pultuszczak

Facebook


Co wy takie dzikie jesteście?

2017-12-01 9:14:26

Z cyklu Pułtusk widzę

Warszawska była WTEDY na końcu świata. Ale że byłam jak wiatr, szybko docierałam do centrum miasta, do szkoły, czyli do ogólniaka, a przedtem i w lot na Kościuszki, do CZWÓRKI, do której rypałam tylko przez rok – przeprowadziliśmy się bowiem z Kościuszki, kiedy rozpoczęłam siódmą klasę. Latawiec byłam, że hej. W lot też polubiłam, a nawet pokochałam tę Warszawską. Może dlatego, że taka wiejska była, sielska, roślinna, ogrodowa, rzeczna, łąkowa od strony Narwi. Zresztą podobna do Kościuszki. Docierała się do niej z Daszyńskiego, ulicę brudną i śmierdzącą. Zaniedbaną. Kiedy doszło się do figurki, stojącej wśród krzewu bzu, mniej więcej na wysokości domu pań Królakówien, było się już PRAWIE u siebie. Jedna z pań uczyła w CZWÓRCE, potem MOJEGO Kazimierza z Daszyńskiego w LO. Kazimierz był sąsiadem świetnej babeczki – nauczycielki, pani Alinki Wróblewskiej, które też uczyła w CZWÓRCE. Pięknie się ubierała, lubiła wełny, malowała usta, miała swój styl i była przyjemna. Nauczycielka, jakich trudno było szukać w pułtuskich ówczesnych szkołach. No-wo-cze-sna. Dalej mieszkali państwo Dorobińscy, dalej, znaczy bliżej głównej jezdni. Ich dom bardzo mi się podobał, drewniany był, swojski. Z werandą i balkonem. W otoczeniu zieleni.
Daszyńskiego kojarzyła mi się z truflowymi, czekoladowymi cukierkami. Kupowałam je nieraz, bo rzadko miałam pieniądze, nie były mi zupełnie, ale to zupełnie potrzebne… Sklep spożywczy, w którym ekspedientką była moja ciotka Zosia Zalewska – wdowa po Janie, który zginął pod Berlinem i nie wiadomo, gdzie jego wieczne spoczywanie (potem pracowała w bufecie PKS i sprzedawała… granaty. Granaty to twarde kotlety mielone. Miejscy pijaczkowie mówili: „Panie Zosiu, pani rzuci granatem”. Ciotkę wszyscy znali i wszyscy ją lubili… Mnie robiła obciach za obciachem, wołając, dajmy na to na Świętojańskiej: „Grażusia, jaka ty piękna dziewczyna jesteś!” lub „Jaka ty jesteś podobna do naszej rodziny”. No, kochała mnie, swoją bratanicę. Jej sklep mieścił się mniej więcej naprzeciwko dzisiejszej Stokrotki, wchodziło się do niego jakby w dół… Ja, totalny niejadek, nawet słodyczkowy, wcinałam te trufle aż mi się uszy trzęsły. Pomagały pokonywać tę długą drogę per pedes, osładzając jednocześnie żywe wspomnienie nerwowych, szkolnych godzin…

Ale ta kapliczka, przy której zawsze stały kwiaty… Zmarłych z Warszawskiej odprowadzało się do tejże kapliczki właśnie, potem trumna wraz z pogrzebowym orszakiem podążała już na cmentarz samochodem. Tak żegnałam swoją Babcię, a że to była MOJA pierwsza bliska śmierć, zapamiętałam ów pogrzeb aż zbyt szczegółowo.

A kiedy dochodziłyśmy z miasta do młyna już już w POM-owskich blokach. Troszkę, ale tylko troszkę, byłyśmy zmęczone, ale zaraz łapało się oddech i hajda na rower. Z Ulką Kazimierkowską, a miałam to szczęście, że mieszkałyśmy przez ścianę. Najczęściej kierowałyśmy się na Nasielską, potem jazda do Kokoszki i dalej. Zielono wokół, lekki wiaterek buszuje we włosach, łany zbóż kłaniają się nam z obu stron, a szosa spokojna… Albo w stronę Gromina jeździłyśmy, gdzie (chyba się nie mylę) mieszkała rodzina Ulki.

Do wspomnień wracam obrazami i kolorami, obrazy, owszem, pamiętam, ale barw ani ani. Pamiętam, jak marnując jaja, próbowałyśmy upiec bezy. Na dwu blachach miałyśmy jedynie mokre plamy…

A te kolory… Raz w roku naszą ulicę pokonywały tłumy pułtuszczan. Ludzie szli, ba, pruli sznurkiem…Podążali na kacicki odpust. A jeszcze ciekawszy był ich powrót – wesoły, niektórzy po kielichu, z kolorowymi akcesoriami odpustowymi, z gwizdem piszczałek i gwizdków… A w Kacicach? Ileż tam było kolorów! Te gliniane bajecznie kolorowe koguty, różnobarwne wiatraczki, balony we wszystkich kolorach tęczy… To było tak brzydkie, że aż piękne. Najpierw latałam do Kacic jako podlotek, nieraz z Lucynką Przewoźną, potem – pamiętam – jako młoda mężatka. Z dużym brzuchem. Pamiętam, raz towarzyszył mi Darek (Adam) Bartuszek (Kazimierz gdzieś wyjechał), a pan doktor miał rodzinę w Kacicach. Tak sobie szliśmy i to całkiem nie pomalutku, a Darek się dziwił, że taka jestem dzielna. A szłam w sukience żółto-pomarańczowej, w kwiatki, nylonowej…

Kolor… Noc, ciemno jak w nosie u Murzyna (jakie to politycznie niepoprawne!), lampy się nie świeciły, bo ich (chyba) nie było, wleczemy się z Ulką z zajęć szkolnego chóru. Przed nami staje czarne (czarne, czyli złe, kierowca z niecnymi zamiarami) auto. Mężczyzna chce nas podwieźć. Mówimy, że mamy już blisko… Odjeżdża. Nauczone przestrogami rodziców, żeby nie wsiadać do obcych aut, szczególnie – nie wiem dlaczego – czarnych, nie wsiadłyśmy! Nazajutrz, tatuś przychodzi z pracy, a pachnie benzyną, do dziś jest to m oj ulubiony zapach – jest magazynierem paliw, i mówi: „Co wy takie dzikie jesteście… Wczoraj dyrektor Gałązka (był zastępcą dyrektora Matusiaka) chciał was podwieźć, ale nie chciałyście…”. Oj, tato, myślę sobie dzisiaj, jak pana Gałązkę można było odróżnić od Konara czy innego Świerku. W tych egipskich ciemnościach?!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *