pultuszczak

Facebook


Jak nas widzieli – przez lata, czyli galimatias modowy

2019-03-27 11:13:29

Z cyklu PUŁTUSK WIDZĘ

Nasza Ata miała duży, metrowy worek ubranek. Wykonanych przeze mnie na drutach, ale najczęściej na szydełku. Nawet śliniaczki, te z tzw. zerówki kupionej w pasmanteryjnym w Rynku. W lecie nosiła sukieneczki, właśnie z zerówki, zimą z wełny lub akrylu. Jasne, że nie tylko. Pamiętam jej płaszczyk uszyty przez krawcową wg mojego projektu i sukieneczkę z moich jeansów, uszytą ręcznie igłą groszówką, kordonkiem, wyraźnym ściegiem. Z kieszonką i szydełkowym wiązaniem w pasie. Wisi w honorowym miejscu na poddaszu i robi za dizajn. Ubolewałam, że nie mogłam jej ubrać, jakbym chciała. Bo jak mówi klasyk NIC NIE BYŁO. Gdzie więc byliśmy, stamtąd przywoziliśmy ciuszki dla córki – z Czechosłowacji, z DDR. Najżałośniej na córce i dzieciach lat 70. Wyglądały rajstopy, najpierw bawełniane, potem elastyczne. I te, i te były do d… Spadały i rolowały się przy kostkach.
Wydaje mi się, że ja, w latach 50., byłam ciekawiej ubrana. Miałam obowiązkową kokardę na czubku głowy. Sukieneczki szyte przez Mamusię z perkaliku lub kretoniku, z bufkami, do sukieneczek kubraczek bez rękawów, z tzw. sukna, niezapinany, haftowany na przodzie, do tego konduktorka. Takie mam zdjęcia… Zimą nosiło się futerko z królika, taką też czapę, a futerko było przyozdobione pomponami wykonanymi z króliczej skórki. Do tego buciki filcowe, przybrane skórką, zapinane z tylu na sprzączki. Latem nosiłam kamaszki, takie z cienkiej skórki, zawiązywane na sznurówki, do skarpetek. Rajstopy ze mnie spadały, OBWAŻANKOWAŁY SIĘ jak u córki. Kiedy wychodziłam na podwórko w nowej sukience, Mamusia mówiła: „Tylko się zaraz nie pobrudź. Zobacz, jak pięknie wygląda Ania Własiuk! Ona się nie brudzi”. Moją zmorą była chusteczka na głowie. Wciąż chorowałam na anginy, na uszy i kiedy tylko był chłód i był wiatr Mama zakładała mi ją na głowę. Mam takie zdjęcie. Boże, z klasą! Że ja nie ściągałam tej chustki, i co z tego, że ładnej, wyrabianej na krosnach przez warszawską ciotkę (zwaną w naszym domu I PROSZĘ JA CIEBIE), robiła te chustki do CEPELII, sama się dziwię.
Te kokardy… Olbrzymie… Jak one się trzymały na naszych głowach, na cienkich dziecięcych włoskach? Dobrze je pamięta Jadzia Kaźmierczak, której mama była domową krawcową i pięknie szyła. Sukienki, śliczne i kolorowe, Jadwinia miała przeszywane z sukien sąsiadek, pań Zawadzkich, mieszkających w oficynie kamienicy przy Rynek 29. Pamiętacie? PRZESZYWANIE było bardzo modne… Jadzia jeszcze ma w oczach zgniłozieloną sukieneczkę z organtyny i pajacyki młodszego brata. Przysłała mi zdjęcie z dzieciństwa – „bandy z podzamcza”, na którym jak na dłoni widać modę damską i męską. Więc kokardy. Więc sukieneczki z krótkimi rękawkami. Na zdjęciu jedyny chłopiec w krótkich spodenkach na szelkach. Aj, te szelki! Urody chłopcom nie dodawały.
Krysia Farska, mama córek z lat 70. i 80… Pamięta, że UBRANEK W SKLEPACH NIE BYŁO. Garderobę córeczek uzupełniała więc tymi zrobionymi na drutach lub na szydełku. To były sweterki i sukieneczki.
Grażynka Kozioł (w felietonie wykorzystałam zdjęcie jej siostry) napisała mi, że jej garderoba składała się z ubranek szytych lub UDZIANYCH na drutach. Czapki i szaliczki też były robione ręcznie – na drutach. Płaszczyki, na przykład, szyła siostrom babcia. Grażyna zapamiętała melanżowy, też białe sukieneczki, na zimę kamaszki, na lato sandałki.
Teraz Wandzia Kamińska, moja przyjaciółka. Ta to ma pamięć. Jej córka Luizka to rówieśniczka mojej Aty. O dziecięcej modzie naszych DZIEWCZYNEK tak napisała: włosy – na pazia, także warkoczyki z wplecioną wstążką, również w tzw. koszyczek. Spodnie – farmerki, przywożone z Czechosłowacji lub kupowane na bazarze Różyckiego. Fartuszki szkolne – ze skrzydełkami. Na nogach sandałki, do nich białe podkolanówki lub skarpetki. Obuwie? To też juniorki lub tenisówki. Zimą RELAX-y. Ubranie zimowe? Chłopcy – budrysówki, chociaż i dziewczynki także je nosiły, dziewczynki ubierano również w kożuszki, były i haftowane, te z Różyckiego lub przywożone przez panie handlujące z Turcji.
Wanda, rozczulona sięganiem w przeszłość związaną ze swoją młodością, ZATRZYMAŁA się na takich oto obrazkach. Włosy tapirowane, utrwalane… wodą z cukrem. Na głowie beret z włóczki wypchany torebkami foliowymi. Dla wysokości. Ubrania. Sweterki bliźniaki – przez głowę, na nim rozpinany. Kupowane w komisach. Sukienki? Z krempliny, która była droga. Najczęściej z kołnierzykiem be – be. Latem nosiło się sukienki odcinane w pasie, szyte z koła, z dołem wziętym w cienki drut. Spódnice solejki… Albo jedna część wzorzysta, druga bez nadruku… Płaszcze ortalionowe, te przywożone z bazaru na Pradze. Granatowe, czarne, w kolorze butelkowej zieleni. Pamiętam, że szeleściły jak szuwary nadrzeczne albo rój pszczół. Zimą jesionki z tweedu obszyte u szyi liskiem. W ręce torebka – kuferek – z praskiego bazaru lub z pawilonów z Nowego Światu. Ale i konduktorki. (Do nich mam słabość do dzisiaj). Też torby na ramię szyte ręcznie z pluszu lub weluru pozyskanego z łóżkowych nakryć. Na te torby Wanda miała dużo zamówień od szkolnych koleżanek. Pończochy? Nylony lub fildekosy ze szwem. Te dobrze się trzymały jedynie na grubych nogach. Ja o fildekosach mogłam jedynie pomarzyć – nogi miałam jak patyki.
Ja! Jakże pamiętam sukienkę ze skaju, brązową princeskę, z Różyckiego. To czas, kiedy byłam panienką. Sukienki z jedwabiu milanowskiego szyte przez Mamę, pamiętam ich chłód w gorące lata… Granatowy pikowaniec na zimę. Buty baleriny. Spódnice bananówki. Pamiętam niebieskie elastyczne narciarki przywiezione przez Tatę z NRD. Torby szyte w ręku z jeansowych spodni, haftowane lub w podobnym stylu z materiału DYWANIKOWEGO, a te upolowane w jednym z orientalnych sklepów warszawskich. Sukienki robione na drutach lub w siatkę na szydełku. Z barwnej zerówki. W kolorowe pasy. Raz wystrojona w długą do ziemi szydełkową sukienkę, wykonaną luźnymi słupkami, w butach rzymiankach, z dużą torbą materiałową na ramieniu, o mało nie spowodowałam katastrofy drogowej. A było to w dzień targowy, na rozjeździe przy starym szpitalu… Chłop mało nie spadł z wozu… Niestety, już nigdy potem nie byłam obiektem tak wielkiego zainteresowania modowego… I tak prześwitującej sukienki.
GRAża

Zdjęcie: siostra Grażki Kozioł

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *