pultuszczak

Facebook


Co?

2019-03-07 4:19:36

Z cyklu PUŁTUSK WIDZĘ

Śnię jak z obrazka, wszystko widzę w snach, nigdy nie widziane twarze, na których dostrzegam najmniejsze szczegóły urody lub jej brak, kolorów w moich snach, że aż oczy bolą, wszystko się pali i skrzy jak na obrazach impresjonistów, emocje buzują, Niemców dużo – chcą mnie zabić (a przecież urodziłam się po wojnie), a ja się chowam przed nimi, dużo wody orzeźwiającej, narwiańskiej, w której pływam, lub ciemnej toni, której się boję. Do niedawna śniły mi się koszary, też ich się panicznie bałam, na równi ze żmijami, którymi bywałam obrzucana, w snach, ale teraz, kiedy koszary w ruinie, jakoś mnie nie straszą, czerwona cegła poszła w zapomnienie. Aha, i śni mi się, że latam, nad Kościuszki. Pośrodku kamiennej szosy.
Dziś śniłam o pułtuskiej… ekspedientce. Musicie uwierzyć. Nie znałam jej z nazwiska, chociaż wiedziałam, że była nasza. Sklep był z 1 Maja, spod górki po lewej stronie, w nim potem pracowała Marysia Królowa, ale sen był sprzed Marysi. Koło tego sklepu spożywczego była kiedyś maleńka dziupla z naftą. Raz tam byłam z butelką. Boże, kiedyś! Córka mnie spytała, ile mam lat. Jak jej powiedziałam, nie uwierzyła!!! Ale czy dzieci myślą o rodzicach w kategorii wiekowej? A uchowaj Boże, ja dla swojego dziecka wciąż jestem młoda, takie zaklinanie rzeczywistości, za to Oluś dostrzega, że tak coś jestem w tyle.
No i ten sklep, ta sklepowa… Stała za ladą jak KRÓLOWA właśnie, chociaż nie Marysia, miała wielki cyc, na cycach obcisły bliźniak, który pewnie podrzuciła jej spod lady inna sklepowa, miała tlenione perhydrolem włosy, półdługie i gęste, i sztywne, też wymalowane na sztywno rzęsy, czerwone usteczka, i palce dłoni utkane złotymi pierścieniami, z wielkimi jak wiśnie kamieniami, czerwonymi i zielonymi. Była ucieleśnieniem pułtuskich sklepowych, chociaż absolutnie nie wszystkich. Absolutnie. „Ohyda”, pomyślałam, ale długo na myślenie czasu nie miałam. Bo oto sklepowa energicznie wyciągnęła rękę i placem wskazującym pokazywała na drzwi. „Won”, krzyczała, „Won”.
Rankiem spytałam męża, czy pamięta pułtuskie sklepowe. Powiedział, że nie, chociaż dodał, że „Do Turka się chodziło, do Femy”. Grzebiąc w lodówce przypomniał sobie, że jednak tak, pamięta śliczną dziewczynę z drogerii na 1 Maja. „Och, to nie ekspedientka, to anioł, to Ela Laskowska, wdzięk, kultura i sama oryginalność”, powiedziałam. Wchodziło się do niej jak do wiejskiego kościółka pełnego tajemnic i dobrej aury, i słońca sączącego się przez witrażowe okienko. Ela zawsze był uśmiechnięta, zainteresowana tymi, co przed ladą, pełna wiedzy o kosmetykach. Chodziłam do Eli jak do kogoś bliskiego, chociaż i owszem, znałam ją jako dziecko, nasi rodzice się odwiedzali.
Kiedyś w PEWEKS-ie, to nie sen, ekspedientka, kiedy podeszłam do lady, powitała mnie krótkim słowem: „Co?”. Nie, nie odpowiedziałam jej też krótkim słowem, o które mnie podejrzewacie. Pewnie poszłam po jeansy, może po tę sukienkę jeansową, cudną jak rześki poranek z błękitnym niebem. A może po materiał na sukienkę, którą uszyła mi moja dobra teściowa Henia Pochmarowa, bardzo dobra krawcowa, ale niesłowna. Klientkom mówiła: „O, dzieciak przyszedł i chce sukienkę…”. Ten DZIECIAK to ja, tak mama tłumaczyła opóźnienia w szyciu kreacji swoich klientek.
Kiedyś, pamiętam to dobrze, też na 1 Maja, w rzeźniku, naprzeciwko ZIELONEGO BLOKU, kupowałam cielęcinkę dla Aty, niejadka. (Mamusia mówiła: „Upoluj cielęcinkę”). Za ladą stał… mężczyzna, nazwiska nie podam. Rzucił mi tę cielęcinkę na wagę, spojrzałam na wskazówki, a raczej tego nie robiłam, wskazówka się machnęła i wtedy dostrzegłam, że daleko mi z tymi mięsem do pożądanej wagi. Wyrzuciłam swoje oburzenie, nawet swój ból niedosytu. Sklepowy dorzucił jakiś ochłap… Bez słowa, chamisko…
Mięso, wędliny… Dopiero jak w rynku, w sklepie rzeźniczym za ladą stała nasza kochana Celinka, uczyła się w makowskiej szkole, gdzie też uczyliśmy z K, nasza córka jadła szyneczkę do woli. I miała się w co ubrać, bo Tereska Szymańska (mama mojego ucznia Michałka) i mama Waldusia Laskowskiego (też mojego ucznia z JEDYNKI – obaj pozostali w mojej pamięci), zostawiała mi coś niecoś.
A raz to nawet miałam szczęście, jakie się nie trafiało – pani ekspedientka z budki warzywniczej przy alei Wojska Polskiego (chyba była z Popław) spytała, czy chcę… dżem, którego na półkach nie było. Bardzo chciałam. Ale się nadziwiłam i roztkliwiłam, że oto jakaś obca mi kobieta obdarowuje mnie słoikiem ze słodką mazią, że tak ot, daje mi coś, czego nie było… W tej budce też pracowała nasza pani Gaszczyńska, sąsiadka z Warszawskiej, która DZIAŁA mi swetry jak marzenie, i sukienki, pod moje dyktando. Och, te swetry, wciąż je mam w pamięci, wciąż jestem wierna wielkim golfom…Sukienka na ten przykład była koralowa, sweter niebieski, z grubaśnej wełny…
PS Z poniedziałku na wtorek przyśniła mi się Jadzie, obie nauczycielki, Bulkowska i Arbudzińska. Obie mi bliskie… Siedziały na kasie w Lidlu. Ale kasą dowodziła Jadzia B, chociaż to geografka, nie matematyczka jak Jadzia A. Jadzia B wesoła, zupełnie nie zestresowana ogłupiającą robotą. Głowę wciąż miała zadartą, żeby odczytywać kwotę do zapłaty z monitorka wysoko zamieszczonego. Taka była hej do przodu… Za nią, jak w tramwaju, siedziała Jadzia A, bez słów. I tak sobie pomyślałam, „Co też znaczy ten sen”, bo trochę umiem je czytać i to zasługa babci Stasi. Ale na razie nie wiem. Tylko to A i to B? Co to znaczy do cholery sennej? Lila Załogowa, żona Jerzego, mówiła mi kiedyś, że sny mówią do nas, tylko że my, nie umiemy ich czytać. Latamy w KOSMOS, schodzimy pod wodę, a snów nie umiemy czytać!
GRAża

ZDJĘCIE: Ela Laskowska, śliczna ekspedientka z drogerii na 1 Maja (autor zdjęcia nieznany redakcji)

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *