pultuszczak

Facebook


Mąż zmarł, ale już mu lepiej

2016-09-08 10:30:12

Gminne Centrum Kultury, Czytelnictwa i Sportu w Starym Szelkowie mieści się przy ruchliwej szosie. To DROGA NA OSTROŁĘKĘ. Cytat z „Rejsu”? Oczywiście. I „Rejs”, i Szelków mają coś wspólnego. A chodzi o sztukę, czyli film i teatr

Teatrem rządzi Henia Brdękiewicz (przyjemna jak aksamit). Dla swojej teatralnej grupy jest ciocią. Ma za sobą przedstawienie „Gość oczekiwany” z uczniami, przygotowane wespół z Urszulą Rak, artystyczną duszę. Henryka: – To sztuka Zofii Kossak, skrócona wersja, wystawiona w dzień beatyfikacji Jana Pawła II, potem na kanonizację – z dorosłą obsadą. Wszędzie z tą sztuką jeździliśmy. Byliśmy w Różanie, w Makowie, w Płoniawach… Ktoś z boku: „W Karniewie, w Legionowie… Nie, w Legionowie nie!”. Były brawa na stojąco. Co czuła Henryka z Szelkowa? – Popłakałam się – zwierza się. Po „Gościu…” była „Sublokatorka”, z którą stanęli w konkursowe szranki. Jury ich zauważyło – dwa pierwsze miejsca za role męskie. Wójt Grossman zdobył nagrodę publiczności. – W wielu miejscach ją graliśmy, nawet w… Legionowie –śmieje się Henia, która od zawsze wiedziała, że jest fest reżyserką. – No i tak trochę przerwaliśmy tę teatralną przygodę, wreszcie usłyszałam: „Poszukajmy jakiejś sztuki, bo już nam się przykrzy do tych prób”. I znów jest konkurs w Pułtusku. I sztuka o frapującym tytule „Mąż zmarł, ale już mu lepiej” , wypisz wymaluj na szelkowską trupę, wesołą i optymistyczną. Sztuka podoba się Heni, ale trumny na scenie nie będzie. I już.
Kasia Brdękiewicz, synowa reżyserki. – Może ja miałam takie ukryte pragnienia, żeby zagrać, tylko śmiałości nie miałam? I jak już trafiła się taka okazja, powiedziałam TAK. Kasia zna sceniczne emocje jeszcze ze szkoły, ale dopiero teraz, w „Mężu…”, pozna je głębiej. Zagra dziennikarkę. Będzie taką Jaworowicz. Już ćwiczy słynne zakładanie nogi na nogę… – Nie jest to proste, to jakaś szkoła zakładanie nogi na nogę… Tak Kasia ucząc się roli i zakładając, wiadomo co na co, przygotowuje się do scenicznej premiery i ufa, że będzie dobrze. Ania Skrzecz mówi, że występy to dla Kasi nie pierwszyzna. Wystąpiła w roli… łabędzia na 50-lecie męża Ani i… artystycznie popłynęła.
Andrzej Skrzecz, można powiedzieć, że jest na scenie od 18 lat – gra na weselach. I śpiewa, stąd nie boi się ani widowni, ani rozmowy z nią, ani patrzenia jej w oczy. Na prawdziwej scenie stanął dzięki pani Rak i pani cioci. Najpierw grał w „Gościu oczekiwanym”, potem w „Sublokatorce”. Owszem, była adrenalina i był strach. – Ale jak się w TO wejdzie, to już płynie – kwituje. Dziś już umie „szyć” role i ratować się ze scenicznej opresji. Dla własnego rozwoju lubi podpatrywać profesjonalnych aktorów, „chociaż aktorzy też są różni i popadają w rutynę”. – Ulubiony aktor? To Amerykanin, Denzel Washington, jest taki normalny.
Ania Skrzecz (mama Oliwki, dziecko jeździ z rodzicami w teatralną trasę) była „aktorką” grupy teatralnej ŻENADA (w podstawówce w Rzewniu). – W liceum śpiewałam, a kiedy poznałam swojego męża, zaczęłam występować na weselach (zespół VEGAS). I też śpiewam. Sprawia mi to satysfakcję i radość. I tak żyjemy od soboty do soboty. W „Mężu…” gra Krzyżanowską, sąsiadkę głównej bohaterki. – Fajna rola, ciekawa. Ja w ogóle lubię teatr amatorski, coś co się bierze z niczego. Ale z aktorek profesjonalnych najbardziej podoba mi się Stenka.
Ania Kamińska, z wykształcenia nauczycielka (prowadziła program autorski o profilu teatralnym, obecnie dyrektorka, kończyła… seksuologię) tremę miała zawsze! – I mam. Ale z prób czerpię też coś dla siebie. Pani Henryka zorganizowała nam warsztaty teatralne, z których wyniosłam wiele korzyści zawodowych. Mam za sobą wiele warsztatów i nawet piszę różne śmieszne teksty dla dzieci. Pierwsza rola Ani? Ta, kiedy pracowała w przedszkolu – reżyserowała „Kopciuszka”, w którym zagrała Złą Córkę. Druga, wiadomo, „Mąż…” i Ordynatorka szpitala („Ja tu od zawału lecę, a pan mi tu zwłoki przywozi?”). Ulubiona aktorka? Jadwiga Barańska, odtwórczyni Barbary Niechcic, do której jest porównywana przez znajomych. (Tu dłużej rozmawiamy o Barbarze i Bogumile, o Tolibowskim, nenufarach i niespełnieniu). A aktorzy szelkowscy? Szczególnie zachwyca się dykcją Andrzeja, Krzysztofem i Iwonką…
Krzysiu Jastrzębski jest tatą Kubusia i Ani (jego najstarszy syn, Rafał, uczy się w warszawskim LO o profilu teatralno-filmowym) : – W „Sublokatorce” grałem jednego z lekarzy, w „Mężu…” gram… Trupa. Mówię trochę… – śmieje się. Na szelkowskiej scenie od kilku lat. Z wykształcenia instruktor kulturalno-oświatowy o specjalności TANIEC. – Taniec z teatrem ma wiele wspólnego – mówi i sięga pamięcią do swoich teatralnych poczynań. Wygrywał ogólnopolskie przeglądy wojskowe w MONODRAMIE, zdobywał wyróżniania. Potem to wszystko się uśpiło. – Pamięć jednak pozostała i dyplomy. Aż zawitała do mnie Ula i Henia, i jak moja nauczycielka powiedział, że mam przyjść na próbę, to nie mogłem powiedzieć, że nie. Przyszedłem i zostałem.
Beatka Jankowska (pracuje w różańskim Ośrodku Zdrowia – stażystka/ pracownik socjalny w pracy interwencyjnej) gra na gitarze i organach (samouk), a w „Mężu…” Pielęgniarkę Magdalenę, sympatyczną rolę, ale naiwną. Swoją teatralną przygodę rozpoczęła od „Gościa…”, potem była „Sublokatorka”, gdzie grała Nieszczęsną. – Trema? Raczej stres z powodu obmyślania kostiumu scenicznego czy… zgubionego scenariusza. Na pytanie, czy radzi sobie na scenie, kiedy coś się sypie, mówi: – Trudno mi powiedzieć, czy taka rozgarnięta jestem. Jest obawa, żeby współgrającego nie wybić z tropu. Nie mogę sobie na to pozwolić.
Jurek Marlęga gra Księdza, małą rolę. – Pierwsze zdanie roli? „Drodzy parafianie, zgromadziliśmy się, aby pożegnać naszego zmarłego brata”. Moja dykcja? Myślę, że mam dobrą, jestem po płockiej szkole organistowskiej (jest mu bliska muzyka organowa Bacha), gdzie uczyli nas także dykcji. (-Pięknie śpiewa – powiedziała ciocia Henia, a Kasia płacze, kiedy słyszy pana organistę). Wahał się, kiedy dostał propozycję zagrania w „Mężu…”. – Występy to soboty i niedziele, a ja jestem zajęty, są pogrzeby, są śluby… Ale po wielu namowach zgodziłem się. Uważa, że trema sceniczna mobilizuje, ma ją mimo ćwierćwiecza w swoim zawodzie. – Do śpiewania i grania się przyzwyczaiłem, występu przed ludźmi dopiero się uczę. Na pytanie, jakim głosem śpiewa, mówi: – Może nieskromnie powiem, że tenorem śpiewam, ale potrafię zaśpiewać każdym głosem. Od bardzo wysoko do bardzo nisko. Szeroką barwę głosu mam! No, to jest nieskromne. Ja: – To jest prawdziwe!
Hubert Rzewnicki, radny (wyróżniki: duże poczucie humoru; własne gospodarstwo w Chylinach – produkcja mleka), stanie na teatralnych deskach po raz drugi. Był Adiutantem Porucznika, jest Lekarzem. – W obydwu rolach jestem mężczyzną lubiącym popić (śmiech). Tam byłem bardziej na luzie, zaś doktora rola jest poważna – objaśnia. Hubert lubi improwizować. Cioci Henryce to się podoba. Stresu scenicznego nie ma. – Kiedyś byłem nieśmiały, jak byłem młodszy, ale jako radny pozbyłem się nieśmiałości. – „Byłem młody”? To ile ma pan lat? – pytam. – 30 lat – słyszę. Ja: – A wygląda pan na 18. – No tak – mówi aktor, który lubi… kabareciarzy. – Robert Górski jest fajny, z Moralnego Niepokoju. – Żona też aktorka – amatorka? – podpytuję. – Kasia nie chce grać, ma poważniejsze zadania. Nie weszłaby na scenę…
Maciej – Arnold Grossman (znany pułtuszczanom z „Sublokatorki” i „Grubych ryb” w reżyserii Krzysztofa Kamińskiego) to aktor z dużym talentem. Postawy słusznej, ale w pełni scenicznej witalności i w dodatku… wójt. Stanął na scenie dzięki… „szprycy wyborców”, a konkretnie dwu pań: Uli Rak i Heni. – Długo się nie wahałem. Pomogły wspomnienia z przedszkola („Czarne wrony czarno kraczą”), bieg z siostrą po mikrofon, żeby zaśpiewać przed tłumem… Śpiewał aż do mutacji, a po niej tylko słowo mówione. W Pułtusku zrobił furorę, ale wciąż nie dopuszcza do sobie myśli, że jest scenicznie utalentowany. – Prawdą jest, że gdy wyszedłem na scenę w Szelkowie, to były salwy śmiechu, brawa… Chociaż grałem kanalie. Wstydu z występowania na scenie nie mam. Trzeba być chyba kimś małym, żeby myśleć, że będąc wójtem, nie można grać na scenie. Pragnienie teatralne? Chciałby zagrać jakąś dramatyczną rolę, tragiczną. – Kłaniałby się Łomnicki – podpowiadam, chociaż za moment usłyszę, że ulubionymi aktorami aktora Grossmana jest Zamachowski i Barciś. Trema? Owszem, przed wejściem. Wchodzi na scenę, widzi teatr ogromny i jest lepiej… Czarne dziury w pamięci? Owszem, jakieś potknięcia były, ale rzadko. I wybrnął z nich, po prostu „szył”. Grossman wciąż buduje swoje role, nie zasklepia się w kreacji. – Nawet w trakcie spektaklu pojawiają mi się jakieś pomysły – podaje. W sztuce, którą pułtuszczanie obejrzą w październiku, gra Grabarza. Już myśli o kostiumie. Może czarny… Ale jako aktor nad aktorami pierwszy raz usłyszał, że upuszczony scenariusz należy… przydeptać! – No, widzi pani, jestem amator! – Dla mnie jest pan mistrzem!!!
Wiesia Krakowska, wiadomo, nazwisko aktorskie. Określa się jako „szalona i spontaniczna”. – Moja obecna rola? Mała. Jola. Ale pełna emocji. Pierwsze jej zdanie? „A próbowała mama z piąchy walnąć?”. Wiesława-Jola tremy nie ma. Po głównej roli w „Sublokatorce” nie wypada. – Ta rola była dłuższa, większa, mogłam się bardziej wykazać – mówi. Że nosi w sobie artystycznego bakcyla, wiedziała od zawsze. O tym, żeby zostać aktorką, marzyła od dziecka. – Ale myślałam, że to nierealne, mieszkałam na wsi (obecnie pracuje w swoim gospodarstwie w Orzycu. – Doję krówki i powtarzam rolę), ale marzenia się spełniają. Gram amatorsko, jak czuję. I zawsze występowałam w szkole – recytowałam. Lubi Kożuchowską, ale żeby tak szczególnie kogoś to nie… Wiesława chciałby się sprawdzić w kabarecie. – I mamy to w planach – mówi. Tymczasem kocha stare kino, z przekazem.
Dyrektor GCKCiS Iwona Gutowska: – Jestem u siebie, czuję się swobodnie i jestem bezpośrednio zainteresowana, żebyśmy wszyscy pracowali na sukces. Pierwsza sztuka była na nasz wewnętrzy rynek, później pomyśleliśmy, żeby pokazać się dalej, bez jakiegoś specjalnego parcia na popularność, ale po to, żeby ta nasza praca po prostu przekładała się na radość ludzi, którą widzimy na spektaklach. Fajny jest odbiór. W „Mężu…” Iwonka gra Wdowę, to jedna z głównych ról. Lęku przed występami publicznymi nie ma – wiadomo, zawodowiec. Ale, jak mówi, lubi być przygotowana. Wychodzi z założenia, że „albo perfekcyjnie, albo wcale”. Trema? Miała ją… dwa razy. I kosztowała ją wiele stresu. – Jednak myślę, że to, że jesteśmy 3 lata razem, daje nam taką pewną swobodę. Parę razy nam się zdarzyło uratować przed zawieszeniem kompletnym dialogu. Przez swoją spontaniczność, czasami nas to bawi – mówi pani dyrektor. – Widzowie nawet mówili, że warto chodzić na każdy spektakl, bo nigdy nie wiadomo, czym zostaną zaskoczeni. Uważa, że ludzie czekają na lekkie sztuki, prostsze w odbiorze, odprężające. Za credo szelkowskiego zespołu można uznać słowa pani Iwony, które – ujęte w zdanie – brzmią następująco: – Nie jesteśmy profesjonalistami, nasze życie nie wisi na włosku od tego, czy my grę „sprzedamy”, czy nie, spektakl nie przekłada się na jakość naszego życia i apanaże, których nie otrzymujemy, i w związku z tym mamy do czynienia z zabawą i przyjemnością. Ja: – Nic dodać!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *