pultuszczak

Facebook


Jakże inna choinka, jakże inny żłóbek

2016-12-28 11:15:31

Basi Jakubowskiej – Piotrowskiej

Kiedy byliśmy dziećmi, wszystko było inne (nawet zimy były inne, bo śnieżne), nawet świąteczna choinka… Pamiętacie zmrożony zapach świerku? To świerkowe zimno i ten świerkowy czarujący zapach wchodziły do domu wraz z bożonarodzeniowym drzewkiem. Prosto z dworu, najczęściej prosto z lasu… Zaraz gromadziła się przy nim domowa dzieciarnia i zaczynało się strojenie choinki, najczęściej w wigilijny ranek. Podłoga wyszorowana, zapastowana, na niej stojak, masywny, stabilny. Nasz pochodził (chyba) z zakładu GLINKI. Zielony był, jak choinka, na której czubku znajdował się tzw. … srebrny czubek z żółtym wgłębieniem pośrodku. Pod nim „siadała” pazłotkowa gwiazda. Gałązki uginały się od włoskich orzechów, zawiniętych w wszechobecne pazłotko, od długich jak sople kolorowych cukierków, rajskich jabłuszek. I bombek. Całość od góry do dołu, jakby przeźroczystym płaszczem, spływała anielskim włosem.
No i pysznił się łańcuch. Eh, łańcuchy. Te robiliśmy na zajęciach praktycznych (czy tak się w istocie nazywał ów szkolny przedmiot?). Pani od zajęć, śliczna i przemiła Alina Wróblewska – takie pedagogiczne objawienie, dowodziła nami przy tej łańcuchowej robocie. Na ławkach leżały bibułkowe harmonijki, różnobarwne, i pocięte słomki. Jedno i drugie nawłóczyliśmy na długą długą nić- na przemian. A potem, uważnie, nieśliśmy te cuda do domów, by na końcu ubierania choinki zawiesić je po ukosie. Jak bibułkowe jeżyki. Pracę przy drzewku kończyło zakładanie na gałązkach blaszanych lichtarzyków, w które wkładało się kolorowe, cienkie świeczki, „kręcone”, czerwone, żółte, niebieskie. Oj, było z tymi świeczkami wiele zamieszania – chyba każda z rodzin go doświadczyła… A to zamieszanie? To moment, kiedy od palącej się świeczki zajmowała się płomieniem odświętna choinka. Pamiętacie ów syk, ów płomień, który skakał po anielskim włosie, parzył świerkowe igły… Drzewko mogło się też zająć od zimnych ogni, których drucik był gorący i parzył w palce…
Nie uwierzycie, naprawdę poczułam zapach, zapach, palącej się choinki…
Dziś moja choinka jest zupełnie inna – dizajnerska, bezpieczna, nie sypiąca igłami, bez cukierków, jabłek, orzechów. Białe drewniane (z przecierką) drzewo – lampa. Na jego gałązkach wiszą jakże inne niż w rodzinnym domu bombki, serduszko od pani Hani Nuszkiewicz, na jednej z gałązek siedzi drewniany ptaszek. U nasady znajduje się bożonarodzeniowy wianuszek. Dynda mikołajek. Przepiękna bombka od dzieci z SOSW… I świecą się okrągłe kule – wszak to choinka – lampa.
Mam też żłóbek, lalka córki z Pewexu robi za Jezuska, który leży na sianku od Halinki Witkowskiej, szefowej Kuźni Kurpiowskiej, a żłóbek to koszyczek od państwa Wąsiewskich (w nim były kwiaty od Różyczki Krasuckiej). Obok jest… zwierzyniec i anioł z Krupówek w Zakopanem, po których dreptaliśmy, będąc na obozach ze Sławkiem Krysiakiem. Niestety, w dobrym miejscu (ale nie wiem gdzie) leży przetrącony (upadł nam – Atusi czy mnie) Jezusek. Córka przed laty przyniosła go z kościoła, z lekcji religii, przed Bożym Narodzeniem. Jest jarmarczny, tłuściutki, złocony i bardzo chciałbym go wreszcie znaleźć w domowych zakamarkach.
No i zrobiło się słodko, słodziutko, bo takie są nasze polskie święta… a na zdjęciu pani Olga w pniewskiej Kuźni na tle choinki, która najbardziej przypomina te dawne.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *