pultuszczak

Facebook


DUMNY BYŁ TEN, KTO POCHODZIŁ Z RYNKU

2020-11-03 11:54:20

Rynek nam się zmienia, ładnieje, chociaż wśród pułtuszczan są tacy, którzy wciąż mają w serdecznej pamięci ten dawny, trochę „krzywy”, przyprószony dawnością. Zielony. Swojski. O takim RYNKU rozmawiałam (wiele lat temu) z pułtuszczaninem Wojciechem Jaworskim – RYNKOWICZEM, którego ja, pułtuszczanka, poznałam dopiero w LO. On bowiem pochodzi z RYNKU, z dołu miasta, ja z góry, z Kościuszki, ulicy ostateczności, wiodącej na dwa pułtuskie cmentarze, i dalej, do nekropolii żołnierzy radzieckich. Ci z dołu raczej nie bratali się z tymi z góry – jakoś tak wszyscy trzymaliśmy się swoich rewirów. I miejsc jakoby im przypisanych. My z Kościuszki trzymaliśmy się wygonów, spacerniaka, łąk, oni – z RYNKU – kanałków, Narwi, zamku…

Dwie dekady temu pisałam o Wojciechu następująco: Doktor Jaworski, dla którego pułtuski rynek był Oxfordem („Wychowywaliśmy się tu w pozytywnym tego słowa znaczeniu”), do dzisiaj pamięta smak różnobarwnych i różnokształtnych landrynek, przechowywanych w blaszanych puszkach i słojach w sklepie pani Majchrowiczowej, czuje słodkość bułek od pani Sierpińskiej i zapach landrynkowej lemoniady od pana Zakolskiego. Pamięta smaki morwy i mirabelki z przyzamkowego ogrodu, zupę pomidorową u sąsiadki, placuszki z jabłkami u drugiej, czy krupnik u trzeciej (Wszyscy byliśmy jedną rodziną”). Jeszcze dziś pamięta o panu Paszkowskim, właścicielu ŚWIATA ZABAWEK („Jak one pachniały farbą, te zabawki”). Zakleszczył w pamięci dawny obraz rynku i ludzi: burmistrza Jerzego Burawskiego, który znał wszystkich z nazwiska i do pracy chodził piechotą, żeby dokładniej widzieć, co w mieście, Kazia Mateuszczyka, który cierpiał, gdy dzieci niszczyły drzewa i krzewy, Kundzię i Antosia, którzy bawili ludzi swoją nieporadnością życiową. Oj, pułtuski rynek widział wiele. Napoleona, premiera Cyrankiewicza, który wizytował miasto podczas powodzi, prezydenta Kwaśniewskiego czy najsłynniejszego kantora świata Josepha Malovanego, którego ojciec był pułtuszczaninem. Oj, kogo widział, trudno wyliczyć…

Posłuchajcie więc Wojciecha, posłuchajcie, co mi powiedział lata temu, co wówczas napisałam, poznajcie jego RYNEK, dawny RYNEK i jego mieszkańców. Jego opowieść dedykuję starszym pułtuszczanom, dla wspomnień, i młodym – dla zapoznania się z RYNKIEM, którego już nie ma.

***

Rynek… Dumny był ten, kto pochodził z rynku. Był nobilitowany, urodzony pod szczęśliwą gwiazdą. Ten z rynku to był prawdziwy pułtuszczanin. Rynek kończył się zamkiem, w którym mieściły się różne urzędy. W drewnianej przybudówce mieszkał pan Bodzon, ojciec Marka, hodowca kóz, które doiliśmy na swój użytek. Równie słynną była koza pana Pieńkosa. Ojca Janka i Zdziśka, dobrego człowieka, który handlował wędkami. Tu, gdzie obecnie jest biuro notariusza, znajdowały się dwa sklepy – pana Paszkowskiego, który prowadził Świat Zabawek – piękne zabawki, mechaniczne – na kluczyk. Pan Paszkowski pozwalał nam się nimi bawić. Drugi sklep należał do pana Bogdana Łuszczewskiego, który handlował sprzętem wędkarskim. Ach, jakie tam były haczyki, żyłki… Albo taka pani Majchrowiczowa, która miała sklep niedaleko kamienicy pana Bartczaka, niedaleko dzwonnicy. Jakie tam były landrynki, zaś pani Sierpińska, matka Wieśka, sprzedawał słodkie bułeczki, potem w miejscu jej sklepu wyrosła apteka. Niedaleko rynku mieszkał pan Kazio Mateuszczyk. Był działaczem Ligi Ochrony Przyrody i był bardzo wrażliwy, cierpiał, kiedy widział nas na drzewach. Cierpiał, kiedy ktoś zerwał gałązkę bzu. Gonił i straszył kolegium lub dyrektorem szkoły. W zamkowym parku jeździło się na rowerku, potem spacerowało z dziewczynami, tam rodziły się sympatie. Tam też znajdował się Dom Nauczyciela, urzędował w nim pan Mossakowski, i można tam było pograć w bilard. Niedaleko był stawek mocno zarośnięty rzęsą, w którym podobno żyły węże. Nimi straszono dzieci, wiało grozą.

W Rynku mieszkał również pan Niesłuchowski, ojciec Ali, właściciel jednego z pierwszych w Pułtusku samochodów, właścicielem auta był też pan Kaczmarczyk. Mniej więcej tu, gdzie dziś mieści się fryzjer, pan Strusiński, żył pan Organek. To jemu śpiewali chłopcy, bębniąc w drzwi: Grają organy w kościele, bo dziś Organka wesele. Organek wypadał z domu, gonił łobuziaków, w pewnej chwili stawał i… śmiał się. Żona Rosjanina, pani Jewdokimowa… Jej to chłopcy pukali w okno.

Są jeszcze w Rynku obiekty, które były tam od lat: zakłady panów Strusińskiego i Ostrowskiego. Od pół wieku w tym samym miejscu. Po schodkach był sklep BATA. Restauracja też była po schodkach vis a vis Arkadii, tam można było dobrze zjeść i wypić. Tu gdzie obecnie galeria pana Asłanjana, mieszkał sławny pan Dagis, milicjant. Tamże znajdowała się cukiernia wypiekająca słodkie bułeczki, kierownikiem jej był, nieżyjący już, pan Walenty Sieklucki.

W Rynku ważny był sąd, w nim pan Pajewski, prezes, który w ogóle nie kojarzył się z instytucją, która karze. Z każdym zagadał, świetny gość. Naprzeciwko sądu był bar, gdzie można było się spotkać i zjeść galaretkę owocową, wypić sok. Miejsce dla młodzieży, z muzyką. Niedaleko znajdowało się pogotowie ratunkowe i przyjmował stomatolog. Jedną bramę bliżej była piekarnia. Tam ludzie podążali z blachami i nie tylko przed świętami.

Nasze dzieciństwo nierozłącznie kojarzy się z kolegami, a koledzy z Rynkiem. Oto Grześ Śniadowski, z którym wymieniałem się znaczkami. Wędkarz i wodniak, podobał się dziewczynom. W bramie domu, w którym mieszkał, znajdował się skup owoców. Z okolic zjeżdżali się chłopi, zwozili jabłka, śliwki, gruszki. Podbieraliśmy te owoce za koszule, matka ganiała… Obok skupu mieszkał pan Podgórski, który przewoził ludzi na drugą stronę Narwi, batem. Kiedyś spotkało go nieszczęście, strzelił w niego piorun. Przewoźnik stracił mowę na jakiś czas i odbarwiły mu się włosy. Pan Olszewski natomiast, ojczym fotografa Wernikowskiego, prawdopodobnie dzierżawił sady przy Kościuszki. Był popularny wśród dzieci, przywoził nam soczyste malinówki, kiedy nie było jeszcze skupu owoców w Rynku.

Kiedy zazieleniły się błonia koło zamku, wyruszaliśmy na mecze. Mieliśmy swoją silną drużynę piłkarską. Tadeusz Mroziewicz, Tadeusz Mierzejewski, Krzysiek Lewandowski… Byliśmy prekursorami drużyn podwórkowych. Na błoniach koczowali Cyganie, którzy masowo przyjeżdżali do Pułtuska kolorowymi wozami, niosąc radość dzieciom, a troskę dorosłym. Witaliśmy ich z radością: CYGANIE PRZYJECHALI! A oni kolorowi, jak w piosence „Jadą wozy kolorowe”. Tam do nich biegaliśmy, tam utopiła się Bożenka, piękna Cyganka. Tragedia. Olbrzymi pogrzeb… Ci moi koledzy… Romek Kiela zapowiadał się na wyśmienitego matematyka, a Edward Wieczorek, potem ważniacha w MEN, mieszkał na stancji u pana Bolesława Kruszewskiego. Gospodarzem mojego podwórka był pan Henryk Kruszewski, syn Bolesława. Bolesław przebywał przez pewien czas w Ameryce, gdzie miał wypadek. Otrzymał duże odszkodowanie, wrócił do Pułtuska. Kupił dwie kamienice, pobudował jedną. W jednej mieścił się właśnie sklep pana Paszkowskiego.

Moi koledzy? Trochę starszym ode mnie był Staszek Chmurski, już nieżyjący, potem Zdzisiek Twardowski, Bogdan Saletra, fajny kumpel, oni mieszkali tuż za komendą milicji. W RYNKU mieszkali też bracia Osowieccy, Janek i Wojciech, Gutek Woźniak, ten to dopiero wszystkim imponował, miał lambretkę.

Najpiękniejszą dziewczyną była Ela Zając, która mieszkała za ratuszem, a dziś mieszka w Warszawie. Pięknych dziewcząt było dużo, ale do nich trzeba było dorosnąć. Kiedy miało się 15-16 lat, myślało się raczej o piłce, o rybach, grzybach, czyli wyprawie do lasu, nad rzekę. To były wyprawy dla młodych mężczyzn. Na grzyby płynęło się batem lub per pedes przez most, potem przemierzało się knieje. Na Popławach, jak w Soplicowie, grzybów było w bród, np. na Napoleonce. Stamtąd Tadek Mroziewicz przynosił po 300 prawdziwków. Słabszy grzybiarz taszczył w koszu 70. Poza tym koźlarze i kurki. Na jagody nie chodziliśmy, ale lubiliśmy jagodzianki, nawet bardzo. Mieliśmy przeświadczenie, że jagodami zajmują się kobiety.

Zimą zjeżdżaliśmy na sankach z górki przy ośrodku zdrowia, gdzie latem bywało wesołe miasteczko. Na łyżwach śmigaliśmy na parowach na Rybitwi i na kanałku. Stasiek Chaberski, obecnie w Płocku, to był wyczynowiec, wypuszczał się aż do Łubienicy, a nawet dalej. Matki drżały. Na rzece były płonia.

Wiosną dzieciarnię cieszyły powodzie, jeśli się zdarzyły, choć wody wokół RYNKU było pod dostatkiem. Pamiętam wizytę premiera Cyrankiewicza, kiedy ten odwiedził Pułtusk po powodzi. W „Trybunie Mazowieckiej” ukazało się wówczas zdjęcie premiera, obok którego stał chłopiec w pilotce. To byłem ja, mały Jaworski. Wydaje mi się, że Cyrankiewicz przywitał się z Mordą – Mierzejewskim, Krzyśkiem Lewandowskim i ze mną.

Wychowani nad kanałkiem, wszyscy umieliśmy pływać. Wszyscy też wędkowaliśmy. Przyniesienie do domu dwóch baniek ryb „na sucho”, nie było wielkim wyczynem. Kanałki były czyste, kobiety płukały w nich pranie, a i zmywały naczynia. Ryb, jak grzybów w okolicznych lasach, było w bród: krąpiki, jelce, szczupaki, płotki. Łapało się na żywca. Na Narew nie wypływaliśmy. Kto się odważył, był traktowany jak Kolumb albo Magellan. Prąd był silny i trzeba było dużej odwagi u ośmiolatka, bo nagle swojska rzeka stawała się Amazonką. Nie było jednak roku, żeby ktoś nie utonął. Zdarzyło się nawet lekarzowi, który przybył do pracy w Pułtusku.

Warto jeszcze powiedzieć o dzwonnicy przy bazylice. Nosiła ślady zniszczeń wojennych, podziurawiona była pociskami, ale była atrakcją dla dzieciarni, dla nas. Często się przy niej kręciliśmy, marząc o wejściu do podziemi, które sobie wyobrażaliśmy. Podziemia były przy zamku. Krążyły legendy, że robotnicy dokonując prac adaptacyjnych, odnajdowali tam butelki z winem o konsystencji galaretki.

Na niedzielne poranki biegaliśmy do kina Narew, a wcześniej wyświetlano filmy w starej strażnicy.

Kiedy Narew wyszła z brzegów, do szkoły, słynnej ćwiczeniówki, chodziło się kładką. Kierownikiem szkoły był pan Tadeusz Waleśkiewicz, człowiek o wielkiej wiedzy. Ja kochałem swoich nauczycieli, panie: Kurowską, Szmytrowską, Waleśkiewicz, Gadomską, Palewską, pana Jundziłła, „spodenki na pijawki”, Borzyńskiego. Moją wychowawczynią w pierwszej klasie była pani Irena Rondowa, naprawdę ją kochałem. Kiedy pytam ją, czy mnie pamięta, mówi: „Nie wygłupiaj się”. Pamięć pani Irenki jest imponująca, ona sama, można powiedzieć, to otwarta księga historii wielu wielu ludzi. Pamiętam też księży: Płaciszewskiego, Śniegockiego, dobrą komitywę, grę w piłkę.

Wiele ciekawego zamieszania niosły targi. Targi pełne chłopskich furmanek. U gospodyń wiejskich można było kupić śmietanę, uprzednio popróbowawszy jej z dłoni, tak to czyniły kobiety, jajka, sery, masło w liściach chrzanowych i gęś na czerninkę, kaczkę, kurę. Kupić można był wszystko i prosto z wozu albo z bruku.

W Rynku, co ciekawe, każdy coś hodował: świnie, krowy, konie, jak panowie Zapałowski i Olszewski, kozy, króliki, owce, jak pan Gruszkowski, gołębie, jak Wiesiek Dąbrowski i kolega Grotowski. Gołębiarzy było wielu. Ja byłem gołębiarzem teoretykiem. Szczurów też było wiele. Pamiętam, jak przepływały kanałek. Miasto było zaszczurzone. Na wszystko to patrzył burmistrz Burawski, wspaniały gospodarz miasta. Esteta, w 1966 kazał zburzyć chlewiki i budy usytuowane w RYNKU, nad kanałkiem. Pułtusk właśnie obchodził swoje tysiąclecie.

Świątecznie było w RYNKU podczas pochodów pierwszomajowych.

Pan Zapałowski, który platformą woził chleb, maił ją podczas święta 1 Maja. Kręciłem się blisko władzy, bo mój ojciec Karol był na trybunie jako działacz społeczny, długoletni przewodniczący SD i członek zarządu powiatowego ówczesnego Prezydium Rady. Święto majowe połączyło się w mojej pamięci z fajną zabawą- z lodami, orkiestrą, tłumami ludzi, po prostu majówką. Coś pięknego, tylko ten przymus chodzenia w pochodzie.

Mieszkający w rynku tworzyliśmy jedną wielką rodzinę. Więzi łączyły nas silne. Kiedy ojciec z matką pojechali do Warszawy, to sąsiadki mówiły: „Chodź, Wojtek, na pomidorówkę”, „Chodź, Wojtek, mam krupniczek”, „Chodź do nas, mamy placuszki z jabłkami”. Ale potem nastały inne czasy – jedni poumierali, drudzy wynieśli się do bloków, jeszcze inni wyjechali. W pamięci pozostał jednak obraz pięknego dzieciństwa i dojrzewania w RYNKU.

Jest tak, że kiedy słyszę, że ktoś pochodzi z Pułtuska, zaraz go testuję. „A znałeś Kazia Mateuszczyka?”, „A Antosia i Kundzię?”. Bo Antoś i Kundzia to była para! Barwna. Mieszkali na Solnej, pochodzili ze Szwelic, bardzo serdeczni byli dla siebie. Bawili, a raczej ciekawili pułtuszczan swoją nieporadnością. Ktoś kiedyś podpatrzył, jak wyłowili z wody nieżywego prosiaczka. I zjedli.

Kto pułtuszczanin ten wie, że w Rynku mieszkał ród Żołyńskich, niedaleko bazyliki, jak zegarmistrz Gutowski i pan Minurski, który prowadził Totalizatora Sportowego. Jedyny zakład prywatny to była elektromechanika Romana Krupskiego. Wszystko było upaństwowione. W bocznych uliczkach znajdował się sklep pana Oleksiaka, pani Gręziakowa miała sklep przy Świętojańskiej, pani Kondracka, pan Razuwajew… Prywaciarze.

Bardzo ważną postacią był dla nas Józio Śniegocki, młody wówczas mężczyzna, był kierownikiem Muzeum Historycznego. Oglądaliśmy Pułtusk przez lunety. Tuż obok była kawiarnia RATUSZOWA, gdzie zdobywaliśmy szlify w piciu likieru, wódeczki, koniaczku.

***

Zakochany w rynku, w rynku nie mieszka, ale wie, że przez długi czas mógłby tu jeść i pić nie wydając grosza. W bramach spotyka swoich kolegów, zawsze mile się witają. Swoje chłopy.

 

Tekst i zdjęcie Grażyna Maria Dzierżanowska

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *