dom, nasze podwórko i nasz wygon

2017-02-08 9:21:03

Znowu Kościuszki i nasza kamienica. NASZA znaczy państwa (pań?) Czulińskich. Kamienica była pokaźna, z balkonem od ulicy, na piętrze, z kutą balustradą.

Wchodziło się do niej z ulicy, dość obszernym korytarzem z półokrągłym sklepieniem. Korytarz prowadził aż na podwórko. Na przestrzał domu. Ale… Z niego też wchodziło się – po lewej stronie – do państwa Własiuków z trojgiem dzieci – Jerzym, Anią – moją utalentowaną rysunkowo koleżanką – i Ryszardem . Mama Ani, chyba jedyna na Kościuszki, robiła cudowne pierogi z soczewicy.
Z korytarza wchodziło się do małego… korytarzyka, ciemnawego. Z niego też do państwa Bartosiewiczów (Bartoszewiczów?). Pan Bartosiewicz był szewcem, a pani Bartosiewiczowa była przemiła, maleńka i przypominała wesołą kurkę. Po prawej, ale z dużego korytarza, wchodziło się do państwa Polewaczów (ze Stefanem lubimy się do dzisiaj). Pan Polewacz, głowa rodziny, był malarzem pokojowym. Z panią Polewaczową (my, dzieci, mówiliśmy Polewaczka), jeszcze nie tak dawno spotykałam się na ulicach Pułtuska i zawsze były to miłe spotkania. Powrót do dzieciństwa.
Od podwórka (po prawej stronie, w ścianie, był kran z bardzo zimną wodą, ręce mdlały od tego zimna, kiedy się płukało sałatę z ogródka). Ale… Podwórko! Jeszcze jeden korytarz! Właśnie z podwórka, po lewej stronie – wchodziło się do niego z lękiem i ciekawością… Był zaczarowany, wąski, kręcony – właściwie była to klatka schodowa prowadząca aż na strych. Na samiuśki strych – pod niebo, jakież to było przeżycie wdrapywać się po schodach tym ciasnym korytarzem, który stał się i fascynacją, i traumą – wciąż śni mi się, że nie mogę się przez niego przecisnąć. Sama nigdy nie byłam na strychu, zawsze szłam za mamusią, a ona, przegięta w bok, z miską pełną prania… Tam na górze mieszkała pani Mierzejewska, niżej, na parterze p. Fiszko, rodzice kochanej pani Wandeczki Sadowskiej, z którą, bywa, spotykamy się na ulicach naszego miasta. Pan Fiszko też był szewcem.
Ale wróćmy do korytarza prowadzącego z ulicy, tego z półkolistym sklepieniem. Podzielony był na dwie nierówne części wahadłowymi, drewnianymi, chyba mocno zielonymi (?) i trochę sfatygowanymi drzwiami. Pokonawszy je, wchodziło się na lewo, i prawo, o czym już pisałam. Na piętro, po prawej stronie, wznosiły się schody, też chyba drewniane, raczej na pewno. Tymi schodami podążali lokatorzy dysponujący balkonem – od Kościuszki (pani Malikowa) i od podwórka (p. Borzuchowscy). Tymi schodami, tak mi się wydaje, podążała również starsza pani Aronowska (Aranowska?), która (tak mi się wydaje) straciła życie wracając z kościoła – uderzywszy się w skroń.
Przy dużym domu, kamienicy, stała, ściśle przylegająca oficyna. W niej to mieszkały dwie rodziny – państwa Sadowskich ze Stefanem, moim młodszym kumplem, nazywaliśmy go BOGIEL, i panem Mietkiem, mężem pani Wandeczki Sadowskiej, no i my. Państwa Sadowskich, on był milicjantem, wspominam z sympatią, jak państwa Janczaków (ich syn Mirek był moim starszym kolegą, a jego siostry to Ewa – dziś Wysocka i Magda (dziś Krzyżewska, żona św. pamięci Jurka). Państwo Janczakowie mieszkali z nami przez ścianę, a przez inną mieli za sąsiadów państwa Polewaczów. Przed p. Janczakami mieszkali p. Luboradzcy, mówiono, że byli wyznania mojżeszowego. My mieszkaliśmy od ulicy, pani Donata Janczakowa – warszawianka (bardzo ją lubiłam i lubię) wraz z rodziną od ogródka. Ich ogródek był w poprzek oddzielony od naszych ogródków.
A w ogródku?! Mała kapusta, która nigdy nie wyrastała na okazałą (po niej stadami chodziły paskudne LICHY), marchewka („powyciągana” korzeniami we wszystkie strony), pietruszka, pomidory, ogórki (te, jak pomidory były pyszne), kwiaty – najczęściej samosiejki tzw. motylki, ale i nasturcja, i nagietki. Przy oknach p. Janczaków szalał bez, także turecki. I czarny. Nad wszystkimi warzywami górował koper. Ogródek p. Janczaków otoczony był jaśminem i bzem, a nad naszymi dominowała jabłoń, pod którą sąsiedzi zasiadali w niedzielne popołudnia. Ktoś tam przygrywał na harmonii, dzieci tańczyły. Pod jabłonią stała drewniana beczka na wodę do podlewania ogródka. Zmszała i lekko zatęchła, ale z cudownym zielonym „porostem” na ściankach. Pośrodku ogródków prowadziła trawiasta ścieżka, którą można było zejść, zbaczając w prawo, z górki, do wygonu, a właściwie jego końca. Albo prosto, na łeb, na Baltazara.
Po drugiej stronie wygonu znajdował się zupełnie zaczarowany, trochę dziki ogród – jakby las należący do domu, w którym mieszkał dr Jankowski, dojeżdżający bryczką do zakaźniaka. Pan doktor to było – dla nas dzieci – panisko.
Ale… Wróćmy na podwórko. Na jego końcu stała ubikacja (brrr, z białymi robakami), a przed nią cuchnący śmietnik z klapą, często otwartą. Niekiedy graliśmy tam w piłkę. Smród nam jakoś nie przeszkadzał… Naprzeciw śmietnika znajdowały się dwa obudowane balkony, jakby przybudówki, przywodzące na myśl kuczki, chyba zielone, krótszy balkon był na dole – p. Bartosiewiczów, dłuższy na piętrze – państwa Borzuchowskich, którzy mieszkali w pobliżu pani Malikowej oraz sióstr – nazywały się Wronówny. Bardzo mi się te balkony podobały. Bardzo.
Nasz dom był miejscem, z którego najpiękniej odbierało się pory roku. Wszystkie były piękne… Najpiękniej pachniały maje wokół nasze domu i najpiękniej skrzył się śnieg na drzewach przy wygonie. Latem kusiła woda – wystarczyła zlecieć na łeb na szyję wygonem do wody i wrócić z niej razem z… krowami i końmi. Albo wiosna… Gwałtowne burze zalewające jezdnię i kocie łby, po których jeździły żelaźniaki, które i my DOSIADALIŚMY, dopóki woźnica nie przegnał nas batem. Zimą kusiły sanki, które – często – oglądałam przez zamarzniętą szybę, przez wychuchane „okienko”, a to z powodu częstych angin, zbyt częstych. Z buzią przyklejoną do szyby, z babcią Stasią za plecami, chłonęłam radosne wrzaski, słyszałam je aż nadto.
Tego domu, tych ogródków już nie ma. I zmalała nasza górka od strony wygonu, odgrodzona bzami od niego. Ale jest wygon. I tego się trzymam, żeby się nie zagubić w dorosłym życiu! Żeby mieć odnośniki – zawsze i wszędzie, nawet w Kazimierzu nad Wisłą, kiedy idę wąwozami. Ale sza. Kazimierz to bolesne skojarzenie z Pułtuskiem.
GRAŻA
Zdjęcie: wyższa to autorka felietonu. Wprawdzie nie jest zrobione pod jabłonią przy Kościuszki 8, ale w ogrodzie fotografa tuż za drugim wygonem

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *