pultuszczak

Facebook




HEJ, NA RUSEK!

2022-10-04 3:20:00

Z cyklu PUŁTUSK WIDZĘ. WSPOMNIENIOWY z 2016 roku, z dodatkiem z bieżącego

RUSEK, na dalekiej Kościuszki, miał swoje wzloty i upadki. Kiedyś to był ogród z kwiatami i z wypielonymi alejkami. Odwiedzała go pułtuska młodzież, notable chylili czoła nad pochowanymi na nim WYZWOLICIELAMI; często były to jeszcze podrośnięte dzieci. Na groby swoich bliskich przyjeżdżały matki, siostry… Bywali przedstawiciele ambasady ZSRR. Potem przestaliśmy kochać WYZWOLICIELI, co odbiło się i na cmentarzu żołnierzy radzieckich – zarósł chwastami niczym step trawą i zmarniał. Obecnie jest w stanie wskazującym na opiekę, no, może nie totalną i z sercem, ale owszem.My, dzieci Kościuszki, lubiliśmy ten cmentarz. Jakeśmy się już wylatali, wyszaleli po wygonach, nad wodą, za wodą, w spacerniaku na Trzeciaku i kiedy budka pana Kiersza na Żwirki i Wigury nas już nie nęciła, biegliśmy na Rusek. Na cmentarz, którego w ogóle się nie baliśmy, jak tych dwóch – pierwszego i drugiego. Rusek traktowaliśmy jak park, jak poligon do penetracji, jak ogród, bo w okolicznych górkach rosły konwalie, fiołki i żółte kluczyki. Kwitły krzewy. Więc biegaliśmy na ten cmentarz albo posuwaliśmy na rowerach, górą, czyli ulica Kościuszki lub dołem, od Baltazarki, cudownymi łąkami.Rusek… Kiedy wypad na niego obywał się, gdy kolorowiły się liście, albo wręcz opadały, olbrzymie, płaskie owoce dzikiej róży (przy parkanie od jezdni) stawały się słodko-kwaskowate i mięciutkie. Można było smakować ich miąższ, ale bez zbytniego pośpiechu, wszak w owocach rezydowały owłosione nasionka, niezbyt przyjemne w zetknięciu z językiem i gardłem. Kiedy wpadaliśmy tam wiosną, tak w kwietniu czy maju, witały nas fioletowe fiołki, żółte kluczyki i białe konwalie. Na kwiaty zapuszczaliśmy się w dół cmentarnej góry, od strony łąk i Narwi.

Bywało, że wracając z Ruska, zatrzymywaliśmy się na łąkach w pobliżu drugiego cmentarza. Cóż to była za łąka! Jakie zioła, jaka bujna roślinność i powiew wody od rzeki. Wszystko tam żyło – bzyczało, kwiliło i kumkało. Z łąk przynosiliśmy, co kto sobie życzył, na przykład szczaw na zupę czy babkę lancetowatą na porażone ropnymi krostami ciało, na tzw. wrzodziaki. Bywało, że babka na nie pomagała, ale nie zawsze.

Na pewno na głód po długim hasaniu na cmentarzu pomocne były lubaszki i ulęgałki. A rosły po lewej stronie łąki, pod wzgórzem. Zabieraliśmy je również na później, wkładając owoce za bluzki i koszulki. W nozdrzach długo mieliśmy zapach mdlejącej w słońcu łąki, na językach szczawiowy kwasek.

Wszystko zależało od pory roku, od wiosny, lata, jesieni. Bo zimą to mieliśmy wygony, ja ten pierwszy. Pierwszy raj mojego dzieciństwa.

GRAża

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *