pultuszczak

Facebook


Biżuteria tak szybko się starzeje

2019-03-13 11:30:35

Z dedykacją dla pułtuszczanek, znanych mi i nieznanych, żeby im się biżuteria nie starzała

Wzięłam ich cały splot, kolorowych, zróżnicowanych wielkością i kształtem. Leżały przed mną, jak barwne wężowisko. Włożyłam w nie ręce, robiąc w środku gniazdo. Czując mdlejący chłód barwnych kulek, trzymałam na nich rękę, oddającą ciepło, a kiedy uznałam, że są już moje, nie zimna i mroku szuflady, wtedy pociągnęłam za sznur koralików. Pierwsze skapitulowały perełki. Niedługie, o owalnym kształcie, mieniące się perłowo jasnymi refleksami błękitu i różu. Wyróżniały się ułożeniem, nanizane były gęsto, wszerz niekształtnych kulek. Podniosłam je do oczu, potem przycisnęłam do policzka, aby za moment przenieść na szyję. Nie, tego się nie spodziewałam. Zapięte z trudem, dusiły mnie, marszczyły czerwieniejącą skórę, tworząc na niej całą sieć zmarszczek. „To pewnie przez te dawne zaburzenia tarczycy” – pomyślałam i szybko odłożyłam ulubiony kiedyś sznurek.
Teraz wybrałam z kłębowiska korale, kupione przed laty w HEFRZE. Tak, perły i korale z głębin dalekich mórz to moje ulubione ozdoby. Jako zodiakalny Rak lubię to, co pochodzi z wodnego środowiska. Z trudem wyplątałam czerwony sznur. Uważnie, patyczek po patyczku, zabierałam gałązki korali zieleni agatów i bieli jadeitów. Ułamawszy najdłuższy, spłoszyłam się sztywnością swoich palców. „Zwietrzały mi przez lata, nie kąpane w deszczu, nie suszone w słońcu. Nie cieszyły się życiem, jak powinny, przespały całe lata zupełnie jak ja” – pomyślałam, a że myśl była przykra, bo prawdziwa, szybko odłożyłam na bok koralowy sznur.
Bursztyny, te się wyróżniały dużą różnorodnością kolorów, ale i kształtów. Sieczka i bursztyn szlifowany, kule i kulki, wszystko nanizane tak, że największe bryłki, jak przepiórcze jaja, stanowiły środek biżuterii… Wśród miodnego kamienia Bałtyku pyszniła się jasna róża naturalnej wielkości, wyrzeźbiona, pamiętam dobrze, przez artystę z Łeby. Wpadłam do jego pracowni dość rozćwierkana i słoneczna – urlopowa. Z K.
Różę więc ledwie dotknęłam. Moje ręce zaczęły krążyć wokół metrowego sznurka drobnych i niezwykle barwnych koralików, kupionych za grosze na bazarku w Kazimierzu Dolnym. Długo je wyplątywałam, ciągnęłam jak morskie wodorosty po oceanie stołu. Włożyłam sznurek na szyję. Spojrzawszy w lustro, zaraz zdjęłam ozdobę sprzed lat. Zupełnie nie pasowała do mojej twarzy, rozlanej, z lekko obwisłymi powiekami i chomiczymi policzkami. Ładne kiedyś usta skrzywiłam z niesmakiem. Miałam wrażenie, że róg lustra odbił fragment mojej sukienki z dawnych lat, w drobne kwiatki, tak zwanej chłopki. Bardzo mnie to zdenerwowało, tak bardzo, że szarpnęłam za ozdobę, aż pękła stara nić.
Nie poprzestałam na tandetnych koralikach. Wiedziałam, że jeśli odejdę od barwnego kłębowiska, więcej do niego nie zajrzę, moje palce nie będą chciały podjąć trudu rozsupływania tego, co zapętliło życie.
Teraz pociągnęłam za ozdobne srebrne zapięcie, błyszczące między drobnymi granatami a podłużnymi nefrytami. Bez trudu wychyliły się jasnozielone agaty, kulki jednakowej wielkości poprzetykane supełkami mocnej grubej nici w ciemniejszej toni zieleni. „Jak mnie kiedyś pięknie było w tych agatach. Ich zieleń pasowała do koloru moich oczu” – pomyślałam. Dostałam je od K.
Nagle odeszła mnie ochota grzebania się w przeszłości, dopasowywania biżuterii do zdarzeń. Znudzona wzięłam do ręki ciężką broszę, kameę, która leżała osobno. Ta mnie pasowała. Wreszcie doczekała się swojego czasu – zawsze była dla mnie za poważna. Raz ją tylko miałam na sobie. Wskazującym palcem gładziłam delikatny profil z białego kamienia. Wtedy dostrzegłam, że kamea została uszkodzona. Kiedy, gdzie, w jaki sposób?
Teraz moją uwagę przyciągnął kolczyk, też kamea, srebrny profil na lśniącym kamieniu. Zaplątany wśród drobnych agatów i jeszcze drobniejszych nefrytów, błysnął swym metalicznym chłodem. Jaką nosił nazwę ów kamień, umknęło mojej pamięci. Nie próbowałam sobie przypomnieć, wiedziałam, że to próżny trud. Byłam pewna, że pamięć o kamieniu przyjdzie, ale jeszcze nie teraz, na pewno wówczas, kiedy nie będę się tego spodziewała. Może w łazience podczas kąpieli, a może w zieleniaku, kiedy będę kupowała brukselkę od Jurka. Znaleziony kolczyk pasował jak ulał, trafił w czas późnej jesieni. Zaczęłam poszukiwanie drugiego. Potrząsałam dotąd nierozsupłanym węzłem naszyjników i bransolet, ale kolczyka nie było. Przypomniałam sobie za to, że właśnie te kolczyki dostałam na wieczną pamiątkę od przyjaciółki.
Spasowałam wskutek lęku pamięci. Nie chciałam przypasowywać biżuterii do zdarzeń, które były już za mną. Obawiałam się, że dalsze poszukiwania odsłonią przede mną zbyt bolesne wspomnienia.
Było późno, podparłam głowę dłońmi. Ten gest zawsze u mnie znaczył zamyślenie i nieporadność w działaniu. Tak trwałam długą chwilę, po czym pochyliwszy się nad stołem, zagarnęłam zwój biżuterii do szuflady. Robiłam to bez złości, raczej z postanowieniem, że trzeba kupić nowe ozdoby, dać im pożyć, nawet poszaleć, bo czas ucieka. W mojej głowie, pozornie bez sensu, kołatały się myśli, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki i że nic dwa razy się nie zdarza.
Stół był już pusty, spoczywała na nim moja prawa dłoń z obrączką na palcu, i zza ciasną bransoletką, lewą rękę zwiesiłam wzdłuż ciała. Przechyliłam głowę. Bardzo raziły mnie brązowe kamienie wśród bogatego ornamentu bransolety. Zbyt były podobne barwą do plam i plamek, jakie pokrywają moje dłonie. „Muszę sobie kupić bransoletkę rozświetlającą moje ręce. Biżuteria, kto by pomyślał, tak szybko się starzeje” – pomyślałam nie bez złości.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *