pultuszczak

Facebook


CZWÓRKA przez cztery pory roku

2018-06-07 9:50:12

Z cyklu Pułtusk widzę. Z okazji 70-lecia PSP nr 4 w Pułtusku

Z perspektywy lat umarłe światy wydają się piękne. Takim umarłym światem jest świat szkoły, a co za nim idzie również świat dzieciństwa. Ale paradoks, owe umarłe światy są… żywe, bowiem znalazły miejsce w naszej pamięci. Niestety, pamięć ulegając szarości, wiemy o tym aż nadto dobrze, wciąż musi być kolorowana. I tu kredkami i farbami są wspomnienia!
Wspomnienia… Oto nasza staruszka CZWÓRKA, której kierownikiem, za naszych czasów, był pan Jan Gręziak. Stoi przy Kościuszki, dwa razy w tygodniu aż podskakuje od żelaznych wozów konnych, którymi okoliczni chłopi podążają na rynek. Szkolnym murom może i szkodzi, ale nie uczniom, szczególnie chłopakom, którzy czepiając się wozów, mają jazdę za darmochę. Bywało, że woźnica chlasnął batem po plecach śmiałka, ale ten co podjechał, to podjechał.
Niedaleko szkoły jest wygon, miejsce uciech, zabaw i rozbitych kolan. Ocieniony z dwu stron, zielony wąwóz prowadzący do brudnej kanałkowej wody, do której z prawej strony toczą się śmierdzące, szaro – brudne ścieki, zaś z lewej strony jest ładniej, szczególnie wiosną, kiedy płaczące wierzby wychylają zza kolczastego drutu sploty zielonych warkoczy.
Tuż przy szkole wznosi się duży budynek, w którym mieszka nasza pani polonistka, Stanisława Bochenkówna. (Mieliśmy jeszcze inną polonistkę, niezapomnianą, posągową panią Helenę Król). Pani Bochenek była ciocią Malinki, Krysi i Tereski Bocheńskich. Także Isi. Do ogrodu pani Stanisławy (a może był to ogród państwa Bocheńskich?), jesienią, zakradają się chłopcy na jabłka – za domem rozciągał się bowiem ogród. Rosły w nim również kwiaty – na pewno tulipany, które Tadzik, majowy złodziejaszek, wręczał pani polonistce 8 maja, w dzień jej… imienin. Od całej naszej klasy! Czy ktoś z naszej UPIORNEJ klasy jeszcze o tym wstydliwym incydencie pamięta?
Jabłka! Wszyscy je mieliśmy w swoich teczkach. Jabłka raz na zawsze skojarzyły mi się z opowieścią pani Bochenek, która była więźniarką obozu koncentracyjnego. I w tymże obozie, śmierci przecież, podczas wizytacji Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, niemieccy oprawcy podali kobietom – na obiad – zupę z suszonych owoców – jabłek, może i gruszek… Zupa smakowała więźniarkom nieziemsko i to wówczas pani Bochenek postanowiła, że jak wyjdzie na wolność, że jak przetrwa, to sobie taką zupę ugotuje. Szczęśliwie przeżyła. Ugotowała. Doznała szoku – zupa była niejadalna…
Słuchaliśmy takich opowieści w kompletnej ciszy. No może Tadzik trochę się wiercił, bo był wiercony… Ale myliłby się ktoś, kto by twierdził, że byliśmy aniołami. Wręcz przeciwnie, byli wśród nas rozrabiacy, chłopcy przerośnięci wiekiem. W naszej CZWÓRCE drugoroczność nie była czymś wyjątkowym i kto się nie uczył, repetował.
Tuż za boiskiem był szkolny ogródek, w nim grządki z warzywami, kwiatami i olbrzymimi łodygami, tak, konopi. Rosły na początku ogródka, w poprzek, po prawej stronie. Pełliśmy te grządki pod okiem pana Sokolnickiego, nikt się nie wymigiwał, bo pan Sokolnicki jakoś nie miał umiejętności żartowania z uczniami i przymykania oka na ich nawet niewinne żarciki.
Kto podążał do szkoły od strony miasta, musiał minąć kuźnię panów Wiśniewskich. Budziła zainteresowanie. Była czynna przez cały rok, wydobywał się z niej zapach palonego kopyta – dla mnie piękny.
Spytacie o lato… Lato kojarzyło się nam z ogrodem pani Czulińskiej. Ogród wydawał się nam ogromy, pełen przeróżnych kwiatów, od ulicy, z zielonym drewnianym domkiem, do którego prowadziła alejka wysadzana różami. Kiedy róże mdlały i gubiły płatki, dziewczynki sypiące w kolegiacie kwiatkami zbierały je do swoich koszyczków. Wiele niebieskich płatków dawały ostróżki, które wznosiły się ponad inne kwiaty.
A owoce? Och, olbrzymie śliwki, jakby omszale, słodkie, soczyste, że palce były mokre od soku, także jabłka i gruszki. Wszystkie owoce piękne – jak z obrazka, z rumieńcami na jabłkach albo plamami żółci na gruszkach przy ogonku.
Lato… To z Kościuszki kojarzy mi się także z… bielą. Kiedy w czerwcu opuszczaliśmy mury szkolne, wygon gęsto pokryty był kawałkami papieru. Te białe kawałeczki pochodziły z naszych podartych zeszytów. Taki zwyczaj! Nie przepadaliśmy za nauką, za szkołą, kiedy byliśmy uczniami. Szkoła wiała smutkiem w tamtych powojennych latach. Nie czekaliśmy końca wakacji jak to się obecnie zdarza małym dziewczynkom, uczennicom młodszych klas.
Jesień… Ta najpiękniej prezentowała się na… wygonie. Ileż tam leżało liści. Morze liści – żółtych, brązowych i czerwonych, pomarańczowo – zielonych… Sfruwały z dwu stron – z ogródków mieszkańców przy Kościuszki 8 i z zacienionego ogrodu, po którym majestatycznie spacerował doktor Jankowski, pracujący w zakaźniaku na dalekiej Kościuszki.
Kiedy uczniowie wychodzili ze szkoły, a gnali do domów jak na skrzydłach, na wygonie było słychać wyraźny szelest schnących liści. Nogi brodziły w tym liściastym dywanie, przesuwały zwały liści butami, pozostawiając w tyle tunel przy tunelu. Dwie nogi, dwa tunele…
Dopóki jesień była ciepła, chłopaki z Rynku szli z domu do szkoły i na odwrót przez wodę. Nogawki krótkich jeszcze gatek podnosili jak się dało najwyżej i szur do kanałku… Że się tam gacie zamoczyły? Albo trepki niesione w górze… A kto by się tam tym przejmował. Wiosną obowiązywał ten sam rytuał. Trochę niebezpieczny, bo można było wejść na szkło, a co jeszcze gorszego, na kolczasty drut…
Kiedy nadchodziła zima, coraz chłodniej było w naszych klasach. Nieszczelne okna dmuchały zimnym wiatrem, piec nie dawał tyle ciepła, ile byśmy chcieli. Rozpalany był tuż przed lekcjami, ostygał szybko, więc przychodziliśmy do chłodnych klas i z takich wychodziliśmy.
Ci, którzy jedli szkolne obiady, może się i nimi rozgrzewali. Kiedy zupy było za dużo, panie pytały: „Kto chce iść na zupę?”. Raz chciałam, chociaż byłam niejadkiem i ważyłam tyle, co dobry kurczak, jak mówiła moja babcia. (Kiedyś silny wiatr chciał mnie porwać sprzed kranu ulicznego – stał w pobliżu kuźni). A zupy nie zjadłam, ale z klasy wyszłam i to podczas lekcji!
Ciekawe, że w klasach było nam zimno, ale na wygonie (na lekcjach wuefu) wysłanym białym puchem już nie. Drzewa stały w zimowym bezruchu, w czapach śniegu, a my w nieustannym ruchu – z sankami pod górkę, na sankach w dół, aż do zamarzniętej wody… Ci, dla których zabrakło sanek, zjeżdżali na butach, a lód był jak masełko albo jak marmurek…
Z perspektywy lat umarłe światy wydają się piękne… Z każdym rokiem piękniejsze…

Zdjęcie: Tu mieściła się CZWÓRKA

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *