pultuszczak

Facebook


Czy powstanie u nas dom samotnej matki?

2020-01-22 12:28:04

Z Katarzyną Maryniak, założycielką FUNDACJI KROK w PRZYSZŁOŚĆ, rozmawia Grażyna Maria Dzierżanowska

(Mojej rozmowie  z Katarzyną Maryniak, przy kawie, towarzyszył Tadeusz Kępczyński)

Pani Katarzyno, na jednym z FB przeczytałam, że jest Pani aniołem. Jak Pani skomentuje  ten wpis?

Zaskoczył mnie ten komentarz, bardzo. Nie spodziewałam się takiego wpisu, ale  mnie ucieszył. Takie ciepłe słowa. Moim marzeniem zawsze było pomagać ludziom, dlatego założyłam FUNDACJĘ KROK w PRZYSZŁÓŚĆ.

Kiedy to się zdarzyło?

W kwietniu 2015 roku.

Jak to się stało, Tadeuszu, że o tym nie wiedziałam?

Tadeusz Kępczyński: – Bo Kasia nie pochodzi z Pułtuska…

Fundacja powstała w Legionowie, tam mieszkaliśmy z mężem i dziećmi. Potem przeprowadziliśmy się do Pułtuska i od trzech lat pracujemy tutaj, tu  działamy. Na początku zorganizowałam  LATO w MIEŚCIE dla dzieci na terenie pułtuskiego ogródka jordanowskiego… Potem, będąc w ciąży i mając małe dziecko, musiałam trochę tę działalność zawiesić. Kiedy dzieci podrosły, mogłam zająć się fundacją i tak zaczynamy powoli działać. Rozwijamy się.

Jaki jest obszar Pani działania? Przeczytałam o akcjach prowadzonych w Ostrołęce, w Legionowie…

Urodziłam się w Ostrołęce, tam jest moja rodzina, są znajomi, przyjaciele,  pozostał sentyment do rodzinnego miasta, stąd akcja. Tam to do mojej fundacji zgłosiła się dziewczynka bardzo chora i postanowiliśmy zorganizować dla niej koncert charytatywny i wziąć ją pod swoje skrzydła, pomóc jej i jej rodzinie.

Pani działanie dotyczy obecnie Pułtuska i powiatu, dobrze rozumiem?

Tak. Na ten moment tak, ale będziemy się rozwijać.

Proszę uchylić  rąbka tajemnicy i przybliżyć  naszym CZYTELNIKOM Katarzynę Maryniak.

Jestem mamą trójki dzieci w wieku siedmiu, pięciu i trzech lat, prowadzę swoją działalność gospodarczą (agentka PZU), mąż jest nauczycielem w szkole specjalnej w Warszawie. Moje hobby to fotografia. Lubię czytać książki. Jestem wegetarianką.

Spotkałam Panią na Wigilii w Kościele Zielonoświątkowym. Pani jest z nim związana?

Tak, przeprowadziliśmy się tutaj ze względu na tworzenie tej wspólnoty.

T.K. – Dodam, Kasia jest magistrem pedagogiki specjalnej.

I?

Skończyłam resocjalizację i moim marzeniem było pracować wśród młodzieży trudnej. Po wielu praktykach w domach dziecka, ośrodkach, zakładach karnych, poprawczych i aresztach śledczych pomyślałam sobie, że można w różny  sposób pomagać tej młodzieży. Dostrzegłam też  potrzebę pomagania ludziom biednym. Ludzie biedni często są spychani na margines społeczny, że biedny, to może gorszy… A to wartościowi ludzie, a ich historie łapały mnie za serce. Czasami to osoby, które popełniły jeden GŁUPI błąd… Kiedy robiliśmy koncerty w ośrodkach dla bezdomnych i ubogich MARKOTU, spotkaliśmy młodego chłopaka, który wylądował na ulicy tylko dlatego, że wziął kredyt i jego pracodawca wyrzucił go z pracy, a nie mógł sobie znaleźć kolejnej. I w dodatku czekała go eksmisja. Tu nadmienię, że przez fundację skierowaliśmy dwie osoby do ośrodka dla uzależnionych od alkoholu. Przez jakiś czas pomagaliśmy tym rodzinom. Uzależnieni wyszli już  z ośrodka i alkoholu do ust nie biorą.

Bardziej wyczuwam, niż wiem, że pomaga Pani Tadeusz.

Tak. Jest osobą, która trzyma dyscyplinę, jest taki bardzo uporządkowany i u niego wszystko musi być takie od  A do Z dopięte. Jak robiliśmy projekt, to logistycznie się do niego nadał, nie było zadania, którego by nie rozłożył na czynniki pierwsze i żeby  czegoś nie dopilnował,  wszystko było dopięte.

T.K. – Byliśmy w sześciu ośrodkach MARKOTU, zrobiliśmy ponad 3 tysiące km z Kasią… Kasia ma ambitne plany, o których nie chcę mówić, wychodzić przed szereg. Ja ją nazywam MATKĄ TERESĄ POLSKĄ. Ona wyrośnie na taką. Uwielbiam ją za pomysły i otwartość na ludzi. I jedno jest pewne, ja ją chronię taką otoczką przed… polityką lokalną.

Ta nazwa. To może należy ją nazywać  MATKĄ TERESĄ PUŁTUSKĄ… Wiem, o jakie plany chodzi. O DOM MATKI i DZIECKA na naszym terenie.  Panią nie przerażają te olbrzymie zadania?

Nie. Lubię sięgać po rzeczy duże. Uwielbiam mieć marzenia i cele takie, które sprawią, że –  gdy je osiągnę – usiądę z wrażenia.

To od czego zaczęła Pani ten dom WZNOSIĆ?

Od zbiórek publicznych, które będą kontynuowane. Są rozmowy z różnymi firmami, sponsorami, pozyskujemy przyjaciół. Siedząc w domu, rozmyślałam nad celami fundacji… W którymś momencie przybiegło do mnie dziecko, przytuliło się i wówczas pomyślałam, że są dzieci, które nie mają spokoju w domach, że są kobiety, które doznają przemocy, że uciekłyby z tych swoich domów, ale nie mają gdzie.  I błysnęła ta myśl, że dobrze byłoby otworzyć taki ośrodek.

No jakoś nasi rządzący dotychczas nie pomyśleli o takim DOMU. Ale… Kiedy przyjdzie Pani do głowy wyprowadzka z Pułtuska, to ZABIERZE Pani pomysł budowy DOMU ze sobą?

Nie zamierzam się wyprowadzać z Pułtuska, tu moje dzieci chodzą  do szkoły, do przedszkola i chcę, żeby tu były. Pułtusk jest oazą spokoju, rożni się od Legionowa, gdzie mieszkaliśmy. Tu wychowywanie dzieci jest takie spokojniejsze, widzę tu duże plusy, jeśli chodzi o życie rodzinne.

Ten DOM… Na jaki czas rozłożyła Pani realizację tego marzenia?

Chciałabym w przeciągu trzech lat go pobudować i otworzyć.

T.K. – Taki człowiek jak Kasia, jest miastu niezbędny, ona chciałaby zmienić to miasto, a nasi politycy nie są wstanie nam  tego zapewnić. Są bierni. Oni na swoich stanowiskach siedzą dla  zaszczytów i profitów.

Pani Kasiu, chciałaby Pani być samorządowcem?

Nie wiem, nie zastanawiałam się nad byciem np. radną. Jako prezes fundacji chcę pomagać ludziom, a nie utożsamiać się z polityką.

Pomoc ludziom… Wiem, że współpracujecie z BAREM KROKIET, że fundujecie posiłki dla ubogich i rozdajecie paczki  żywnościowe potrzebującym.

Tak, rozdajemy paczki żywnościowe za pośrednictwem BARU.

Dużo BIEDY jest w Pułtusku?

Dużo. Przed świętami mieliśmy dwie partie żywności i rozdaliśmy około pół setki  paczek pułtuskim rodzinom. To stali nasi podopieczni, którzy wypełnili stosowne formularze i dostarczyli odpowiednią dokumentację.

T.K. – Trzymamy się ustawy o pomocy społecznej. Ale jak ktoś idzie ulicą i widzimy, że jest głodny, to dostaje wsparcie. Mieliśmy taki przypadek.

Temu mężczyźnie zaproponowaliśmy szynkę, ale on był wegetarianinem i wybrał sobie sałatki, surówki… A ta żywność rozdawana  to mięsa, wędliny, pieczywo, kawa, napoje… Podpisaliśmy umowę z BANKIEM ŻYWNOŚCI, to umowa na czas nieokreślony. Myślę, że raz w miesiącu będziemy jeździć po żywność  i rozdawać ją potrzebującym z  Pułtuska.

T.K. – I w związku z tym pani prezes zabiega o lokal i samochód przystosowany do przewozu żywności. To niezbędne w naszej działalności. Szukamy więc sponsorów!!! Szukamy darczyńców!!! Ba, dostarczanie żywności naszym podopiecznym jest uzależnione od tego samochodu. Środki można wpłacać na konto Fundacji Krok w Przyszłość: 55 1020 1026 0000 1102 0254 1001.

Złożyliśmy pismo do UM o lokal i staramy się go pozyskać. Wszystko w rękach pana burmistrza. A tymczasem dowozimy żywność moim autem. Ile się zmieści, tyle bierzemy.

Pani Kasiu, jakieś kłody pod nogami?

Może nie kłody, a problemy, które lubię rozwiązywać. Niczym się nie zniechęcam i w moim słowniku nie ma słów, że czegoś nie można zrobić. Zawsze znajduję rozwiązanie.

A jakaś pomocna dłoń?

T.K. – Duże rozeznanie o ludziach potrzebujących mamy od pani Walwody. Wychwytuje  nam ludzi potrzebujących pomocy. To szlachetna pomoc.

Pani Katarzyno, KROK w PRZYSZŁOŚĆ to autorska nazwa Pani fundacji czy zapożyczona, a może nawet znana w kraju?

Troszkę się zastanawiałam nad tym, jak nazwać swoją fundację. Przychodziły mi rożne pomysły, spisywałam je na kartce. I mając w sercu to, co chciałam zrobić i co chcę zrobić, zauważyłam, że nazwa KROK w PRZYSZŁOŚĆ jest najbardziej adekwatna i ona została. Później zostało mi już  tylko zaprojektowanie logo pod tę nazwę.

T.K. – To KROK w PRZYSZŁOŚĆ dla tych, którzy są w potrzebie. Nazwa mi się podoba, świadczy o wrażliwości Kasi. Jest perspektywiczna.

Ludziom w potrzebie potrzebny jest punkt zwrotny, krok ku nadziei.

Jeszcze jedno. Trzeba umieć dawać coś komuś!!! Szczególnie komuś potrzebującemu. 

Wystarczy być NORMALNYM i zachowywać się NORMALNIE. Moja babcia mieszkała na osiedlu, gdzie można było spotkać każdą grupę społeczną, wiele ludzi było tam uzależnionych, biednych. Patrząc na nich, zastanawiałam się, dlaczego tak żyją, ale nie klasyfikowałam ich. Znałam wszystkich i ze wszystkimi rozmawiałam. I nie patrzyłam na nikogo z góry.

Pani pierwszy dobry uczynek?

Skierowany był do bezdomnych, którzy grzebali w śmietniku. Oddałam im swoje śniadanie. Było to w drugiej klasie szkoły podstawowej.

T.K. – Nie mówiłem? Kasia to Matka Teresa Polska.

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *