pultuszczak

Facebook


JAK REŻYSERUJĘ, NIE WIDZĘ SIEBIE

2017-11-24 9:22:50

Siedzimy w Nadleśnictwie Pułtusk, gdzie trwa remont. Na zewnątrz pięknie – roślinność zadbana, czystość. Zielono. Zielone są mundury leśników. Zielono również w ich duszach. Rozsiewają tę swoją dobrą aurę, dlatego Pułtusk ich pokochał – aktorów TEATRU POD DĘBEM, którego reżyserem jest Adam Gadomski

Adam jest gawędziarzem, ale… lubi zaskakiwać, wtedy MÓWI, prawie… milcząc. Poproszony przez mnie o odpowiedzi na pytania, napisał:

Pan od dawna reżyseruje?

Od 2015 roku, czyli od pierwszej edycji PTA-K -a.

A gra na scenie kusi?

Skusiła od samego początku, dlatego gram w każdym reżyserowanym przez siebie spektaklu.

Gdyby Pan został zapytany o najświetniejszy spektakl III PTA-K-a, to co by Pan powiedział?

To jasne – „Bułhakow „. A tak poważnie, widziałem wszystkie poza swoim i niestety…wszystkie były świetne. Dlaczego niestety? Bo to przecież rywale, oj za dużo gadam.

Największy trud w montowaniu sztuki wystawionej w Pułtusku?

Brak odpowiedniego pomieszczenia do prowadzenia prób, w tym miejscu gorące podziękowania dla pani dyrektor MCKiS, że w sytuacjach awaryjnych zawsze gdzieś nas „przytuliła”.

Brał Pan udział w letnich warsztatach w MCKiS? Wrażenia? Korzyści?

Tak. Wspaniali prowadzący, którzy w ciągu tak krótkiego czasu potrafili przekazać tak wiele cennych dla nas wskazówek.

Który pogląd dotyczący teatru jest Panu najbliższy: Teatr to miejsce, w którym człowieka może spotkać przygoda intelektualna, Teatr jest nośnikiem pewnych treści, Teatr ma w sobie magię?

Wszystkie trzy, bowiem nic bardziej nie skłania nas do przemyśleń, refleksji oraz nie rozbudza naszej wyobraźni jak odpowiednio przekazane żywe słowo.

Moi aktorzy to…

Cóż za pytanie, oczywiście, że moi!!!

Marzenia reżyserskie? Przyszłość Pana grupy teatralnej?

Komplet widzów na naszych spektaklach, bo to od nich zależy nasze dalsze istnienie. Myślę jednak, że tak wspaniała nasza pułtuska publiczność nie pozwoli nam szybko zejść ze sceny i nie tylko nam.

Gdyby Pan zechciał jednym zdaniem skomplementować PTA-K-a, to…

Pani Izo, PTA-K będzie do końca świata, tak? Och, jak to dobrze. Dziękuję, PANI Izo.

Coś jeszcze? Co się Panu marzy powiedzieć?

Serdeczne podziękowania dla publiczności, bowiem bez widza teatr byłby tylko pustym słowem.

PS

Już słyszę ten komentarz: „Ale się nagadał…”. Mimo wszystko pozdrawiam serdecznie.

Dzisiaj siedzimy w trójkę. On – reżyser Adam Gadomski- Nikołaj Szywarow i ona – Anna Sokalska – Helena, żona Bułhakowa.

Mówi Anna, Adam słucha:

– W „Bułhakowie” nie jestem cały czas na scenie, tekstu mam mniej. W „Pierwiastku z minus jeden” byłam praktycznie cały czas. Tekstu dużo, więc i zdarzyły się pomyłki. Dialogi były podobne i można było PRZESKOCZYĆ fragment sztuki, WYCIĄĆ najważniejszy. Raz się zdarzyło, że wycięliśmy ważne fragmenty Adama jako DIABŁA, filozoficzne, drugi raz było tak, że musiałam wrócić do opuszczonego fragmentu. Koledzy pomogli mi wejść w tę improwizację i WRÓCIŁAM. Ciężko czasami jest, człowiek się skupia, ale stres robi swoje. W „Bułhakowie” nie było takich sytuacji. No, inna sztuka…

Anna ze sceny ciemność widzi. Publiczności nie dostrzega. Osoby, do której mówi, nie szuka. Zresztą żadna ze scen sztuki takiego kontaktu nie wymagała. Kolejne edycje PTA-K-a nie uwalniają jej od stresu. – Tak samo mi się nogi trzęsą, dobrze, że mam długie sukienki – śmieje się. – Dobrze, że jeśli miałam krótszą, to siedziałam. Przez cały spektakl tak się trzęsę, nawet jak publiczność żywo reaguje. Przynajmniej tak jest na premierach.

Nie, o tym, żeby myśleć na scenie o innych niż teatralne sprawy, nie ma mowy. Wszystko krąży wokół teatru, od samego rana, bo to trzeba się przygotować, zrobić powtórki, uzupełnić coś w scenografii, np. dokupić kwiatów, kupić chleb na sceniczny stół… Jest adrenalina. Człowiek zapomina o świecie. – Ja się w pewnym sensie odstresowuję, nie myślę o pracy, o dniu codziennym, owszem, stresuję się występem, ale ten stres jest pozytywny…

Jedni idą w góry, drudzy grają w sztuce…

Co było trudne? Zaśmiać się z żartu Marka (śmiech), w bufecie, to dość znany żart – mówi Anna – Helena. Do rozmowy włącza się Adam. – Dziecko chce pójść do sklepu po cukierki. Mama mówi: „Dziecko, taka brzydka pogoda, pada deszcz, psa by z domu nie wygnał, tata pójdzie”. Anna: – I ja musiałam się zaśmiać, a reszta się nie śmieje… Na próbach to przeważnie za wcześnie się śmiałam, bo już myślałam, że muszę się zaśmiać. I ostatnia scena była trudna – krótkie dialogi, konkretne odpowiedzi…

Co Anna pomyślała, kiedy Adam rozdał teksty „Bułhakowa”? – Pomyślałam, że to nie TO mieliśmy grać, w planach mieliśmy coś innego, komediowego. Że trudno TO będzie widzom przekazać. I te zmiany dekoracji… Ale udało się.

Teraz Adam.

– Dużo mnie to trudu kosztowało, próby zaczęliśmy późno, pod koniec maja. PRZELECIAŁEM cztery opasłe tomy „Antologii dramatu polskiego” – Fredrę, Krasickiego, Blizińskiego… Nie było takiej sztuki, która pasowałaby do naszej obsady. Nie mogłem zebrać obsady, namawiałem, prosiłem, błagałem, mówiłem, że to nic strasznego, że dadzą radę… W końcu zebrałem 11 osób, zdecydowałem się na „Zapomnianego diabła” Drdy, ale zabrakło mi trzech osób. (TU Adam opowiada o kontakcie z reżyserką Teresą Dzielską z Dobronia, zawodową aktorką, a chodziło o „Zapomnianego diabła”. Tak narodził się pomysł zaproszenia jej teatru do Pułtuska). Więc jeszcze raz „Antologia…”. Znalazłem „Dwór nad Narwią”, akcja dzieje się w Kleszewie, duchy, ale dialogi trudne, bałem się nudy. Ciągle mi ten „Bułhakow” się przewijał. Przeczytałem go kolejny raz, wczytałem się, przypomniałem sobie zarazem „Mistrza i Małgorzatę”. Powiedziałem zespołowi, zespół przeczytał, zespół: „Niee, nieee…” – relacjonuje Adam.

Zespół kręcił z początku nosem,

ale Adam poprosił, by aktorzy przeczytali „Bułhakowa” jeszcze raz. Wreszcie aktorzy powiedzieli TAK. Zespół zaczął ŁAPAĆ, o co chodzi. Tu reżyser mówi coś przeciwko sobie i zespołowi, coś o niedosycie, nawet o niesmaku. – Według mnie – zwierza się – nie pokazaliśmy wszystkiego, jak powinno być. Wchodzi w szczegóły – gmd. – Wydaje mi się, że Marek Bartołd, Paweł Kierkow, wykonał ostatnią scenę tak na cztery plus. A ostatnia moją scena? No właśnie! Jak reżyseruję, nie widzę siebie, nie mogę się ocenić. Nie wiem, czy dobrze zagrałem. Ja chciałem pokazać Szywarowa w kilku jakby odsłonach – podaje grający oficera NKWD. – Człowieka o różnych twarzach, charakterach, osobowościach – od cynika do wrażliwca.

Teraz nowi aktorzy.

– Ania mi pomagała w tworzeniu zespołu. Trzy nowe aktorki i trzech nowych aktorów… Z Jakubem Dołęgą, czyli scenicznym Nikołajem Erdmanem spotkałem się w pracy, był na stażu, zapamiętałem go. Pomyślałem, że będzie mi pasował. No i wstrzelił się. Początkowo spięty był, powiedziałem, żeby nie grał, żeby był sobą, ale trochę wody upłynęło… Łucyjka Pilińska – Annuszka, sprzątaczka, idealna. No i BUFETOWA… Miał być BUFETOWY, ale Agnieszka Łempicka (Fiokła) się zgłosiła do zespołu, więc ją obsadziłem w tej roli. Trochę się o nią bałem, nie lubi się wyróżniać, ale SIĘ WKRĘCIŁA… Agnieszka na szósteczkę!

Ja: – Nowi to też Beata Olszak, Michał Orłowski i Wojciech Szydłowski. Wszyscy zdali egzamin!!!

Anegdoty, anegdoty…

Będą to anegdoty dotyczące różnych sztuk TEATRU pod DĘBEM. Ania do Adama: – Tylko nie mów o płaszczu. Adam: – Daj mi to powiedzieć, niestety, będzie wulgaryzm! Opowiada: – Scena trzecia. Mieszkanie Bułhakowa. Marek – Kierkow wychodząc, zakłada płaszcz. Tak jest w scenariuszu. Potem wraca w tym płaszczu i mówi o płytach… Ale… Ania po scenie drugiej uprzątnęła płaszcz z wieszaka (Ania chichocze – gmd). Marek więc wchodzi, szuka płaszcza, nie ma płaszcza… Jeszcze rozmawia o tych płytach, wychodzi, zamyka drzwi i… Przy drzwiach jest kotara, przy niej są głośniki. I Marek mówi wcale nie scenicznie: – Kto mi zap…dolił płaszcz?! Mówię: – Marek, Boże kochany!.

Ania: – Okno nam spadało ze trzy razy… Na szczęście za kurtyną. A w sztuce „Marcowy kawaler” – premiera, jeszcze nie wiedzieliśmy, co się czym je… Panowie mieli takie same buty, ten sam kolor, różne rozmiary. Adam się przebiera, przebiera, sztuka trwa… Adam mówi:

„A gdzie są moje buty? W czyich ON butach poszedł?”.

Ja: „Adam, twoje tutaj stoją!”. Taki był po prostu zdenerwowany… Mnie to bardzo rozbawiło…

Adam: – Jest taka scena, w której muszę przygotować się do wyjazdu…Spoglądam w lustro, poprawiam krawat… A że miałem chwilę, włożyłem okulary, spojrzałem w tekst i słyszę, że muszę na scenę… Wchodzę na nią, podchodzę do lustra, a ja w… okularach. (gromki śmiech). Bach te okulary do kieszeni, nie wiem, czy zostało to zauważone, ale ja byłem przerażony. Kolejna anegdota, pani Grażynko… Chodzę po scenie, rozmawiam z Heliodorem i mówię, mówię i… biała plama. Przeszedłem scenę raz, drugi raz, wracam po raz kolejny, czwarty raz, myślę, nie będę dalej szedł, muszę coś powiedzieć. Ale… Marek zna tekst swój i zna partnera… Podchodzę do Marka i mówię coś, czego nie było w scenariuszu:

„Oj, Heliodorku, Heliodorku”.

Wypadało jeszcze powiedzieć, że całkowita klapa… A Marek poszeptał…. mhu, mhu, hu – podpowiedział mi. I momentalnie się OTWORZYŁO…

Adam jeszcze opowiada o mrożących krew w żyłach zapętleniach z tekstem, jak je nazywa Ania. O tym, jak się zdarza PRZESKOCZYĆ tekst, do którego potem się wraca. Adam kiedyś uratował taką scenę z Anią. Jak już powtórzył kwestię po raz drugi, dodał: „I jak już wcześniej powiedziałem…”. Tak ładnie wybrnął z… powtarzania przez przeskoczenie tekstu przez Annę.

Adam ma tę wadę, jak mówi, że na scenie myśli o sobie i zarazem o wszystkich. Ania mówi, że nie jest w takim myśleniu jedyny.

– Dlatego bardzo ważne są próby!

– mówi reżyser Gadomski i to, że jeśli widzisz, że z partnerem scenicznym coś nie tak, to nie czekać, od razu reagować… Anna śmieje się: – Adam jest ciężkim reżyserem… On nas… mobilizuje. Adam: – Ciągle mówię: „Stop! Stop!”. A oni się denerwują, że im przerywam…

A raz było tak… Ale najpierw uwaga – Józio Dyga, zdarza się, nie przychodzi na próby, owszem tekst zawsze zna, ale ruch sceniczny niekoniecznie. I co on zrobił na scenie w jednej ze sztuk? Runął przed Anią na kolana, Ania szeroko otworzyła oczy, nie wiedziała, co się dzieje, ale jakoś się domyśliła, że Józio chciał ubarwić scenę…

Ania: – Postanowiliśmy wystawić „Pierwiastek z minus jeden” na spotkaniu edukatorów leśnych. Pomyślałam, że fajna grupa ludzi, że się im pokażemy. I pani sobie wyobrazi, że przez pierwszy akt była kompletna cisza.

Co się dzieje?

A im się tak sztuka podobała, że się bali zrobić ruchu, żeby nas nie rozproszyć. No, publiczność jest dla nas ważna, reakcja musi być…

– I co ciekawe, pani Grażynko, publiczność, zarówno w Pułtusku, jak i w Makowie, nie śmiała się w miejscu, w którym słyszy: „Do niedawna nie rozmawialiśmy z towarzyszem Hitlerem i towarzyszem Ribbentropem, a teraz owszem, porozmawialiśmy sobie i mamy cztery nowe republiki”. Na ha ha nie było – podaje Adam. Ja: – No, nie było, bo i śmiech jest różny: ha ha, półuśmiech, uśmiech w duszy, pod wąsem…

Na pytanie, co pan reżyser twierdzi o grupie z Dobronia Teresy Dzielskiej (wystąpiła w PTA-K-u poza konkursem) Adam mówi, skromnie: – Jesteśmy od nich baaardzo daleko. Widać warsztat reżysera, dogranie szczegółów. Widziałem GÓRĘ, wysoki stopień artyzmu. No, zawodowa aktorka.

Ostatnie słowo Adama, którego kochają pułtuscy widzowie: – Chciałbym kontynuować działalność naszego TEATRU. Większość zespołu jest za. Moi aktorzy uznali, że to świetna zabawa i poprawa relacji między nami, że wyjście na scenę to coś niesamowitego. Jeżeli kogoś zawiedliśmy, postaramy się poprawić. Czy może to pani napisać?

Mówię, że klawisze mojego laptopa tego nie przyjmą.

Ostatnie słowo Anny: – Ja zapraszam jeszcze raz na naszą sztukę – „Bułhakow”. Zaintrygujemy publiczność.

A pułtuszczanie? Ci kochają Teatr pod Dębem, bo jakże inaczej. Zna go też publiczność w ościennych miastach: w Makowie Mazowieckim, w Różanie, Karniewie, edukatorzy leśni z kraju go znają… Śpiewają o nim nawet leśne ptaki za Narwią i dęby dębem powtarzają, że nie ma lepszego TEATRU niż POD DĘBEM.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *