pultuszczak

Facebook


Alicja w krainie męża

2021-01-22 7:38:43

Gdyby żył, 14 stycznia tego roku obchodziłby 79 urodziny. Krzysztof Klenczon, wspaniały artysta, idol pokoleń Polaków, który urodził się w Pułtusku. Mając nadzieję, że festiwal jego imienia jeszcze powróci do naszego miasta, przypominamy wywiad z z Alicją BIBI Klenczon – Corona, żoną legendarnego muzyka, który przeprowadziła Grażyna Dzierżanowska

Pani wizyta w Pułtusku to wielka radość zarówno dla fanów jej męża jak i dla lokalnych patriotów. Jak doszło do pierwszego Pani spotkania z miejscem urodzin Krzysztofa Klenczona?

Pierwszy raz odwiedziłam Pułtusk, niedługo po poznaniu Krzysztofa. Tak! Znam dworzec PKS! Pamiętam, jechałam z Warszawy do Olsztyna i tu miałam przesiadkę. Wtedy jeszcze nie miałam samochodu i nie byłam żoną Krzysztofa. No i pamiętam ten dworzec, on się zmienił trochę na lepsze. A Pułtusk? Było to małe miasteczko… Zawsze z sentymentem tutaj przyjeżdżałam, wiedziałam, że Krzysztof się tu urodził i w czasie wojny tata jego, świętej pamięci Czesław Klenczon, AKowiec, jeden z wyklętych, tu w okolicznych lasach „urzędował”. Jest pomysł na film dokumentalny, o którym rozmawiam z jednym z reżyserów dokumentu… Ekipa ma przyjechać do Phoenix i ma wsiąść do ciężarówki mojej córki, która jest właścicielką firmy spedycyjnej , i ona będzie w czasie jazdy po Ameryce opowiadać… Dokument zacznie się opowieścią o Krzysztofie, sławnym ojcu naszej córki, ale i o wojennym losie jej dziadka Czesława, o którym ona bardzo dużo wie. I to będzie, moim zdaniem, ciekawe. Uważam, że należy im się wszystkim ten hołd, tym patriotom, którzy nie dość, że z Niemcami walczyli, to potem z władzą, jaka była.

Krzysztof wspominał miejsce swojego urodzenia w rozmowach z Panią?

Tak, oczywiście, były opowieści. Krzysztof się tu urodził w `42 roku. Mieszkali tu chyba do `45, potem wyjechali do Szczytna, więc nie pamiętał Pułtuska. Motywami o Pułtusku to obdarzał nas tata Krzysztofa. Żałuję… Będę musiała na ten temat jeszcze porozmawiać z rodziną, bo żyje szwagierka mojego teścia, która ma osiemdziesiąt kilka lat i jeszcze sporo pamięta. Będę musiała wrócić do tego tematu, bo ja nie wszystko pamiętam jednak.

Klenczon- zwany polskim Johnem Lennonem – jest wciąż popularny w naszym kraju, ceniony, kochany. Czy wśród Polonii w Ameryce również?

No nie bardzo. Ja to porównanie usłyszałam dopiero będąc w Polsce i za życia Krzysztofa – o ile pamiętam – nie było takiego porównania. Bardziej go porównywali, bo był bardzo przystojny, do Paula Mc Cartney`a. Ale to fajne porównanie, on w dodatku uwielbiał Beatlesów – w sercu i w duszy grał mu rock and rol. Dlatego też odszedł z Czerwonych Gitar, bo po prostu zmęczył się tym mdłym i nieciekawym beatem. Krzysztof był człowiekiem niepokornym, był bardzo uparty, lubił zmieniać w swoim życiu dużo rzeczy.

I nieśmiały. Podobno, bywało, na scenie krył się za muzycznym sprzętem.

Tak, bo to były te dwa oblicza Krzysztofa: jedno na scenie – żywiołowy, amant – można powiedzieć – szalenie przystojny, o niesamowitym wyczuciu rytmu. A nikt go muzyki nie uczył. A drugie oblicze – w domu: spokojny, nieśmiały, dobry ojciec.

W domu nie był artystą?

Nie. On był po prostu człowiekiem. Tak był wychowany, zresztą wpływ – znowu muszę wspomnieć mojego teścia – miał na niego ukochany ojciec, niestety, nie zdążyliśmy go wziąć do Ameryki. Po raz pierwszy przyjechaliśmy do Polski w 1975 roku na pogrzeb. Tu muszę zdradzić tajemnicę, może nie wszyscy wiedzą o „Białym krzyżu”. Był to utwór poświęcony ojcu Krzysztofa, ale również wszystkim, którzy walczyli z kimkolwiek, żeby odzyskać niepodległą Polskę.

Och, te piosenki Pani męża: „Taka jak ty”, „No bo ty się boisz myszy”, „Historia jednej znajomości”, „Takie ładne oczy”, „Kwiaty we włosach”… Która z nich jest dedykowana Pani?

Wszystkie, no, może przesadzam, że wszystkie, ale każda właściwie piosenka dotyczy mnie. No, „Historia jednej znajomości” to właściwie była napisana przez Jerzego Kosselę po moim poznaniu z Krzysztofem, po tym, jak to wszystko się zaczęło… Miałam takiego psa, chodziliśmy na plażę… Krzysztof uwielbiał zwierzęta, zresztą sam miał wilczura i ja miałam dwa-trzy psy. Byłam wychowana w domu z kotami i psami, nie była wychowywana w sterylnych warunkach po prostu. A babcia lekarka…

Jak się czuła ta piękna Alicja przy boku przystojnego, sławnego Klenczona, który dla nie niej komponował piosenki? Dumna? Zazdrosna? Wkoło przecież były tabuny rozwrzeszczanych fanek.

Jak Krzysztofa poznałam, to właściwie nie wiedziałam, kogo ja poznałam. Ja nie byłam fanką, która przyklejała na maty z Cepelii aktorów czy piosenkarzy. Bardziej się interesowałam muzyką poważną, historią sztuki. No wiedziałam, że są Czerwono-Czarni, jacyś Niebiesko-Czarni, chyba nawet nie wiedziałam, że był ten pierwszy festiwal w `61, `62 Młodych Talentów, dopiero później się dowiedziałam. Nie zdawałam sobie sprawy, a Krzysztof wtedy miał już jakąś popularność po odejściu z Niebiesko-Czarnych… Dopiero jak buchnęły Pięciolinie i potem powstały Czerwone Gitary, odbył się NON STOP zimowy w Grand Hotelu… Niesamowita popularność – czterech chłopców, dwie przeciwności kompozytorskie: Krajewski i Klenczon, co dawało przewagę temu zespołowi, no i ten chórek chłopców z Czerwonych Gitar… Wystartowali jak rakieta w kosmos.

Pani ślub z Klenczonem to była tragedia dla fanek Krzysztofa. Pani jeździła z mężem w trasę?

Nie, nie, na początku nie jeździłam dlatego, że studiowałam historię sztuki, potem medycynę i do tej pory moja matka ma pretensję, że nie skończyłam. No był przystojny, coś zaiskrzyło i człowiek się zakochał. Ja chodziłam z nim 2 lata. On się tam niby oświadczał. Babcia mi mówiła „A co to on się nie chce żenić?”. Moi rodzice uciekli na Zachód pod koniec `60 roku, byłam wychowywana przez ukochaną babcię.

I wreszcie Pani powiedziała: ty coś zrób z tym naszym ślubem!

Nie, nie. Jego rodzina parła, moja parła, a ja nie byłam zdecydowana, nie wiem dlaczego. On mówił, że coś musimy zrobić, bo tak nie wypada i przyszedł się oświadczyć. Był dylemat, bo on wiedział, że kwiaty się kupuje, ale spytał co jeszcze? Ja mu powiedziałam, że i butelkę wina trzeba. No i padł na kolana, babcia był przerażona najpierw, ale wybuchnęła śmiechem, bo on zamiast kwiatów dał jej najpierw wino. I na kolanach było, ja koło niego, i tak to się zaczęło. Potem były telefony do Ameryki, moi rodzice mnie wydziedziczyli, wyklęli, że wychodzą za jakiegoś grajka. Oni sobie po prostu nie zdawali sprawy, że te Czerwone Gitary to nie byli jacyś tam dansingowi klezmerzy. Dopiero jak Polska odzyskała niepodległość i w `90 r. rodzice przyjechali do kraju, zdali sobie sprawę z popularności Krzysztofa.

Duże poczucie humoru miał Krzysztof Klenczon?

Miał. Doskonale opowiadał kawały, których ja do tej pory nie potrafię opowiedzieć dlatego, że je palę. Co prawda dla ogółu był takim niedostępnym, nie to, że nieufnym, ale jak kogoś nie znał, to nie otwierał się. Zresztą ten charakter po nim ma młodsza córka. Starsza Karolina jest bardziej otwarta, chyba taka jak ja. Krzysztof był Koziorożcem, ona jest Wagą. Krzysztof, nie wiem, czy pani wie, był samoukiem. On nie znał nut nawet, ale był uparty… Talent nie wystarczy, jednak trzeba szlifować warsztat, trzeba się nauczyć nut, a on nie miał tej możliwości w tym Szczytnie. Potem go rodzice posłali do jakiegoś ogniska chyba muzycznego.

Czym się zajmują Pani córki? Jak żyją? Myślały może o nagraniu piosenki dla fanów taty?

Taki zamysł jest, ale młodsza Jackie, nie uwierzy pani, dała mi pięciu wnuków i jedną księżniczkę. Przydałaby się w Polsce, żeby trochę wyż demograficzny poprawić. Jest dyplomowaną pielęgniarką, położną. Zauważyłam, że wszystkie jej koleżanki mają po czworo-sześcioro dzieci. Nie wiem, czy to jest taka tendencja, bo w Ameryce też trochę zanika ta „produkcja” dzieci – jak ja mówię(śmiech). Druga córka jest typem chłopczycy, ma firmę spedycyjną, tira, od dwudziestu kilku lat jeździ i to jest jej życie. Dobrze sobie radzi. Uwielbia dzieci i kiedy przyjeżdża do domu, do Phoenix, to oblegają ją. Mówię: „To może na starsze lata adoptujesz jakieś dziecko z Polski”, ale jak to wyjdzie, zobaczymy.

Pani rozpoznaje w córkach – w ich ruchach czy gestach – swego męża?

O tak! Bardziej podobna do Krzysztofa jest młodsza córka, Jackie – Natalie. Charakter też ma uparty, od niej coś wyciągnąć jest trudno. Karolina ma raczej więcej cech po mnie. Starsza jest blondynką z kręconymi włosami, ja podobno byłam kiedyś blondynką i miałam kręcone włosy, a druga jest bardziej podobna do Krzysztofa, ale najbardziej podobny jest wnuczek numer dwa. Wypisz, wymaluj. Podczas oglądania jakiegoś filmowego dokumentu, na ekranie telewizora ukazał się Krzysztof w wieku może 10, może 12 lat, w mundurku harcerskim. A wnuk spytał: „Skąd macie moje zdjęcie?”. On też ma zdolności muzyczne – śpiewa i gra. Starszy był już w Szczytnie, „zobaczył” tego swojego sławnego dziadka. Pytał mnie, czy rzeczywiście jego dziadek był taki sławny, jak mówimy. Na każdym rogu stały tam zdjęcia Krzysztofa, wisiały plakaty… Jakieś geny muzyczne chyba każdy po Krzysztofie odziedziczył.

Jest więc w Pani rodzinie duma z tak sławnego męża, ojca i dziadka.

Szalona. Dla nich i dla mnie ta tragedia to jakby wczoraj się stała. Minęło już 31 lat od wypadku, a on nadal w nas siedzi, we mnie, w córkach. Starsza Karolina chyba do tej pory nie pogodziła się ze stratą ojca, miała niecałe 12 lat, jak tata zginął. Młodsza nie bardzo sobie zdawała sprawę z tego, co się stało. Jackie zamknęła się w sobie i przez długi okres pozorowała, że ona po prostu nie potrafi mówić po polsku. I właśnie w czasie tego filmu, o którym wspominałam, okazało się, że młodsza córka wszystko rozumie. Zaczęliśmy ją trochę zmuszać do języka, kuzyni, dzieci mojej rodziny… Przyjeżdżali do nas wówczas, a nie mówiły po angielsku, no i Jackie była zmuszona używać języka polskiego. Natomiast starsza córka mówi bardzo fajnie po polsku, ale z akcentem. One, niestety, nigdy nie chodziły do polskiej szkoły, nie było możliwości. Wnuczki bym chciała posłać, żeby się trochę nauczyły polskiego. Korzenie każdego człowieka są bardzo ważne w życiu, w życiu rodzinnym, osobistym.

Mówimy tu o korzeniach, o języku polskim, a jak pan Krzysztof znosił Amerykę ze swoim patriotyzmem i duszą Polaka?

Emigracja jest rzeczą trudną, dla nas też taka była. Obojętnie gdzie się przebywa: czy w Stanach Zjednoczonych, czy w Kanadzie, czy nawet w Europie. Inna kultura, inny język… Myśmy obydwoje trochę znali angielski, więc on nie był dla nas szokiem, ale przez pierwsze lata tęskniliśmy. Wyjechaliśmy w `72 roku – to były czasy ciężkiego PRL-u, właściwie namówił nas na wyjazd św. pamięci Czesław Klenczon, który martwił się o naszą przyszłość, mówił, że dla nas będzie lepiej wyjechać z tego domu niewoli, ale łatwo nie było. Ciągnęło nas do Polski. W `78 roku Krzysztof dostał zaproszenie z Federacji Jazzowej – właśnie od siedzącego tu obok Macieja Cybulskiego – no to w podskokach pojechał. Cały `79 rok i później byłam gotowa właściwie wrócić. Moi rodzice załamywali ręce, bo oni nie mogli przyjechać – oni uciekli po prostu z Polski. Krzysztof właściwie był tym, który zaczął mnie troszkę hamować. Mówił: „Słuchaj, nasza córka będzie miała niedługo 12 lat, będzie problem szkoły, mentalności, języka”, chociaż w domu mówiliśmy po polsku. Myśleliśmy nawet, żeby mieszkać 6 miesięcy tam, 6 tu, ale nie wiem, czy by to zdało egzamin.

W1981 roku zawalił się Pani świat, runął, pękł jak bańka mydlana. Była Pani podczas tego tragicznego wypadku z mężem.

Tak, ja prowadziłam samochód, on się raptem przesiadł… Ktoś uderzył nas z boku, ja straciłam przytomność. Nie mieliśmy pasów… Gdybyśmy mieli, może by się to trochę inaczej skończyło. Koniec świata! Młoda wdowa z dwojgiem dzieci, dobrze, że byli rodzice. Ja byłam załamana, nawet myślałam, żeby ze sobą skończyć, ale dzieci mnie trzymały przy życiu. Miałam jedną złą cechę. Kiedy ochłonęłam po śmierci Krzysztofa, nienawidziłam młodych małżeństw, które prowadzały dzieci. Chodziłam na terapię, jak moje córki – to było straszne przeżycie. Uważam, że strata męża jest niezwykle ciężka. Pomału jednak zdałam sobie sprawę z tego, że inne kobiety też są wdowami…

Myślę, że mąż wciąż jest w Pani sercu. Pani się uśmiecha, kiedy o nim mówi… On żyje w kompozycjach, w piosenkach.

Tak. Ja jestem informatykiem z zawodu i mam jakąś wyjątkową pamięć. Sama pani słyszy -” strzelam” faktami dotyczącymi Krzysztofa… Krzysztofa muzyka po prostu dalej żyje. Kiedy byłam młoda, pamiętam, na koncerty Czerwonych Gitar przychodziło dwa-trzy pokolenia. Moja babcia potrafiła wparować z kwiatami na scenę, przyjechać taksówką na koncert z moją cioteczną babcią. I te dwie babcie z kwiatami pchały się na scenę w Sopocie. Tu pani zdradzę, że Krzysztof dwóch piosenek nie pozwolił tańczyć – „Białego krzyża” i „Czerwonych maków na Monte Cassino”. Zespół grał, chórek śpiewał, a on potrafił położyć gitarę, zejść ze sceny w klubach chicagowskich i zwrócić uwagę tańczącym.

Kiedy Pani się przedstawia i mówi: „Alicja Klenczon”, to co Pani słyszy?

To nie tylko chodzi o to, kiedy się przedstawiam, ale kiedy jestem w urzędzie, w Polsce lub w Ameryce w środowisku polonijnym… W taksówce mnie spytano, czy mnie coś łączy z Klenczonami… No, mówię, że jestem wdową po Krzysztofie. To są miłe spotkania.

Na koniec, jak doszło do spotkania z burmistrzem rodzinnego miasta Krzysztofa Klenczona?

Przez facebook. Sprawcą całego zamieszania był pan Jerzy Kondracki. To on napisał na facebooku do mnie.

Z rodzinnego albumu

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *