pultuszczak

Facebook


I to już koniec

2018-03-23 1:25:57

REPORTAŻ VII, ostatni

Stasia Janowicz dźwiga ciężkie kosze, w których targa wiejską żywność na pułtuski rynek. Ma 39 lat, długie włosy zaczesane gładko do tyłu, nad karkiem ułożone w węzełek. Na głowie chusteczka, spódnica marszczona do ziemi w kwiatki, na niej fartuch, perkalikowa bluzka w drobny rzucik, z baskinką

Warszawianka, kto by zgadł? Upodobniła się już do zanarwiańskich niewiast, nawet mówi gwarą. Córkę Marynię urodziła niemłodo, bo jako trzydziestolatka. Śliczna Marysia urodziła się w Lutobroku – tyle o nich wiemy.

Jest 1935 rok. Wiosna. Znowu Stasia pędzi na pułtuski jarmark. Dźwiga kosze wypełnione zanarwiańskim dobrem, chętnie kupowanym przez mieszczuchów. Nie bardzo zwraca uwagę na to co dookoła, ale afisz kinowy dostrzega i omiata go wzrokiem. Kino BAJKA zaprasza „na najnowszy przebój mundurowej komedji, w najweselszem kalejdoskopie przezabawnych zdarzeń p.t. „Wiosenna Parada”. Występuje „najmilsza artystka Świata – Franciszka Gaal”. Początek seansu o godzinie 7 i 9, a ceny miejsc od 25 groszy.

Za to w teatrze miejskim TRZYNASTKA daje przedstawienie. Referat oświatowy 13 PP wystawia, siłami pułtuskich aktorów, arcywesołą komedię Wroczyńskiego „Wywczasy Don Juana”. Dochód z biletów przeznaczony będzie na cele kulturalno – oświatowe TRZYNASTKI.

TEATR – taki napis znajduje się na ładnym budynku. Ale czy to aby TEATR? To KINO. To w kinie odbywają się przedstawienia amatorskie i zespołów przyjezdnych. Reżyserom i aktorom opadają ręce – warunki tam są „nieprzychylne” – dla grających i dla dekoracji, które niszczeją. Dobrze byłoby, żeby kino było przy teatrze, nie odwrotnie. „Pułtusk bez teatru nie był nigdy i bez teatru być nie może” – pięknie ujął problem redaktor naczelny i wydawca „Expressu Mazowieckiego” Fortunat Napierkowski, zacny pułtuszczanin.

Ale gdzie tam Stasi do teatru, do kina BAJKA, blisko jej tylko do lasu, który to 27 kwietnia obchodzić będzie swoje święto – ŚWIĘTO LASU. Stąd już o 10 rano na terenie lasów Nadleśnictwa Pułtusk odbędą się zbiórki młodzieży szkolnej i nauczycieli, także pracowników administracyjnych Lasów Państwowych. Będą sadzone drzewka w Leśnictwie Bulkowo – pod wsią Budy – Zbrożki, w Leśnictwie Popławy przy trakcie z Popław do Bartodziej, w Leśnictwie Wzgórza przy trakcie zambskim pod Tocznabielą i w uroczysku Ciepielin pod wsią Piskornia.

Stasi bliżej też do ryb – śledzie lubi najbardziej i wodziankę ze śledziem. Ot, cebulka pokrojona i zmiażdżona dla wydobycia smaku, może być i żabek czosnku, woda, listek laurowy, pieprz i choćby kawałek śledzia… Do tego kartofle na oddzielnym talerzu. Ryby… Kradną je chłopcy z przyzamkowego stawu w parku. Są tam „ryby hodowlane i zapuszczone”. Podobno złodzieje to młodzieńcy pochodzący z… inteligenckich rodzin.

No, Stasia już na jarmarku. Rozłożyła, co przyniosła w koszach, zachwala towar. Podchodzą do niej gospodynie i służące, z którymi zna się od lat, wiedzą, że u Stachny przedni towar. Dziś lekki wietrzyk, jeszcze chłodno, chociaż słońce dogrzewa, jeśli w ogóle wyjdzie… Handlarki albo sprzedają, targując się zawzięcie, albo gadają jak najęte. Taki czas na jarmarku to i kino, i teatr jednocześnie. Można się tu nasłuchać i naoglądać. Bo na przykład tacy małoletni, a i starsi, rowerzyści… Jeżdżą zbyt szybko uliczkami parkowymi, jeżdżą nawet po trawnikach, tak dewastując przyzamkową zieleń. W dodatku bujają się na zerwanych z ławek deskach. Zarząd Miejski wprawdzie się chwali, że ukróci te harce zagrażające i rowerzystom, i odpoczywającym w parku, ale czekaj tatka latka. A przy okazji, należy zreperować „dziury w oparkowaniu, bo przez nie wchodzą nie tylko psy i świnki”.

W mieście trwają żałobne nabożeństwa, zebrania, akademie ku czci zmarłego Marszałka Józefa Piłsudskiego, Wodza i Komendanta. Dziadka. Trwa zbiórka pieniężna na łódź podwodną imienia Józefa Piłsudskiego (składka 10 zł u profesora Wojciecha Kopczyńskiego). Trwają marsze na uroczystości pogrzebowe do Warszawy. W taki marsz wyruszyli uczniowie szkoły powszechnej w Świerczach, 70 km od stolicy. To Tadeusz Agusiewicz, Józef Wodzyński, Józef Jabłonowski, Przemysław Putszak, Tadeusz Faliński. Wielka żałoba.

No, ale Stasia już po pracy, szykuje się do Biedrzyckich, chociaż jakoś niespiesznie, mimo że ciekawa, co tam w kamienicy. Kołacze jej w głowie myśl o założeniu w Pułtusku szkoły muzycznej, filii szkoły imienia Karłowicza w Warszawie. Och, Stasia kocha śpiew, kocha muzykę. Chodzi tylko o to, czy w mieście i okolicy znajdą się ci, którzy interesują się „poważna nauką muzyki, śpiewu, rytmu – plastyki, itp. I zgłoszą swoje zainteresowania do redakcji”. W takowej szkole, jeśliby powstała, będą wykładać „najpoważniejsi profesorowie”.

Wikcia nigdy nie może się nagadać ze Stasią, kobietom nie przeszkadza nawet hałas czyniony przez dzieci z kamienicy. A tych jest moc. Przecież w kamienicy mieszka czterdzieści rodzin, każda ma dzieci, od jedynaków po pięcioro. Dzieci żydowskie stronią od Polaków – żydowskie matki nie pozwalają na zabawę z polską dziatwą. A szkoda, bo polska dzieciarnia to dopiero miała pomysły. „Banda to była co się zowie. Rozgoniona, rozkrzyczana, wiecznie „licząca się”, kryjąca lub grająca w berka, w klasy, w palanta. Zawsze ruchliwa i zawsze głośna. Nasze zabawy – bieżne, skoczne, taneczne i krzykliwe – były dla nas nie tylko okazją do wyżycia się, ale także szkołą społecznego współdziałania” – podaje autorka wspomnień o kamienicy, pani Józefa.

Kiedy dzieciarnia kamienicy Biedrzyckich przychodziła ze szkoły – a uczęszczała do szkół w Rynku: dziewczynki szły na prawo, pod zamek, chłopcy na lewo pod dzwonnicę – oddawała się zabawom. Uczniacy szli do szkół 15 minut bez przystanku, ci uczęszczający do gimnazjum żeńskiego przy Kościuszki docierali na miejsce w dwadzieścia minut. Latem dziatwa urządzała w podwórzu koncerty wokalne. Dzieci stanowiły chór, solo śpiewała panna Mania, Maria z Ferchów Jankowska. To były koncerty… A w stodole braci Biedrzyckich znajdował się TEATR. Wystawiono tam „Wesele kwiatów” i „Leśne przygody”… Sztuki z powodzeniem reżyserowała sama pani Józefa Kołakowska, później Krośnicka.

Stasia już na wylocie. Wiktoria podprowadza ją do sklepu kolonialnego leżącego na terenie kamienicy, w którym to obowiązywała zasada: klient nasz pan. Janowiczowa żegna się z Wikcią, kobiety obiecują sobie, że się spotkają, jak się da najszybciej.

***

Te reportaże nie powstałyby, gdyby nie szczęśliwy traf. A było tak: przed laty Andrzej Bluszko wręczył mi w prezencie zwój „Expressu Mazowieckiego”. Z jednej strony znajdowały się teksty dotyczące Pułtuska, z roku 1935, pióra doskonale znanego ówczesnym pułtuszczanom redaktora Fortunata Napierkowskiego. Pamiętam, jak dziś, to było na podzamczu, gdzie Andrzej był stałym bywalcem. Kartki „EM” ocalały z jednego powodu – jakiś namiętny czytelnik kolekcjonował je ze względu na powieść w odcinkach, drukowaną po drugiej stronie pułtuskich wiadomości.

Te reportaże nie powstałyby też, gdyby nie przecudnej urody opowieść literacka („Dom mojego dzieciństwa”) pułtuszczanki, pani Józefy Kołakowskiej – Krośnickiej, która w „Pułtusk. Studia i materiały z dziejów miasta i regionu, tom III” zamieściła „swoją” kamienicę i ludzi, w niej żyjących.

Stasia Janowicz, której postać łączy wiadomości podane w „Expressie Mazowieckim” (z kilka miesięcy 1935 roku) z tymi przedstawionymi w „Domu mojego dzieciństwa”, żyła naprawdę. Szkoda tylko, że wiemy o niej tak niewiele.

Stanisława jest moją babcią, a z Biedrzyckimi, właścicielami kamienicy przy d. Warszawskiej, spowinowacona była moja teściowa, przeto krewniakiem ich jest również mój mąż.

Paweł, Tomasz i Wiktoria Biedrzyccy spoczywają w grobowcu na cmentarzu Świętokrzyskim, gdzie też pochowana jest mama mojego męża, Henryka, u której po śmierci braci, dożywała Wikcia. Dom, w którym zamieszkała, znajdował się o rzut beretem od kamienicy.

Tomasz Biedrzycki zmarł w drugim roku wojny, Pawluś, jak brata męża nazywała Wikcia, ten co to służył w wojsku carskim i został przydzielony do kordegardy carowej, zginął od pocisku artyleryjskiego podczas walki Rosjan z Niemcami „o przyczółek mostowy na Narwi”. Wiktoria Biedrzycka była świadkiem śmierci kamienicy, a ta umarła w kwiecie wieku, miała zaledwie 33 lata.

I to już koniec.

Zdjęcie: Teatr w stodole braci Biedrzyckich, pierwsza z lewej, środkowy rząd, to panna Józefa Kołakowska. Fot. z archiwum AUTORKI opowieści o kamienicy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *