pultuszczak

Facebook


BO MY WCIĄŻ JESZCZE BELFERSKA BRAĆ

2018-06-29 12:02:02

Z Jadwigą Bralską, uczestniczką niedawnego spotkania uczniów b. LICEUM PEDAGOGICZNEGO, rozmawia Grażyna Maria Dzierżanowska

Jadziu, niesłychane, co rok się spotykacie, wy, byli uczniowie pułtuskiego LICEUM PEDAGOGICZNEGO!
Tak. Najstarszy rocznik to `57., `59., potem 60., mój to `62. W ubiegłym roku była nas ponad czterdziestka, balowaliśmy w zamku w SALI Karmazynowej, zaś na ostatnim spotkaniu było 46 osób. Wśród nich Jadzia Szczepanik, Genia Lech, Zosia Wróbel, Jurek Maciejewski… Do nas dołączyła klasa Marysi Chrzanowskiej rok `62. O, matko, fajne dziewczyny były…
Co jest takiego w tych spotkaniach, że chcecie się… spotykać. Mnie na przykład to jest zupełnie obce.
Wiesz co? W nauczycielach jest taka chęć spotykania się, lubimy ludzi, to nie chodzi o jakieś tam jedzenie i picie winka. Poza tym ten… Pułtusk. Ludzie chcą przyjeżdżać do Pułtuska, gdzie uczyli się 5 lat, to kawał czasu. Nasz rynek, zamek, czyli Dom Polonii jest dla niech nieodkryty, jak dla pułtuszczan. Na zjazdach rozprężamy się, odpoczywamy…
A na ostatnim spotkaniu…
… najpierw oczywiście była msza święta w kościele szkolnym. Ksiądz Dariusz Kisiel zawsze celebruje mszę. Oprawę mamy piękną, ja śpiewałam psalm, potem „Barkę”, Jadzia Szczepanik czytała, Janka Pakiełowa przygotowała MODLITWĘ WIERNYCH, ksiądz do nas mówił… Łza się kręci w oku. Potem obiad na górnym krużganku
A pierwsze spotkanie? Po ilu latach od ukończenia szkoły się odbyło?
Po 49 latach! Odbyło się w szkole, w LICEUM i wtedy to niektórych nie poznałam. „Ja przepraszam, nie poznaję ciebie” – mówiłam. To był na przykład Rysiek Grzesicki, starszy pan…
Ciebie ktoś pytał, kim jesteś?
Nie. Tylko dziewczyny z klasy Jadzi Szczepanik nie mogły mnie poznać. Ja w szkole miałam warkocze, a na spotkaniu zobaczyły mnie w innym wydaniu. Byłam skromniutką dziewczynką… Teraz to już wszyscy mnie poznają, bo ja śpiewam na spotkaniach, recytuję…
Na tym spotkaniu przed laty byli z wami również nauczyciele…
Tak. Pani Abrambska (Sikora), matematyczka, pani Dublewska, pani Chmurska, geografka, tyle osób pamiętam, to byli wychowawcy klas, moją była pani Sikora.
Jaka była?
Żegnałam ją w bazylice na pogrzebie… Najpierw naszym wychowawcą był pan Gadomski.
O, mamo! Uczył mnie historii w SKARDZE. A do pani Sikory chodziłam na korepetycje.
Oj! A pani Sikora była długo samotną osobą, miała dla nas dużo czasu, nad każdym się pochylała. Miała inny styl nauczania niż pani Janina Waleśkiewicz, która była wymagająca… Pani Sikora była ciepła i miała miły głos, do każdego podeszła, pytała, czy rozumie…
Ile osób liczyła twoja klasa?
To IB, 45 osób! Większość ze wsi, maturę zdało nas 9, taki był odsiew. Takie były wymagania! Pierwszej klasy nie można było powtarzać. Potem nas połączono z klasą IC. Ze mną ze szkoły w Przewodowie, bardzo dobrej szkoły, poszło 10 osób. Odpad był już na egzaminie, a po pierwszej klasie zostało nas pięcioro. Maturę zdały dwie osoby z Przewodowa.
Znasz takich, którzy skończyli LP, a nie zostali nauczycielami?
Oj tak, dużo było takich osób, chłopcy po kolei – Jurek Maciejewski, Janek Kisiel, Tadek Zglejszewki, Zdzisiek Michalski… To byli wojskowi, niektórzy w PARTII pracowali i się wybijali politycznie – np. Tadek Podłucki. Zygmunt Kozłowski też odszedł od wyuczonego zawodu… Zygmunt pięknie powiedział na spotkaniu, że dobroć w nas tkwi i chęć przyjaźni, podtrzymywania jej…
Jakieś winko mieliście?
Tak, obiad, przystaweczka, tort malinowy, puchar lodowy. Wszystko smaczne – kuchnia Domu Polonii. Był rejs gondolą… Były wspomnienia, śpiewy, czytanie napisanych na to spotkanie wierszy… Nikt się nie krępował…
(Jadzia śpiewa mi piosenkę: Niech inni mówią, że to już było/ Że nasze życie już się skończyło/My pokażemy na co nas stać/Bo my wciąż jeszcze belferska brać./ I inna pieśń: Znów się spotkamy, miło płynie czas/ jakby lat ubyło, myśli każdy z nas/ Chociaż coraz trudniej rozpoznawać się/ Cieszy każda chwila, gdy spotkamy się/ Nie wiem, ach nie wiem, jak to się dzieje, że Pułtusk łączy nas/ Tyle jest innych miast na Mazowszu, a Pułtusk zawsze nasz./ Słowa Jurka Maciejewskiego.
Groby nauczycielskie odwiedziliście?
A jakże. 19 grobów odwiedziliśmy – Czesia Borczyńskiego, pana Wiernickiego, pana Chomika, państwa Waleśkiewiczów… Zapalaliśmy znicze… Wszystko mieliśmy rozplanowane – jak to nauczyciele.
Tak sobie gadamy, a jeszcze nie podałyśmy pełnej nazwy waszej szkoły.
Państwowe Liceum Pedagogiczne.
No, PEDAŁY, pamiętam. A pamiętasz egzaminy wstępne?
Urodziłam się w `44 roku i oni mnie nie chcieli przyjąć do tego LICEUM. Kończąc szkołę, nie miałabym 18 lat i nikt nie chciałby mnie zatrudnić. Pojechałam więc ze swoim kierownikiem, panem Janem Kapackim, do Warszawy, gdzie odebrałam stos nagród książkowych zdobytych w konkursach i pan kierownik poprosił o dopuszczenie mnie do egzaminu. Wyjątkowo się zgodzono. Zdałam egzamin, ale jako Helena, bo jestem Helena – Jadwiga Wysocka, a występowalam jako Jadwiga… I był z tym ambaras. Mój kuzyn Stefan Żochowski powiedział mi, że mnie nie ma na liście przyjętych. Że jest tylko Helena Wysocka, nie Jadwiga. „Matko Boska, ja bym nie zdała egzaminu?” – pomyślałam przez chwilę… Nauczycieli miałam wyjątkowych w tym Przewodowie, uczyła mnie pani Wiktora Świerczewska, matematyczka, pani Kapacka, polonistka… Dzięki temu dawałam sobie radę w LICEUM, a łatwo nie było, bo to i muzyka była (grałam w orkiestrze u pana Jaszczaka na skrzypcach, muzyki uczył pan Wiernicki) i uczyliśmy się przedmiotów pedagogicznych – uczyła ich pani Jundziłł, kobieta z uznaniem, z wielkim prestiżem. Szlachetna. Postawę miała wyniosłą, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Dużo dawała i dużo wymagała. Była metodyka nauczania… Były praktyki pedagogiczne, ja miałam całomiesięczną w CZWÓRCE i w Nasielsku.
Z kim się przyjaźniłaś?
Z Hanią Bandulską, obie byłyśmy z Przewodowa, dziś ona w Warszawie. Uczyła matematyki. 5 lat byłyśmy razem, w jednej ławce.
Wyście tam randkowały w tym LICEUM?
Były jakieś spacery… Były odrabianki. Ja też miałam sympatię, ale nie powiem kogo, ten ktoś już nie żyje. Wiele dziewcząt miało sympatie, chociaż chłopców było mniej niż dziewcząt. A odrabianki odbywały się w internacie w obecnej KLAUDYNIE, kończyły się o 19. Najpierw mnie nie przyjęli do internatu, bo byłam córką kułaka, mieszkałam w blokach u pani Milewskiej, daleko od szkoły, potem u pani Tumiłowicz nad sklepem pana Rybarczyka, miła pani. Potem już byłam w internacie. W naszej sali, dziś to górna sala gimnastyczna, było 12 łóżek, może więcej.
To kołchoz.
Nie myślało się o niczym tylko o lekcjach. I o domu. Wyjazdówka raz na miesiąc.
O matko, to karny obóz pedagogiczny.
Wyjeżdżaliśmy raz w miesiącu, w niedzielę, bo w soboty uczyliśmy się. Dobrze, że tata przyjeżdżał na rynek ze zbożem… Brat do mnie przyjeżdżał motocyklem. Mama robiła mięso zalewane tłuszczem – w słoikach. Bo ja nie mogłam jeść bułek z marmoladą, to było dla mnie okropne. Ale jedzenie w internacie, na przykład obiady, nie były złe.
Nauczycielka, która pozostała w twojej pamięci?
Ceniłam panią Dublewską polonistkę, przy niej otworzył się dla mnie świat literatury, poezji, z nią przyszło nowe tchnienie humanistyczne, była radosna, kochała poezję, pięknie interpretowała wiersze. Traktowała nas jako dorosłych, interpretowaliśmy erotyki, mieliśmy piękne recytacje…
Z okazji Rewolucji Październikowej i…
11 Listopada.
Wagary?
W drugiej klasie, 3 maja poszliśmy na wagary na Popławy, pod las. Zarzucono nam, że to była sprawa polityczna, a to był majowy impuls. Byłam przewodniczącą klasy – pierwsza poszłam na rozmowy. Potem pozostali. Skończyło się piekłem – zebraniem rodziców i wyrzuceniem ze szkoły czterech osób.
A przymusowy 1 Maja?
Byłam w grupie sportowej – grałam w siatkówkę. Szła z nami pani Wróblowa. Moja miłość. Jeździła z nami na rozgrywki…
Świetna baba, też mnie uczyła – w CZWÓRCE.
I świetne, chociaż zupełnie inne niż dzisiejsze, czasy.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *