pultuszczak

Facebook


I TAK JAKOŚ SIĘ ZAKRĘCIŁO

2020-10-15 12:48:05

Liubomyr Sapa. I ja. Siedzimy w kawiarni PTYŚ. Rozmawiamy o jego sztuce, ale jeszcze więcej o jego polskim życiu, zresztą te dwie kwestie się przenikają i zazębiają. Sapa w kraju nad Wisłą jest od 2014 roku, kawał czasu

Obecnie mieszka w Pułtusku, gdzie – wydaje się – już się zadomowił. Mieszka z żoną i osiemnastomiesięcznym dzieckiem. Ma śmiejące się, dobre oczy. Mówi, że ma 43 lata. Wygląda na 30. On pochodzi z Iwano-Frankowska, ona z regionu donieckiego

– Nazwisko mam polskie – Sapa, bo korzenie mam polskie.

I mieszkam w Polsce, w Pułtusku. Przyjechaliśmy do Polski za pracą: ja, żona, żony córka i dziecko nasze. Kontaktów żadnych nie mieliśmy, pracę otrzymałem dzięki agencji pośrednictwa pracy. Ale powiem otwarcie, że nie zainteresowała mnie praca w MARDOMIE, ja nie mam cierpliwości pracować na linii i ciągle robić to samo i to samo – opowiada Liubomyr.

– Wiadomo, artysta to wolny ptak – mówię.

Dziś Sapowie mają swoje małe, miłe mieszkanko, kawalerkę, niedawno podpisali umowę wynajmu na rok. Ich dziecko jest małe, wymaga spacerków, przeto tata spacerował z nim po mieście i przy okazji załatwił sobie pracę przy renowacji wieży ratuszowej, a w tej branży, jak mówi Liubomyr, pracował we Wrocławiu. To był to dopiero początek polskiej drogi życiowej Sapy. Ale… Ale jeszcze przed Wrocławiem, pojechał sobie do Czech, w gości, a z Czech do Monachium szukać pracy. Monachium duże, pracy dużo, ale nie było gdzie mieszkać, no i „brak odpowiednich papierów”… Wrócił więc do Czech, tam pracował, dobrze zarabiał, ale nie wszystko mu się tam podobało.

Powiedział: – Mam papiery polskie, jadę do Polski.

Przez granicę zostałem przewieziony, w Jakuszycach wsiadłem do autobusu i powiedziałem kierowcy, żeby zostawili mnie gdzieś, gdzie zobaczy restaurację zrobioną z drewna, z kamienia. Dojechałem do Wrocławia, nic takiego nie było po drodze, wiadomo, autostrada. Wyszedłem z walizką z autobusu, „dzień dobry, Wrocław!”. Nikogo znajomego, języka nie znam, przede mną cztery strony świata. Pytałem Boga, gdzie iść. Intuicyjnie znalazłem najtańszy hotel, 55 zł za dobę, zapłaciłem za trzy. I tak obchodziłem prawie cały Wrocław. W hotelu poznałem kierowcę, Polaka, który woził ludzi do Włoch i on kupił mi bilet do Strzegomia.

Posadził mnie w autobusie i powiedział, że tam są zakłady kamieniarskie i że tam zarobię, tam są pieniążki.

Dojechał do tego Strzegomia, wyszedł z autobusu i znowu miał przed sobą cztery strony świata. Wszedł do restauracji, do takiej, jaką lubi – trochę w niej było drewna, trochę kamienia. On zapytał o pracę, ona poczęstowała go kawą i kazała zaczekać na męża. Dostał pracę od ręki. Szef kupił mu ubrania do pracy, zapewnił spanie i jedzenie. Praca? W kamieniu, wystrój ścian, 10 zł na godzinę. Popracował tam ze dwa miesiące i musiał jechać na Ukrainę. Wiza! Potem znalazł się we Wrocławiu.

Poznał wielu ludzi, spacerując po rynku – malarzy, rzeźbiarzy, miłych ludzi.

We Wrocławiu też tworzył, sprzedawał swoją sztukę… Jest utalentowany, na Ukrainie miał wystawę autorską. To było w 2008 roku. Prezentował prace z użyciem drewna, bambusu, sznurka oraz malarstwo. – Także projektuję małe formy architektoniczne – wyjaśnia Liubomyr, który skończył szkołę artystyczną i jest rzeźbiarzem. Dlatego też chętnie przyjmie zamówienia na rzeźbę w drewnie, w kamieniu, na obraz malarski, zna się na renowacji mebli i… zabytków. – Lubię przedmioty z duszą, z klimatem, takie tworzę, chcę, aby sztuka niosła uśmiech i radość.

Jako ciekawostkę podam, że w twórczości artystycznej Liubomyra częsty jest motyw ryb. – Dusza moja należy do RYB i do przyrody, no i jest symbolem chrześcijaństwa – mówi artysta. – Jako uczeń malowałem dinozaury, wycinałem je, to była taka papieroplastyka.

Dziś jestem zainteresowany też grafiką. Widziała pani tę rybę. Mam zamiar zająć się grafiką…

A malarstwo? Szczególnie lubię tematykę góralską. Sam potem oprawia obrazy w surowe drewno.

Liubomyr pięknie mówi po polsku, dzięki pani profesor, u której pracował. Jego przodkowie – dziadek i pradziadek – byli Polakami, ale języka polskiego Liubomyr nie znał. Pradziadek podobno miał jakieś problemy i wyjechał spod Krakowa do Stanisławowa „i tak jakoś się zakręciło”, jak podaje Sapa.

– Zacząłem szukać informacji po archiwach, odnalazłem wszystkie korzenie i załatwiłem kartę stałego pobytu.

Jak przyjechałem do Polski, byłem zielony, teraz jestem obeznany, sprawny w działaniu.

Wróćmy do nauki języka polskiego. – To była bardzo ciekawa historia. W rynku we Wrocławiu poznałem taką starszą panią, artystyczną duszę. I przez jej koleżankę poznałem profesorkę – badała rośliny, która zaproponowała mi pracę w bardzo starym, zabytkowym domu w górach. Miałem tam wykonać coś artystycznego z kamienia. Przyjemne wrażenia… Ona mnie zostawiała w tym domu na tydzień, na dwa, zaufała mi…

Poprosiłem ją, żeby poprawiała moją mowę, to nie wstyd… I teraz wszyscy mówią, że nie jest źle z tym polskim.

Bo ja powiem pani otwarcie, na początku to niewiele rozumiałem, nie umiałem tego Ą, Ę. Niedawno byliśmy u tej pani w gościach, w Złotym Stoku, i już mówiłem: proszĘ, dziękujĘ…

A moja wiara? Wierzę w Boga, mam GO w sercu, wychowany byłem w prawosławiu, byłem kiedyś jakiś czas przy zakonie.

I powiem pani otwarcie: Bóg jest wszędzie. Wszędzie i w każdym człowieku. Z Bogiem to wszystko spokojnie, wszystko gra.

Wychodzimy z PTYSIA w sporym pośpiechu, Ljubomyr za chwilę będzie oglądał kolejny lokal na swoją artystyczną pracownię. Musi pędzić, ale też musi mi pokazać, co ma w samochodzie.

Oto na miejscu obok kierowcy półleży… anioł.

Na dłuuugiej desce widać już wyraźne anielskie kształty – głowa, skrzydła przy bokach ciała i… dalej. Po lewej stronie anielskiego ciała, na razie deski, spory, naturalny otwór. W tym miejscu będzie czerwone serce…

W bagażniku Liubomyr ma też… całą dokumentację , a w niej wielki porządek.

Wozi ze sobą opinie i referencje dotyczące jego różnorakich prac w naszym kraju. Wszystkie pozytywne, a pochodzące z wielu miejscowości w Polsce i od wielu podmiotów, dużych i małych.

Podkreślana jest tamże ogromna profesjonalna wiedza artysty, jego rzetelność i doświadczenie, życzliwość, systematyczność, kreatywność i pasja, obowiązkowość, samodzielność działania i bezproblemowość w pracy, wrażliwość na detale architektury, duży talent rzemieślniczy. Ostatnie opinie pochodzą z Pułtuska od dyrektora Muzeum Regionalnego Andrzeja Popowicza i archeologa Jakuba Affelskiego. Obie doskonale.

Wśród licznych pism znajduje się dyplom młodszego specjalisty, wydany na nazwisko SAPA LIUBOMYR IOSYPOVYCH, który to ukończył w 1998 roku WYŻYNECKI KOLEDŻ SZTUKI STOSOWANEJ im. W. J. SZKRIBLAKA w specjalności SZTUKA PLASTYCZNA i zdobył kwalifikacje artysty mistrza obróbki drewna.

Z ostatniej chwili. Liubomyr otrzymał pozwolenie TBS-u na zaadaptowanie lokalu w budynku przy 3 Maja na pracownię artystyczną. W związku z wydatkami, które musi ponieść, zwraca się z prośbą do pułtuskich przedsiębiorców oraz ludzi dobrej woli o pomoc finansową względnie w formie materiałów budowlanych. Będzie wdzięczny za wszelką pomoc. Oto jego telefon: 881 404 825.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *