pultuszczak

Facebook


DAJ NAM JEŚĆ!

2021-05-19 10:31:17

Z Marianną Nowak i jej mężem Markiem – o pomocy bezdomnym kotom – rozmawia Grażyna Maria Dzierżanowska

Marianna i Marek to warszawiacy przeflancowani przed laty do Pułtuska, dokładnie na Popławy, gdzie mieszkają w przepięknych okolicznościach przyrody, wśród drzew i krzewów, w ładnym, przestronnym domu. Cudowni ludzie. Z nimi kilkanaście kotów i trzy psy. Cała gromadka ma się doskonale, bo jej państwo to ludzie o ogromnych sercach, empatyczni, oddani swojej życiowej pasji – niesienia pomocy bezdomniakom.Jak to się stało, że dowiedziałam się o nich dopiero teraz, sama nie wiem. Trochę wstyd. Koniecznie przeczytajcie wywiad, który przeprowadziłam z Marianną i Markiem ubiegłego tygodnia, może będziecie mogli pomóc kotom będącym pod ich opieką, jasne, że nie tym rezydującym w ich domu, lecz tym podwórkowym i ulicznym, śpiącym w krzewach całymi rodzinami, marznącym zimą, często chorym, które wciąż wypatrują przyjaznej dłoni z karmą.

***

Pani Marianno, to jak się zaczęła ta Pani kocia ODYSEJA? Szła Pani ze szpitala i…

Tak, szłam ze szpitala, spacerkiem, w którym to roku było, 2018, 2019? Na osiedlu przy Bartodziejskiej zobaczyłam gromadę kotów, około dwudziestu. A ponieważ niedaleko mamy tu takiego prokociego pana, pomagającego mi, to poprosiłam go, żeby ze mną pojechał do tych kotów. Dziesięć par oczu mówiło do nas: DAJ NAM JEŚĆ! Wzięliśmy z domu puszki i mleczko, zawsze je mamy ze względu na nasz przychówek, pojemniki… Widziałam, że spragnione były. I od tej pory zaczęliśmy codziennie dożywiać te koty. Ale w zeszłym roku rodzinkę nam otruto, sześć młodych kotków i mamusię.

Przerażające. I jak Pani na tę ohydny czyn zareagowała?

Mąż wezwał policję, która próbowała dojść prawdy, ale niełatwo było, ludzie nic nie wiedzą, kamer nie ma… Ktoś się o to postarał. Sprawę umorzono. Kotków więc mamy mniej, ale nadal je dokarmiamy, codziennie, popołudniami, bo nas jedna z pań poinformowała, że koty wychodzą z kryjówek około wieczora – pewnie się wtedy czują bardziej bezpieczne.

Nadal są nieufne?

Bardzo nieufne. Jedną z trzech kotek udało nam się odłowić, wysterylizować, była u nas w piwnicy, to wyszła z niej dopiero po pół roku, ale pogłaskać się nie da do dzisiaj. Pozostałe też są po sterylizacji – KOTERIA z Warszawy załatwiła.

To zwabianie kotek jest ważne!

Tak. Służy sterylizacji. Trzy kotki, które dokarmiamy, są brzemienne… I tak niech każda ma tylko dwa kotki, to gromadka powiększy się dość znacznie. Trzeba będzie więcej karmy, o którą na wszystkie strony prosimy…

A jeśli chodzi o tę sterylizację, to kto za nią płaci?

Mamy kontakt ze STRAŻĄ MIEJSKĄ, z panem Bogdanem i on nam pomaga w tej sprawie, a UM ma podpisaną umowę z lekarzem weterynarii, panem Wysockim. Jest tak, że jeśli mamy kotkę do sterylizacji, odłowioną, to zawiadamiamy pana Bogdana, on lub pracownik straży przyjeżdża, odbiera od nas tę kotkę, wiezie do pana Wysockiego, a po zabiegu przywozi ją do nas. I my tą kotka się zajmujemy przez kilka dni. Teraz też mamy taką rekonwalescentkę, jest już u nas tydzień. Siedzi w klatce z obawy przed ucieczką. Zajmujemy się nią jak naszym kotem, dajemy jeść, byliśmy z nią kontrolnie w lecznicy MAXVET PLUS, wszystko jest w porządku, ale dostaje antybiotyk. Wprawdzie pan Wysocki dał nam antybiotyk, ale w tabletkach, a jak dzikusowi podać tabletkę, do tej kotki ręki nie można włożyć. Trzeba ją oporządzać w grubej rękawicy. A poza tym pomaga nam KOTERIA z Warszawy, gdzie co jakiś czas możemy zawieźć bezdomniaka do sterylizacji i oni też szukają dla niego domu do adopcji.

Ale ile mają Państwo swoich kotków? I na własnym utrzymaniu?

Pan Marek: – Nie wiemy, czy się przyznać.

Pani Marianna: – 13 z rekonwalescentką, czyli dwanaście rezydentów plus trzy pieski. Wszystkie były bezdomne. Te pieski… Ten, czarny, Hus, sam sobie wybrał dom, przyszedł do nas i zaskrobał do drzwi. Ten biały to wyżeł włoski, Forest… Znaleźliśmy ją na drodze Wyszków – Pułtusk. Nie wiem, dlaczego wyszła do mnie i stanęła w poprzek drogi. Musiałam się zatrzymać, dostała jeść, zjadła bardzo łapczywie dwie puszki, właśnie je wiozłam z Kauflandu. I co ciekawe, na drugi dzień, w tym samym miejscu, czekała na nas. Miała sześć szczeniaczków, musieliśmy je wyśledzić, siedziały w norze, wykarmione, zadbane, odłowiliśmy je, trzy udało nam się oddać do adopcji. Marek powiedział, żartując: „I po coś ty do tego Kauflandu jechała! Co tu nie ma sklepów?”. Ja nie wiem, jak to się dzieje, że los stawia na mojej drodze te zwierzaki. Mamy jednego kotka, który został zabrany z pasa zieleni przy autostradzie A2. Był wypadek, staliśmy w korku, tir zablokował drogę. Patrzę, a tu pasem zieleni idzie kot i przyszedł prosto do mojego samochodu. Staruszek, jest z nami do dzisiaj, Buras, Buranio.

Te imiona…

Pan Marek, wskazując ręką: – A to jest Tygrys, na przykład, największa pierdoła w domu, ale Tygrys.

Dlaczego pierdoła?

Pan Marek: – Bo to bardzo chory kotek, miał nie przeżyć, ale był bardzo dumny z tego, że w ogóle może chodzić. Miał problemy z tylną częścią ciała, z jelitami. Tak zarzuca bokiem i ogonem, ale dumny. No, Tygrys.

Pani Marianna: – Mamy kotkę o imieniu Haczyk, u nas nie ma znaczenia, jeśli chodzi o imiona, czy to dziewczynka czy chłopiec.

Pan Marek: – Pojechaliśmy na wieś po wędliny. Haczyk od razu przyszedł do nas na ręce, a drugą przyniósł pan w pudelku i powiedział, żeby wziąć obie, do kompletu. Maluteńkie jak piąstki. Miał pogryziony ogonek – taki hak. Chińczykowi udało się znaleźć dom, pani Basia się w nim zakochała.

PANI Marianna: – Mamy RUDZIELCA od pani, która ma 6 własnych kotków, na balkonie ma budkę i do niej to przyszedł RUDZIELEC. Nie mogła go już przyjąć. Wzięliśmy go, myśląc, że pójdzie do adopcji, ale się rozchorował (ubytek sierści) i został u nas. I mamy Genię, która weszła pod nasz samochód i już spod niego nie wyszła. Zuźkę mamy, ktoś ją nam przerzucił przez płot, posadził na pojemniku ze śmieciami, na szyi drut miała i postronek. Na szczęście nie często to się zdarza. Oby nie! Boimy się takiej pseudo popularności.

Wróćmy do tej leśnej suczki z małymi.

To jak powiedziałam, trzy szczeniaczki poszły do adopcji, a trzy zawieźliśmy do schroniska tylko dla szczeniąt JUDYTA, pod Sochaczew. Potem jeszcze mieliśmy kontakt z prowadzącą schronisko, jeden z piesków nawet do Gdańska pojechał. Co ciekawe, matka jest od nosa do ogona biała, a pięć z tych szczeniaczków były od ogona do nosa czarne. Jeden był tylko łaciaty.

Co to za zwierzoczłekoupiór ją wyrzucił?

Myślę, że dlatego, że była w ciąży.

Założyliście Państwo Stowarzyszenie Pan Kot…

Tak, dokarmialiśmy kotki na Popławach, na Skarpie, ale to nie każdemu się podoba, więc postanowiliśmy to wszystko w miarę zalegalizować, dla spokoju, ale i nie ukrywamy, że może jakieś pieniążki będą spływać. No i budki mamy obrandowane, miski. I właśnie wystąpiliśmy do UM.

Hojny był?

Pan Marek: – Dostaliśmy 500 złotych. Już nie chodzi o tę hojność, ale o gest dobrej woli. Ważne jest, że szef Straży Miejskiej jest z nami w kontakcie, to też ważny i dobry gest. Zawsze chwalimy i UM, i Straż Miejską, niedawno dziewczyny ze STRAŻY i przywiozły nam jedzonko, więc była obowiązkowo fotka na fejsa. Doceniamy wszystkie, nawet małe, gesty ludzi.

Pani Marianna: – Czasami ktoś wpłaca nam jakieś pieniążki na konto Stowarzyszenia. Inni przywożą karmę…

Pan Marek: – Dzwonią ludzie do furtki i mówią: „Ja przywiozłem jedzenie dla kotków”.

Pani Marianna: – Kupujemy jedzonko z dolnej półki, na pewno nie jakieś tam WHISKASY, jasne, że ze względu na fundusze. Druga rzecz, te bezdomniaki nie grymaszą, zjadają, co się da.

Pan Marek: – W tej chwili rozkładamy sto puszek miesięcznie, 400-gramowych, po 2 zł, a trzeba mieć zapas, a że nadchodzi lato, trzeba będzie dawać więcej karmy suchej.

To gdzie ta karma będzie rozkładana?

Pani Marianna: – W tej chwili pojawiamy się na Bartodziejskiej, mamy 3 punkty pod balkonami, ludzie nie robią problemu, i mamy punkt Na Skarpie.

Pan Marek: – I na Pana Tadeusza, gdzie jest o tyle fajnie, bo mamy tam wolontariuszkę, Olę Heromińską, która sama się do nas zgłosiła.

Pani Marianna: – Jak mamy więcej karmy, to się z nią dzielimy, ale ona w dużej mierze zaopatruje się w karmę sama, bardzo dba o te kotki i duży ukłon w jej stronę.

Powiedzmy, Pani Marianno, jak my na siebie trafiłyśmy… Otóż zadzwoniła do

mnie pani z Pana Tadeusza 1, informując, że bezdomna kotka urodziła, że noce zimne i że ona się boi o ich los, mimo że przeniosła i mamę, i dzieci do piwnicy. Prosiła o pomoc. Zadzwoniłam do Grażyny.

A Grażyna zadzwoniła do nas, poinformowała, że jest problem, bo kotka się okociła pod balkonem, małe mogą zmarznąć bez pomocy, bo noce chłodne, że mieszkanka bloku przeniosła je do piwnicy, ale sama nie może wszystkiemu zaradzić. Pojechaliśmy. Ta pani stworzyła kotce rewelacyjne warunki. Troszkę tę panią wspomogliśmy, przywieźliśmy karmę. Powiedziała, że już sobie dalej poradzi, że syn bardzo dba o te kotki. Daliśmy już ogłoszenie, że takie kotki są, mieliśmy odzew, jedna pani zgłosiła chęć zabrania koteczki.

No to tak jest, że jedni niosą pomoc bezdomniakom, drudzy im szkodzą.

Pan Marek: – Oj, tak. Ci nasi przeciwnicy działają w podziemiu i zdarza się, że zabijają koty.

Pani Marianna: – Mąż robi takie budki ocieplane styropianem, one poginęły…

Pan Marek: – Na Pana Tadeusza. Jedną znaleźliśmy w śmietniku, dwóch nie – trzy nam wtedy zginęły.

Pani Marianna: – Ale mieliśmy dobry odzew, ludzie pytali: „Może wam pomóc, może zrobić?”. Na razie nie potrzebujemy, mąż dorobił jedną, bo Ola powiedziała, że ma na swoim terenie kogoś, kto dokarmia kotka i ten kotek przychodzi na balkon, stąd pomyślała, że może dobrze by było, żeby miał budkę. I dostał budkę. Myślę, że walka z ANTYKOTAMI nie ma sensu, bo potem wszystko odbija się na tych zwierzaczkach. A po co? Niedawno na Bartodziejskiej usłyszeliśmy: „Jak was nie było, to ile było tu kotów, a teraz to nawet jedna trzecia nie jest”. A ja: „A słyszała pani, że zostały potrute kotki?”. Machnęła ręką. I co z nią dyskutować? Nie ma sensu – kotów na sajgonki nie przerabiam. Dodam, że w Warszawie też były koty, które się do nas przybłąkały, zajmowaliśmy się nimi. Powiem tak: nie gram w TOTO LOTKA, ale gdybym wygrała, natychmiast założylibyśmy schronisko. Jak człowiek leży w rowie, to pijany, sam się uwalił, natomiast jak zwierzak leży w rowie, to zrobił mu to człowiek. Nie tak jest??? Jest masę zbiórek na FB, na wszystkim ludziom współczuję, ale gdybym miała wybierać, wybrałabym pomoc zwierzęciu.

Pan Marek: – Ale w stycznie na WOŚP dajemy, ja pracowałem z Owsiakiem dwa razy, znam go osobiście i to nie jest tak, że my tylko widzimy swoje koty, że mamy jakiegoś fisia na punkcie kotów.

Nie, Państwo na mających fisia w ogóle nie wyglądacie!!! (WSPÓLNY ŚMIECH). A co rodzina na to wszystko?

Jak najmniej informacji. Kiedy do nas przyjeżdżają i pytają, czy coś przybyło, mówimy: „Nic nie przybyło”. Staramy się nie spowiadać.

Pani jednego kotka oddała i boleje nad tym do dzisiaj.

Tak, to Łatka, znalazła się dla niej adopcja. A że pracujemy z KOTERIĄ, musieliśmy się zrzec adopcji za sterylizację – ktoś się znalazł. I do dziś żałuję. Nawet do męża mówiłam: „Chodź, oddamy im pieniądze za sterylizację i niech oddadzą nam tę Łatkę”. Ona tu była urodzona, mamusia jej gdzieś tu biega, witała panią…

Poruszona Państwa opowieścią o bezdomnych kotach, obiecują pomoc. Już dziś zwracam się do naszych Czytelników, do ludzi dorosłych, do dzieci i młodzieży o karmę. Proszę dyrekcje szkół i przedszkoli o rozpropagowanie akcji zbierania puszek i suchej karmy dla pułtuskich bezdomniaków, z serdecznym apelem zwracam się do MOJEJ szkoły, PSP 4 im. Ireny Szewińskiej, do dyrektora Krzysztofa Łachmańskiego – radnego powiatowego, mojego kolegi (większa śmiałość), jak i do pozostałych szkół, z których dyrekcją pozostają w miłych stosunkach. BARDZO PROSZĘ.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *