pultuszczak

Facebook


MÓJ DZIEŃ W CZASIE ZARAZY

2020-04-21 2:54:15

Zapiski pułtuszczanek


GRAŻYNA M. DZIERŻANOWSKA
Czwartek, 26 marca 2020
Nie widziałam świata już ponad dwa tygodnie.
Patrzę na swoje dłonie. Jak długo trzymają się moje paznokcie, jakby były zrobione przedwczoraj, może za przedwczoraj. Trwała mi trochę puściła. A może nie, jednak nie.
Dziś po raz pierwszy od długiego czasu przykryłam łoże w sypialni dekoracyjnym okryciem, położyłam na nim wszystkie poduszki, niech się nie duszą jedna pod drugą na krześle przy słonecznym oknie. Jest tak, jakby nic się nie stało.
Z Daszyńskiego słyszę głos z megafonu o przymusie pozostania w domach. Przywodzi mi to na myśl słowa Słonimskiego: Uwaga! Uwaga! Przeszedł, koma 3. Tylko nikt nie biega po schodach…
Hala Witkowska nie odpowiada, martwię się.
Piątek, 27 marca 2020
Czekam na zwrotkę wywiadu z prezeską stowarzyszenia emeryckiego Świerczewianka Grażyną Milewską i dyrektorką PSP im. Klaudyny Potockiej Anną Kamińską. Oby przyszły. Z materiałami jeszcze sobie radzę, pomaga domowa biblioteka, w której wiele pultuscaliów.
Wczoraj długa rozmowa z mądrą Anią Latek, ciekawie patrzy na świat, na LOS. A ten ją doświadczył śmiercią męża. Jest mi bliska. Mama mojej uczennicy Martusi.
Nasze trawy w tym roku marne, co się zazieleniło, to się zażółciło, zbrązowiało. Bratki potrzebne na gwałt.
Może jutro pójdę do lasu. Pochodzić z kijami. Z kijami! Z K. i kijami!!!
Potem może porobię na drutach. Gdybym miała dużo wełny, zrobiłabym sobie sukienkę, może bym w niej jeszcze pochodziła. Obejrzę ze dwa spektakle w ninateka.pl. To zadania na dziś. Wczoraj obejrzałam „Iluzje” w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Jakie szczęście.
Sobota, 29 marca 2020
Wczoraj były imieniny Lidki. Życzyłam jej, żebyśmy przeżyły TEN czas. To pierwsze takie życzenia w naszym życiu. A na imieninach Róży w Milordzie tacy byliśmy wszyscy radośni, Lidka snuła plany, gdzie zrobi swoje przyjęcie…
Wczorajszej nocy obejrzałam jeszcze dwa spektakle, jeden z nich z Kożuchowską w roli Skarbek. Zmieniłam o niej zdanie, na lepsze. Dziś film dokumentalny – o Himilsbachu. I dokument o modzie.
Centra Ogrodowe nie pracują. Sąsiadka przez płot, pani Maria, podała mi kwitnące hiacynty do doniczki i dwa bratki – samosiejki. Wsadziłam. Podlałam. Kiedy tam będzie kolor na tym tarasie? Nawet moje cudne trawy jakieś zapyziałe, nie chcą się zielenić. A tyle miałam planów na tę wiosnę.
Dzwoniłam po wyroby do państwa Marcjańskich. Biała kiełbasa, obsuszana, cielęca, szynka. Zawsze to były doskonałe wyroby. A gadka smutna.
Potem telefon od Witka Saracyna. Podnoszący na duchu, miły. To duże szczęście otrzymywać takie przekazy, z których wynika, że ktoś o kimś myśli. Jak też od dyrektora Michała Kisiela.
Jest smog. Dokuczliwy szczególnie wieczorem. Najpierw z zewnątrz wpuszczam – wydaje się – świeży powiew do sypialni, pod wieczór, zamknąwszy okno, wypuszczam powiew do korytarzyka, na schody, żeby nie czuć smogowego smrodu…
Niedziela, 30 marca 2020
Zmiana czasu. Jest 7.52, ale nie ma słońca, a mieliśmy z K. iść do lasu. Mam wyjść po raz pierwszy od wielu wielu dni. Czy zdobędę się na ten wręcz heroiczny krok? Czy ja jeszcze umiem chodzić? Bo po domu to się snuję. Pogłębiły mi się lwie zmarszczki, a uśmiecham się tylko do lustra, aby sprawdzić, czy jeszcze umiem się śmiać.
Długo wyszukuję porcelanową filiżankę z czeluści kredensu, mimo że pod ręką, w szafce i na wystawce, mam ich kilkadziesiąt. Tylko, żeby się nie dać… Żeby nie sięgnąć dna.
Poniedziałek, 30 marca 2020
Coś mi się daty popierniczyły. Ta wyżej jest dobra. Mamy nowy dzień tygodnia, dzień po dniu, w którym myślałam, że zejdę ze świata. Rzygałam od dziesiątej do osiemnastej. Podrażniłam sobie narządy wewnętrzne imbirem, który jadłam z cytryną i miodem bez opamiętania, a imbir gryzłam niemal jak marchewkę. Ciężko było, ale do szpitala nie chciałam.
Materiały do gazety wysyłałam nocą, około drugiej.
Psychicznie czuję się niezbyt, ale daj Boże, daję radę.
Z jaką przyjemnością patrzę na Daszyńskiego, gdzie przy Wendo Park pracują kamieniarze. Widok z niedawnej przeszłości. Działa jak balsam – jakby nic się nie działo(?).
Jeszcze nie wzięłam się za gimnastykę, chociaż K. wyprał matę. K. chodzi z kijami, w ogóle jest podporą domu.
Cholera, ludzi za oknem coraz więcej. Nie siedzą na dupie, jak nawołuje Barciś.
Pada śnieg. Świeci słońce.
Wtorek, 31 marca
K. już tydzień temu zrezygnował z dystrybucji TP. Jaka to dla mnie ulga w myśleniu. A tu kłębi się w głowie, emocje buzują. Od totalnego dołu do jakiegoś dziwnego stanu, że przeżyjemy.
Na naszym drzewie już wyraźne zielone pączki listkowe. Trawy zdechłe.
Lidka zrobiła 60 pierogów z kapustą i upiekła blachę ciasta – wszystko dla córki i wnuków. I ona mówi, że nie ma siły, że się męczy.
Atusia uszyła Stasiowi maseczkę, czarną w białe czaszki, myślę, że z chusteczki Ola, w środku suche… niegdyś mokre chusteczki higieniczne. Staś dziś jedzie do Warszawy, do swojej firmy. Staś ma ciemne jak noc oczy, czarne brwi i rzęsy – wygląda jak terrorysta.
Oluś do mamy: „Mammooo, czuję się dziś jak jalapeno bez ostrości”. To tak jak my wszyscy, chyba że włączy nam się wściekłość na los, jaki zgotował nam wirus.

ELŻBIETA GRABOWSKA
Czas spędzam, jak większość z nas w strachu, obawach i niemocy. Robota z tego powodu nie idzie. Dlatego godzinami rozmawiam przez telefon, czytam książki i oglądam telewizję.


ANETA SZYMAŃSKA, IZRAEL
Jak wygląda mój dzień w czasach zarazy? Jestem Tel Awiwie, tu spędzę zapewne czas do końca pandemii, ponieważ nie mam żadnych możliwości na wyjazd z Izraela, wszystkie loty są odwołane i nikt nie wie, kiedy ruch lotniczy zostanie przywrócony.
Jestem tu już ponad miesiąc i jako że żydowska historia liczy sobie dobre tysiąclecia, prawie każdego tygodnia obchodzi się jakieś święto, trzy tygodnie temu był mój ulubiony Purim, coś jak wenecki karnawał, wszyscy się przebierają i bawią się naprawdę do samego rana, teraz właśnie zaczyna się Pesach, najważniejsze święto w żydowskim kalendarzu. Ja osobiście nie przepadam za nim, bo trzeba wypucować cały dom, musi być sterylnie jak na sali operacyjnej, trochę to przypomina nasze świąteczne wielkanocne porządki, ale jeszcze intensywniejsze.
Życie w Tel Awiwie płynie w miarę normalnie, nie ma paniki, wszystko odbywa się bez zakłóceń, firmy pracują normalnie, sklepy inne niż spożywcze są zamknięte, na ulicy obowiązuje noszenie masek. Jeżeli przestrzega się zasad, nikt nikogo na ulicy nie zatrzyma, w moje dzielnicy, czyli Ramat Gan, która graniczy ze ścisłym biznesowym centrum, policję widziałam tylko raz.
Staram się wstawać bardzo rano, żeby moc pobiegać na opustoszałych ulicach, cieszę się widokiem kolorowej roślinności, rozmawiam z bezdomnymi kotami, których jest tu bardzo dużo, ale są zadbane i zaopiekowane, ludzie o nie bardzo dbają, są to po prostu koty wolnożyjące. Bardzo żałuję, że tak jak wcześniej przed pandemią nie mogę biegać po plaży, która jest tu wyjatkowo urokliwa, no rundka wokół domu na razie musi wystarczyć.
Przed południem uwielbiam odwiedzić lokalne sklepy na mojej ulicy, także zachodzę do Pana Żabki, Pana Profesora i Pana Ziółko, tak ich sobie ponazywałam, każdy z nich jest niesamowicie rozmowny i przyjazny, uwielbiam ten krótki kontakt z życzliwymi ludźmi i mam okazję poćwiczyć mój hebrajski. Panowie mają małe sklepiki, ale tak kolorowe, pełne zapachu, owoców, przypraw, są dla mnie bardzo przyjaźni, dzięki mnie zaczęli interesować się Polską i robią codzienne postępy w nauce historii i nasze tradycji…
Codziennie staram się uczyć języka hebrajskiego, ale nie jest to łatwe, pomijając nawet inny alfabet, ale to starożytny język pełen jakiś dziwnych zawiłości i nie jest do niczego podobny, więc czasem uczę się jednego słowa parę dni, ale jedno słowo weszło mi od razu – to melafefon, czyli ogórek, to jest tak śmieszne, że nie mogę go wymówić w sklepie, bo zaczynam się śmiać…
Poza tym, jak wszyscy, czytam książki, teraz to jest trzytomowa monumentalna historia łódzkiego getta autorstwa Chawy Rosenfarb pod pięknym tytułem `Drzewo życia`, serdecznie polecam, jak dla mnie arcydzieło, jest dostępna w internecie, poza tym Netflix! To jest to, oglądam na nim angielskie seriale kryminalne, to jest mój klimat! A ostatnio obejrzałam jednym tchem „Unorthodox” świetny miniserial o młodej dziewczynie, która ucieka z chasydzkiej ortodoksyjnej społeczności, warto!
I co najbardziej mnie cieszy i smuci to to, że gotuję bez opamiętania, eksperymentuję z łączeniem kuchni polskiej i izraelskiej, właśnie przygotowuję zakwas na żurek, ale też całkiem dobrze wychodzi mi już humus, niestety nadal nie umiem zrobić dobrych falafeli, wszystko się albo za bardzo klei, albo rozpada, cóż, pozostawię to profesjonalistom, czyli małej knajpce na rogu, wciąż otwartej, ale tylko oczywiście na wynos.
Oczywiście cały dzień jestem w kontakcie z moją rodziną i przyjaciółmi i to jest najważniejsze, bo to jest najlepsza szczepionka na wirusa, być ze sobą pomimo zachowania dystansu i odosobnienia. Dbajmy o naszych bliskich, bo to jest teraz szczególnie ważne, pozdrawiam i życzę zdrowia dla nas wszystkich.


DANUTA TYSZKIEWCZ
Co robię? Odkurzam wspomnienia…
Nie pamiętam, który raz od lat czytam list Gabriela Garcii Marqueza „Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia”, autora słynnej powieści „Sto lat samotności”.
Wycofana z życia publicznego, z codziennej bieganiny, szukam kąta, albo inaczej, szukam w kątach czy zakamarkach mojego domu tego, co pozwala oddalać przygnębienie. Marquez pisał o sobie, że jeśliby Bóg zapomniał przez chwilę, że jest marionetką i podarował mu odrobinę życia, wykorzystałby ten czas najlepiej, jak potrafi.
Marquez w odniesieniu do obecnej sytuacji obnażył mi całą prawdę: Bóg podarował mi odrobinę życia, mimo że byłam marionetką. List słynnego Gabriela często wraca do mnie jak bumerang. Taka prawda.
Nadeszły lata kiedy bliscy próbują mnie chronić. Wyrażają swoją troskę dostarczaniem najbardziej potrzebnych rzeczy do codziennej egzystencji. Media co chwila upominają „zostań w domu”, a ja co robię? Liczę jeszcze raz swoje lata i próbuję oceniać rzeczy nie ze względu na ich wartość, ale na ich znaczenie. Śpię mało, śnię więcej. Ubieram się prosto, wychodzę przed dom i „rzucam się” ku słońcu .Odkrywam moją duszę. Odkrywam też, że chociaż wzrok słabnie coraz bardziej to jednak czuję, że to co dookoła mnie otacza, „widzę lepiej”…
Tylu rzeczy nauczyłam się od ludzi. Nauczyłam się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł. Tak trafnie Marquez pisał, że wszyscy chcieliśmy być na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryło się w samym sposobie wspinania się na górę.
Pocieszam się, że wspomnienia, które odkurzyłam nabrały blasku. W domu rodzinnym też słyszałam podobne słowa, które czytałam u Margueza : „Mów zawsze, co czujesz, i czyń, co myślisz. Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne.”
Kiedyś trochę się pogubiłam, a to było wtedy, gdy przyprawiałam moim dzieciom skrzydła. Zapomniałam je wcześniej zabrać, kiedy tylko nauczyły się latać samodzielnie. Teraz też często wysyłam mojego Anioła Stróża na zwiady, bo wiem, że prawdę mi powie o moich najbliższych, bo wiem, że wtedy będę miała myśli spokojniejsze.
Co jeszcze dzisiaj przychodzi do głowy w czasie tej podwójnej drogi krzyżowej ludzi na całym świecie? Myśl JP2 bliskiego i najlepszego nauczyciela mojego pokolenia :”Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne… Tylko dziś jest twoje”.
Odkurzajmy swoje myśli, radości, miłości do ludzi. Żyjmy mimo wszystko, bo nasze dzisiaj jest wszystkim.
Zdjęcia pań: Anety i Danuty z ich FB, GMD – Edward Marek Wroniewski

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *