pultuszczak

Facebook


I WCIĄŻ JEST!

2018-04-20 10:18:48

Z cyklu Pułtusk widzę

Ulica Kościuszki? Dobrze, na prośbę naszych CZYTELNIKÓW, także moich dobrych znajomych (Grażka Buczyłko, Hania Sadkowska, Rysio Własiuk), ale naprawdę trzeci felieton pod rząd i na razie finito
Dziś cmentarze i ich okolice. Bo Kościuszki to droga do wieczności, ulica teatr, którą – przed laty – podążali aktorzy – żałobnicy ubrani w czerń, z kwiatami w rękach. Bywało, że po przejściu żałobnego konduktu leżały na jezdni kwiatowe główki, które odczytywałam jako pospektaklowe programy.
Więc te cmentarze… Było ich trzy, te WYRAŹNE – pierwszy, drugi i RADZIECKI z piękną glorietą. Ale… Ale i ewangelicki, na którym nie było zabytkowych obiektów, ale pierwsze wzmianki o nim pochodzą z roku 1822.
Pierwszy cmentarz, zaniedbany przez lata, pomału, nawet bardzo pomału, dźwiga się ku cmentarnej estetyce. Frontowe ogrodzenie, kamienne, z roku 1925, już inne, też kamienne, ale mniej estetyczne od poprzedniego (zbyt wysokie). Solidne furty, wykute w dawnym zakładzie Glinki, są świadectwem dawnej dobrej roboty. Zupełnie nie korespondują z bramą, która powstała stosunkowo niedawno (jest zbyt SUBTELNA w stosunku do kutych furt). Przy drugiej furcie znajduje się kurhan z 1920 roku. Po drugiej stronie ulicy, gdzie dziś usytuowane są domy jednorodzinne, rozciągały się (do lat 80.) grunty majątku Aranowskich. Z nimi, w dół, graniczył zabytkowy cmentarz Świętokrzyski, pułtuskie Powązki.
Te Powązki… Jak one płonęły w Święto Zmarłych… Skumulowany dym z nagrobnych lampek docierał, od strony Baltazara, aż do NASZEGO domu, przy Kościuszki 8. Łunę widać było z naszych ogródków, położonych w górze ulicy.
Ileż to ja się nachodziłam na te nasze cmentarze, odprowadzając pogrzeby. W ilu uczestniczyłam. Ile przerażenia było we mnie, kiedy rodziny darły włosy z głów, gdy ciała ukochanych składane były do ziemi… Pamiętam, że dzieci marły wówczas często, marły matki podczas porodów, razem z nimi dzieci… Co było ze mną, że tak uporczywie brałam udział w pogrzebowych ceremoniach? Nie wiem, wiem, czym się to skończyło – potem już z ogromnym trudem uczestniczyłam (i uczestniczę) w pogrzebach, wciąż przeżywając TAMTE z dzieciństwa – w snach, w CIĘŻKICH myślach o odchodzeniu do wieczności.
Ale… Coś pozacmentarnego… Tuż przed pierwszym cmentarzem (na nim stał dom, w którym mieszkali ludzie, co mnie bardzo, ale to bardzo dziwiło – też mi się śni), znajdował się zakład przemysłowy. Funkcjonował 100 lat. To firma Tyburcjusza Glinki, który ma swoją krótką uliczkę prowadzącą ze Żwirki i Wigury do 3 Maja. Tam, po wojnie pracował mój tata. To była odlewnia żelaza i wytwórnia maszyn rolniczych, nazwa z międzywojnia, ale funkcjonująca jeszcze długo po wojnie. Miejsce po odlewni darzę dużym sentymentem…
Teraz daleka Kościuszki… Szpital zakaźniak. Spędziłam w nim dwie zakaźne choroby, jakie, nie pamiętam i – co bolesne – nie mam kogo o nie zapytać! Do dziś pamiętam zakratowane okno. Do dziś pamiętam dra Jankowskiego (mieszkał tuż przed pierwszym wygonem, w domu z zaczarowanym – tak mi się wydawało – z ogrodem cienistym, bogatym w roślinność, ciągnął się aż do Baltazara), jak bryczką podążał na szpitalne dyżurowanie. To był gość!
Warto byłoby wspomnieć jeszcze zakłady dziewiarskie PEŁTA – stały przed zakaźniakiem. I był czas, kiedy PEŁTA była naszą pułtuską dumą.
Nasza ulica też była naszą dumą, nas KOŚCIUSZKOWCÓW. I wciąż jest.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *